TWOJA SZKOŁA BIBLIJNA

Dla zainteresowanych Pismem Świętym

10 czerwca 2018

Biblijne inspiracje

Zakończenie roku

Nie wyczerpała się litość Pana,
miłość nie zgasła.
Odnawia się ona co rano:
ogromna Twa wierność. (Lm 3,22-23)

Pewien kapłan, podsumowując pielgrzymkę po Ziemi Świętej podczas Mszy św. odprawianej w Bazylice Grobu Pańskiego, tak powiedział: Zakończenie pielgrzymki to nie koniec, ale dopiero początek – nowej drogi, nowego podróżowania.
Podobnie jest z pielgrzymowaniem po kartach Pisma Świętego. Słowo Boże zawsze jest, i każdy etap jego odkrywania nie kończy się, ale tylko zamyka po to, by mógł rozpocząć się kolejny, jeszcze piękniejszy, jeszcze bliższy poznawaniu Ojca.
Jeśli spojrzymy na dar Szkoły Biblijnej jak na zaproszenie od samego Stwórcy do odkrywania Jego miłości, Jego dobroci, Jego nieskończonego majestatu, to na pewno nie jest to zaproszenie tylko na chwilę – rok czy dwa lata – ale na całą wieczność. Bóg jest wierny i tego, kogo do siebie powołuje, powołuje na zawsze, ujmuje ojcowską dłonią i mocnym ramieniem prowadzi przez życie.
To Jego prowadzenie jest cudowne i zaskakujące. Tak samo, jak dwa lata temu nie przypuszczalibyśmy, że przeżyjemy taki piękny czas w naszej Szkole, podobnie i teraz nie wiemy jeszcze, co wspaniałego nam Pan przygotował na jutro, na kolejne dni.
Jeśli Szkoła nauczyła nas bardziej ufać Bogu, który jest czułym i troskliwym Ojcem, to na pewno możemy Mu zaufać, że koniec roku, dla wielu z nas po ludzku smutny, nie jest końcem, ale przejściem. Że nie otwiera się przed nami pustka czy brak, ale przestrzeń, którą On chce sobą wypełnić, w przedziwny sposób, tak, jak tylko On potrafi.
Z tą świadomością możemy Mu dziękować za cudowny czas Biblijnej Szkoły, za wspólnotę, za przyjaźnie, które powstały, za dobroć i szlachetność poznanych osób. I z radosnym sercem wyruszyć w kolejny etap wędrówki, do Boga, krok w krok śladami Jego słowa.

Joanna Czech

 

Dar

Wody wielkie nie zdołają ugasić miłości. (PnP 8,7)

Panie Boże, Ty nas cudownie stworzyłeś i powierzyłeś nam przedziwny dar, zdolność do kochania i przyjmowania miłości.
Nie uczyniłeś nas bezwolnie posłusznymi i ślepo wpatrzonymi w Twoje oblicze. Nie zamknąłeś nas w złotej klatce i nie przywiązałeś do siebie na siłę.
Widzisz wciąż naszą słabość, już u Adama i Ewy ją widziałeś. A mimo tego, powołując nowego człowieka do istnienia, dajesz mu serce, które potrafi kochać.
I od początku życia, od pierwszego płaczu nowonarodzonego dziecka, zapraszasz do okrywania piękna Twojego najpiękniejszego daru, miłości.
Ten dar to talent, który można zakopać, ze strachu. A można też zaryzykować. Można żyć tak, by każdy kolejny dzień był doświadczaniem, jak przecudowna jest Twoja miłość. I jak przecudowna jest miłość, która rodzi się w moim sercu.
Chociaż upadamy, ciągle odchodzimy, to jednak, czasem może ostatnim wysiłkiem woli, wciąż do Ciebie wyciągamy ręce. A Ty wiesz, czego nam trzeba. Czego tak naprawdę nam trzeba, za czym tęsknimy, w czym znajdujemy ukojenie.
Wody wielkie nie zdołają ugasić miłości. Ale też nic na świecie miłości nie zastąpi. Twojej miłości, która płonęła wielkim ogniem, kiedy tworzyłeś mnie z niczego.
Czasem tę miłość, do której dojrzewam, przetapiasz w piecu, jak się przetapia złoto. Czasem cierpienie wydaje się przygniatać do ziemi. A jednak wody wielkie nie ugaszą miłości.
Z każdego upadku mogę się podnieść umocnionym. Każdy dzień, każda chwila może mnie prowadzić do Ciebie.
A w Tobie odkrywam samego siebie. W Twojej miłości odkrywam siebie. W Twoim Słowie rozpoznaję, kim jestem.
I kim Ty JESTEŚ, Boże.

Joanna Czech

 

Wątpliwości

Zasmucił się Piotr, że mu po raz trzeci powiedział: «Czy kochasz Mnie?» (J 21,17)

Dlaczego Jezus trzykrotnie pyta Piotra o jego miłość? Syn Boży przecież widzi serce i nie potrzebuje czyjegoś słowa, by poznać prawdę o nim. Przecież wie wszystko i wie, że Piotr rzeczywiście Go kocha, nad życie. Dlaczego więc jeszcze się o tym upewnia, i to trzykrotnie?
A może chodzi o co innego? Może Piotr posmutniał, bo sobie uświadomił, przy trzecim pytaniu, że to on sam zwątpił w miłość Jezusa. W to, że Jezus go kocha. Nad życie. Może się spodziewał, że zawsze będzie tak, jak za szczęśliwych lat w Galilei. Że to szczęście będzie takie, jak je sobie Piotr wyobrażał. Że z Mesjaszem świat zawojują. A Mesjasz mówi przecież, że nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich. I nie tylko, że tak mówi, ale swoje słowo zaraz wprowadza w czyn. Dla Piotra to oznacza tylko tyle, że traci Przyjaciela. Że już nic nigdy nie będzie tak samo.
I może, kiedy trzeci raz słyszy: Czy Mnie kochasz, to dociera do niego, że sam stracił wiarę w miłość, o której Jezus tak dużo mówił w Wieczerniku. Może dlatego się zasmucił?
Ile razy chodzę smutny, bo coś mi się nie układa, i myślę, że Bóg mnie nie kocha? Że Bóg miłuje wszystkich ludzi na całej ziemi – oprócz mnie. Że może moja wina, jak wina Piotra, jest tak wielka, że nie potrafię sobie wyobrazić, jak Bóg mógłby mnie dłużej kochać, po tej winie, po tym, co złego zrobiłem.
A Jezus przychodzi i mówi, że nic się nie zmieniło, bo przecież największa miłość jest wtedy, gdy ktoś życie oddaje, a nie, kiedy jest doskonały i nie popełnia błędów. Przecież Jezus, Zmartwychwstały, nad Jeziorem Galilejskim nie stawia Piotrowi żadnych warunków, niczego mu nie wypomina, nie nakłada zadośćuczynienia za zdradę. A tylko mówi: „Paś owce moje”. Jaki może być jeszcze dowód na to, że On Piotra kocha i nigdy kochać nie przestał, ani na chwilę?
Jak długo jeszcze będę wątpić, że Bóg mnie kocha? Nie abstrakcyjnie, z jakiegoś świętego obrazka, ale sam do mnie przychodzi, w moją codzienność, żeby ją przemieniać. Mówi przecież: Pójdź za Mną. I bardzo na serio chce być częścią mojego życia. I boli Go bardzo, kiedy w to wątpię.

Joanna Czech

 

Przyjaciel

Już was nie nazywam sługami. (J 15,15) 

Jezus w wieczerniku nazywa uczniów swoimi przyjaciółmi. Czy my, tu i teraz, jesteśmy też na to gotowi, by być Jego przyjaciółmi? Czy może raczej wygodnie nam być sługami?
„Sługa nie wie, co czyni pan jego”, więc ma święty spokój. Nie ponosi odpowiedzialności, nie musi podejmować decyzji i obawiać się ich konsekwencji. Pan każe, sługa musi. To wygodne, bo wykonując tylko czyjeś polecenia, zawsze, jeśli coś się nie uda, można powiedzieć: to nie moja wina.
A przyjaciel? Przyjaźni można się bać. Bo co, jeśli przyjaciel będzie musiał odejść, i będę za nim tęsknił. Albo jeśli okaże się na przykład, że ja nie jestem wystarczająco dobrym przyjacielem. Narażę mojego przyjaciela na cierpienie. Wystawię naszą przyjaźń na próbę. Co będzie, jeśli wtedy przyjaciel przestanie mnie lubić?
Jezus nigdy nie proponuje drogi na skróty. Miłość, którą On ma do zaoferowania, prowadzi prosto na krzyż. I mówi, że największa jest wtedy, gdy ktoś życie swoje za przyjaciół oddaje. Czy jestem na taką przyjaźń gotowy? Po co w ogóle mi ona?
Przyjaźń opiera się na wolności. Nie można nikogo przymusić, by był twoim przyjacielem. I stąd właśnie jej przedziwne piękno. Jest wolnym wyborem, dlatego nie rozsypie się w obliczu przeciwności.
W jaki sposób Bóg mógł nazwać całą rozciągłość swojej miłości, nieskończonej, nieograniczonej, niemożliwej do zdefiniowania ludzkim językiem? Mówi więc do człowieka: Jesteś moim przyjacielem. Używa pojęć, które są nam znane, byśmy choć po części zaczęli czuć, jakim rytmem bije Jego niepojęte serce. I zrozumieli, dokąd Jego miłość ma nas doprowadzić: do poznania własnej godności, piękna, wartości. Do życia naprawdę, nie w lęku, w ukryciu, ale w jasny dzień, w świetle, z podniesionym czołem, twarzą w twarz rozmawiając z Bogiem, jak się rozmawia z przyjacielem.
Kiedy usłyszę, i przyjmę Jezusowe zaproszenie do przyjaźni z Nim, wtedy zupełnie inaczej zobaczę moje życie. Wtedy doświadczę tej radości, o której Jezus mówi podczas Ostatniej Wieczerzy: Jego radości, która jest pełna i trwa wiecznie, i do której wszyscy zostaliśmy stworzeni.

Joanna Czech

 

Bezimienny

Obok krzyża Jezusa stały: Matka Jego i siostra Matki Jego, Maria, żona Kleofasa, i Maria Magdalena. (J 19,25)

Gdyby namalować obraz na podstawie tylko tego jednego zdania, to znalazłby się na nim Jezus na krzyżu, a obok krzyża kobiety. I nikt więcej. Dopiero kiedy Jezus spogląda z krzyża, to obok Matki spostrzega umiłowanego ucznia. Tak jakby narrator opisujący scenę nie był świadomy jego obecności. Albo jakby mu nie należało, żeby obecność ucznia została odnotowana. Jakby dla narratora nie był ważne, że on też tam stał.
Dla Jezusa to jednak było ważne. Obok Matki ujrzał swojego ucznia, którego miłował. I od razu mówi do Matki: „Oto syn Twój”. Bez żadnych wstępów, jakby to było całkowicie oczywiste. Jakby Jezus nie miał najmniejszych wątpliwości, że umiłowany uczeń, bez zbędnych wyjaśnień, będzie wiedział, co ma zrobić: wziąć Matkę do siebie. Ani Maryja, ani uczeń nic nie odpowiadają na słowa Chrystusa. Nie ma takiej potrzeby. Wiedzą, co mają robić.
I też nie ma potrzeby, by czytelnik Ewangelii poznał umiłowanego ucznia z imienia. Choć imię w Piśmie Świętym jest bardzo ważne. W tym jednak przypadku nie wiemy, możemy się tylko domyślać, kim był ten, którego Jezus miłował. Który opierał głowę na piersi Mistrza w wieczerniku, stał obok Jego krzyża, a potem pierwszy przybiegł do pustego grobu. I pierwszy poznał Pana nad Jeziorem Galilejskim. Nie ma wcale pewności, że ten uczeń i autor Ewangelii Jana to ta sama osoba. Nawet jeśli tak, to Ewangelista chyba wolał ten fakt przemilczeć. Tak samo, jak opisując scenę pod krzyżem, w pierwszej chwili przemilczał obecność ucznia.
Chodzi o to, że kiedy ktoś spogląda na ucznia, to dostrzega w nim nie jego samego, ale przede wszystkim fakt, że Pan go miłuje. A to oznacza, że jest on świadectwem Bożej miłości do człowieka. Całą swoją osobą zaświadcza o tym, jak bardzo mocno Bóg człowieka kocha. Kiedy ktoś spojrzy na takiego umiłowanego ucznia, kimkolwiek by on nie był, to widzi i musi przyznać, że nasz Bóg jest Bogiem kochającym.
Są tacy ludzie. gdy się na nich patrzy, rozmawia z nimi, przebywa się w ich obecności, to utwierdza się w przekonaniu, że Bóg naprawdę bardzo mocno kocha człowieka. I tą miłością się dzieli, jak podzielił się tym, co miał najpiękniejszego na ziemi: swoją Matką.

Joanna Czech

 

Brama

Najemnik zaś i ten, kto nie jest pasterzem, którego owce nie są własnością, widząc nadchodzącego wilka, opuszcza owce i ucieka, a wilk je porywa i rozprasza; dlatego, że jest najemnikiem i nie zależy mu na owcach. (J 10,12-13)

Kiedy Żydzi, dręczeni niepewnościami, przymuszają Jezusa, by się zdeklarował czy jest Mesjaszem, On im nie odpowiada wprost i otwarcie, tak jak by tego chcieli, ale raczej nazywa siebie pasterzem, mówiąc: „Moje owce słuchają mego głosu, a Ja znam je. Idą one za Mną i Ja daję im życie wieczne” (10,27-28). To dlatego, że pytający spodziewają się Mesjasza na własną miarę, takiego, który spełni ich oczekiwania i wyobrażenia. Nie naprawdę Syna Bożego, który mówi: „Ja i Ojciec jedno jesteśmy” (10,30), ale takiego, który by był ich własnym „synem”, na ich obraz i na ich podobieństwo. Ucieleśnieniem ich własnych pragnień i ambicji. Czy czegoś nam to przypadkiem nie przypomina?
Jezus tymczasem pozbawia ich złudzeń. On jest tym, kim jest, i nie będzie się naginał do niczyich wymagań wobec Mesjasza. Przyszedł na świat po to, by oddać swoje życie. A potem znowu je odzyskać.
Syn Boży mówi o sobie, że jest pasterzem owiec, dobrym pasterzem. Zna swoje owce, woła je po imieniu, a one idą za Nim, bo głos Jego znają. A jednocześnie jest bramą owiec. Jeśli ktoś wejdzie przez tę bramę, będzie zbawiony. I jest też odźwiernym. Na oścież otwiera bramę do królestwa Bożego. On życie swoje oddaje za owce i dlatego miłuje Go Jego Ojciec.
Jezus uczy nas miłości. Tej, którą On sam nas ukochał. Nie jest najemnikiem, który, widząc nasze słabości, grzechy, zniewolenia, przerazi się i ucieknie. Jemu na nas ZALEŻY. Naprawdę. I to zależy od początku do końca, i we wszystkim, co nas spotyka. Nawet jak wpadniemy w najgorsze bagno, to Jemu nadal zależy, i będzie szukał bez znużenia, i wołał po imieniu, aż odnajdzie.
On kocha tak, że nie boi się tego, co będzie musiał dla tej miłości wycierpieć. Wie, że będzie pomawiany, niesłusznie oskarżany, zniesławiany, choć to nie Jego wina. Przyjmie na siebie nienawiść, złość, agresję, choć sam nikogo nie zrani ani nie urazi. Tak kocha, że nie przestraszy się, nie ucieknie w obliczu zagrożenia. Choć doskonale wie, co Go czeka.
Kto na sobie doświadczy tej wielkiej, przebaczającej miłości, potężnej i nieskończonej, przed tym już brama do świętości stoi szeroko otwarta. Nie można spojrzeć na Boga i potem dalej żyć tak samo, jakby nic się nie stało. Nie można poznać Bożej miłości i udawać, że ona nie istnieje, że nie jest najważniejsza na świecie. Doświadczając miłości Boga, zwyczajnie nie można się nią nie dzielić.

Joanna Czech 

 

Dzień jeden

I znowu jest dzień pierwszy.
Bóg stworzył człowieka dnia szóstego. Siódmego dnia odpoczął. Na trzeci dzień Bóg wskrzesił z martwych swojego Syna. A był to pierwszy dzień tygodnia. Nowy, pierwszy dzień.
Jom ehad. Dzień Jeden.
W raju człowiekowi jakby Bóg nie wystarczał. W raju jeszcze człowiek nie znał Syna Bożego. Jakby jeszcze nie było pełni.
Pierwszego dnia stwarzania Bóg uczynił światło. A potem posłał na świat swojego Syna, który wołał: Ja jestem światłością świata.
Światłość świata rozbłysła w poranek zmartwychwstania. Pierwszego dnia. Dzień Jeden się wypełnia.
Nie ma przepaści między pierwszym dniem Stwarzania, a pierwszym dniem Zmartwychwstawania. Jeden bez drugiego nie mógłby istnieć.
Stwarzając, Bóg oddzielał, aby na nowo wszystko zjednoczyć w swoim Synu. Pomiędzy mieści się cała historia miłości Stwórcy do stworzenia. Boga do człowieka.
I człowieczego odkrywania, że miłuje Boga.

Joanna Czech

 

Fortuna

Czyż nie są wszyscy aniołowie duchami posługującymi, posłanymi do pomocy tym, którzy mają odziedziczyć zbawienie? (Hbr 1,14)

Czy nie są szczęściarzami dziedzice wielkiej fortuny, urodzeni w zamożnej rodzinie, którzy bez zbytniego wysiłku ze swojej strony pewnego dnia posiądą na własność ogromny majątek? A my wszyscy, czy nie jesteśmy jeszcze większymi szczęściarzami, że urodziliśmy się w takiej rodzinie, w takim domu, że jesteśmy dziedzicami życia wiecznego? Jaka fortuna może równać się z niekończącym się szczęściem w domu Ojca, w którym jest mieszkań wiele?
Bóg ustanowił swego Syna „dziedzicem wszystkich rzeczy”. Przez Niego „stworzył wszechświat”, a Jego Syn, który jest „odblaskiem Jego chwały i odbiciem Jego istoty”, podtrzymuje istnienie wszechświata „słowem swej potęgi” (Hbr 1,2-3). Gdyż odziedziczył imię, które jest „ponad wszelkie imię” (Flp 2,9).
Do żadnego z aniołów Bóg nie powiedział: „Ty jesteś moim Synem, Jam Cię dziś zrodził” (Hbr 1,5). I nie dla aniołów posłał tego swego Syna na świat, by cierpiał, umarł i zmartwychwstał. Nie aniołowie będą dziedziczyć po Synu dziedzictwo, które przekazał Mu Ojciec.
Skoro godność Chrystusa przewyższa godność nawet tak doskonałych istot, jakimi są aniołowie, i równa jest jedynie godności Ojca: „Ja będę Mu Ojcem, a On będzie Mi Synem” (1,5), a On tą godnością obdarza nas w pełni, nic z niej nie ujmując, to pomyślmy, jak wielki w sobie nosimy skarb.
Bóg jest „Ten sam, Jego lata się nie skończą” , Jego tron „na wieki wieków”(1,8-12). I my jesteśmy przeznaczeni do tego, by trwać nadal, kiedy przeminie ziemia, kiedy już nie będzie czasu. Kiedy rozsypie się wszystko to, na czym budujemy nasze życie tutaj, i przestanie już mieć znaczenie to, o co tak bardzo się troszczymy.
Jesteśmy wszyscy dziedzicami zbawienia.

Joanna Czech

 

Rozrzutny

Ojciec miłuje Syna i wszystko oddał w Jego ręce. (J 3,35)

Bóg tak umiłował swego Syna, że oddał Mu wszystko. Doskonale wiedząc, że ten Jego Syn to wszystko bardzo prędko roztrwoni. Że będzie rozdawał z Bożych łask na prawo i lewo, „ile kto będzie chciał” (J 6,11). Że niczego nie zatrzyma dla siebie, nie będzie unikał potrzebujących, ale będzie wołał: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię” (Mt 11, 28). Że pozbędzie się wszystkiego, z czym Ojciec wyprawił Go na ziemię. Łącznie ze swoim Ciałem i Krwią. Łącznie z życiem.
Bóg doskonale wiedział, jak bardzo rozrzutny jest Jego Syn, któremu wszystko oddał. Jak bardzo z nadmiarem będzie obdarzał proszących Go o pomoc. Nie tylko będzie leczył z chorób, ale jeszcze odpuszczał grzechy. Jak przemieni wodę w wino, to po brzegi. Jak chleb rozmnoży to tak, że jeszcze będzie co zbierać po posiłku. Jak umiłuje swoich uczniów, to do końca. Umyje im nogi po wieczerzy, choć wie, że Oni nie zatroszczą się o Jego ciało po śmierci, kto inny będzie musiał się tym zająć.
Ojciec wie, że Jego Syn, bogaty we wszystko, wybierze życie nędzarza. Nic swojego nie będzie miał, ani domu, ani własnej łodzi. Nawet osiołka będzie musiał pożyczyć od obcych ludzi. Żeby móc się posilić, to będzie polegał na innych, którzy Go do siebie do domu na obiad zaproszą.
A na koniec, kiedy już nic zupełnie nie będzie miał, nawet życia, które też zaraz odda, przyjdzie do Ojca i powie Mu: „Nie utraciłem żadnego z tych, których Mi dałeś” (J 18, 9). To właśnie jest Boża miłość! Wszystko rozdając, nie zatrzymując nic dla siebie, zyskuje nieskończenie więcej.
Nas też tak kochać uczy Bóg. Nie bać się rozdawać, nic sobie nie zatrzymywać. Po rozmnożeniu chleba lud chciał porwać Jezusa, by obwołać Go królem. On jednak usunął się wtedy spośród nich. Król siedzi na tronie, samotny w swoim pałacu, nikt go nie kocha. A Jezus, stojąc na gołej ziemi, rozmnaża swoją miłość, do granic szaleństwa. Jest taki sam, jak Jego Ojciec. Kocha nieskończenie. I nas uczy, by otworzyć się na Jego miłość, i Jego rozrzutność. By wszystko od Niego przyjąć po to, by natychmiast to rozdać. I zyskać nieskończenie więcej.

Joanna Czech

 

Bóg mój 

Wieczorem w dniu zmartwychwstania, tam gdzie przebywali uczniowie, choć drzwi były zamknięte z obawy przed Żydami, przyszedł Jezus, stanął pośrodku i rzekł do nich: «Pokój wam!» (J 20,19)

Może niesłusznie mówimy o Tomaszu, że był niewierny. Przecież uwierzył – sam Jezus to potwierdził: "Uwierzyłeś dlatego, że Mnie ujrzałeś". Nauczyciel mówi też dalej: "Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli". Jednak z Tomaszem, jak i z innymi Apostołami, sprawa była nieco inna niż z tymi wszystkimi, którzy uwierzyli w Syna Bożego na długo po tym, kiedy po zmartwychwstaniu wrócił do domu Ojca.
Można sobie wyobrazić, że Tomasz zwyczajnie tęsknił za Jezusem, jak się tęskni za przyjacielem. Może bardzo się zmartwił, że go nie było na miejscu, kiedy Mistrz przyszedł do uczniów wieczorem w dniu zmartwychwstania. Może mówiąc, że nie uwierzy, dopóki nie zobaczy, miał nadzieję, że Chrystus przyjdzie powtórnie, by i On mógł się Nim nacieszyć.
Można też sobie wyobrazić, że uczniowie, kiedy już uwierzyli, że Jezus zmartwychwstał, wyobrażali sobie, że wszystko będzie znowu jak dawniej.  Że Jezus już więcej ich nie opuści. Że zawsze będą wszędzie razem, razem będą działać cuda, jak kiedyś.
A Tomasz wypowiada słowa, które zapowiadają, że jednak nic już nie będzie jak dawniej: "Pan mój i Bóg mój!". Zmartwychwstały Jezus to Bóg. A Boże myśli nie są naszymi. I Jego drogi nie są naszymi. Apostołowie dopiero będą musieli się nauczyć, że Jezusa nie ma obok nich fizycznie, a jednak ciągle JEST – z nimi, w nich, dwa kroki z przodu. W każdej myśli, w każdym oddechu. W każdym pragnieniu.
Apostołowie znali Jezusa zanim jeszcze na Jego rękach pojawiły się ślady gwoździ. My Go znamy już po męce i zmartwychwstaniu. Im było dane stać się świadkami tych wydarzeń, po to, by poznali w Nim Boga i byśmy my mogli uwierzyć przez ich doświadczenie bliskości Chrystusa.
Abyśmy "wierząc, mieli życie w imię Jego".

Joanna Czech

Umiłowany uczeń

Powiedział więc do Piotra ów uczeń, którego Jezus miłował: «To jest Pan!» (J 21,7)

W czwartej Ewangelii jeden z Apostołów Jezusa jest określany mianem Jego umiłowanego ucznia. Co to oznacza? Czyżby Jezus kochał Go bardziej niż pozostałych swoich towarzyszy? Czyżby go wyróżniał w szczególny sposób, stawiał na pierwszym miejscu? To by się nie zgadzało z tym, co sam mówił: „Jeśli kto chce być pierwszym, niech będzie ostatnim ze wszystkich i sługą wszystkich!” (Mk 9,35), albo: „Nie do Mnie należy dać miejsce po mojej stronie prawej lub lewej” (Mk 10,40). Mesjasz nie dzielił uczniów na lepszych i gorszych. Przecież nawet Judaszowi, temu, który Go wydał, sam podał do ręki chleb i obmył mu nogi.
Co więc znaczy, że tego szczególnego ucznia Jezus miłował? Może on, ten uczeń, miał świadomość, bardziej niż inny Apostołowie, Jezusowej miłości. Może on pierwszy i najpełniej spośród przyjaciół Nazarejczyka zrozumiał, że najważniejsze na świecie jest ukochanie przez Syna Bożego.
Nie znamy umiłowanego ucznia z imienia. Tak jakby jego istotę określał właśnie fakt bycia miłowanym przez Pana. W Biblii nieraz czytamy o tym, że Bóg zmieniał imiona osobom, które powoływał do szczególnej bliskości ze sobą. Nowe imię miało nową wartość i nowe znaczenie. Podobnie Jezus powiedział kiedyś do Szymona: „Ty jesteś Piotr [czyli Skała], i na tej Skale zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą” (Mt 16,18).
Nowe imię Apostoła, który pierwszy poznał Zmartwychwstałego nad Jeziorem Galilejskim, brzmiało: „Uczeń, Którego Jezus Miłował”. Jego najgłębszym przeżyciem było poznanie, bardzo osobiście i namacalnie, że Bóg kocha. Doświadczał tej miłości na co dzień, kiedy opierał głowę na piersi Mistrza i kiedy stał pod Jego krzyżem, i kiedy ujrzał, w pustym grobie, „leżące płótna oraz chustę, która była na Jego głowie, leżącą nie razem z płótnami, ale oddzielnie zwiniętą na jednym miejscu” (J 20,7).
Może więc nie chodzi o to, że Jezus tego jednego ucznia kochał bardziej niż innych, ale że to on, ten uczeń, bardziej otworzył się na Jego kochanie, przyjął Jego miłość, zachwycił się nią, pozwolił się jej przeniknąć. Miłość Syna Bożego stała się częścią jego samego, tak bliską, jak bliskie każdemu człowiekowi jest jego imię. 

Joanna Czech

 

Od Rabbi do Rabbuni

Historia Zbawienia nie zaczyna się w momencie śmierci Jezusa na krzyżu, tylko o wiele wcześniej. Zwycięstwo Syna Bożego, które świętujemy, rozpoczęło się pewnej nocy w Betlejem, kiedy Słowo stało się Ciałem.
Tak samo w nas, niebo nie staje się dopiero z chwilą śmierci, ale wtedy, kiedy uwierzymy, że Jezus Chrystus jest Synem Bożym, Mesjaszem.
Judasz w Ogrodzie Oliwnym powitał Jezusa, nazywając Go „Rabbi”, to znaczy Nauczycielu. Maria Magdalena w ogrodzie, w którym był pusty grób, rozpoznając Zmartwychwstałego, zawołała „Rabbuni!”. Mój Nauczycielu. To samo słowo, ten sam rdzeń, a jaka różnica!
Być może dla Jezusa nie ma nic piękniejszego, jak przeprowadzać człowieka drogą, która wiedzie od „Rabbi” do „Rabbuni”. Od tego, że wierzę w Boga, do tego, że On jest moim Bogiem. Od momentu, w którym poznam Jezusa i zapragnę przy Nim być, do chwili, kiedy stanie się On największą miłością mego serca.
Ta droga, to już jest zbawienie, już jest zmartwychwstanie. W ziemskim życiu Jezusa nie było przypadków. Każdy najdrobniejszy szczegół został przewidziany i przygotowany, od wieków, by zbawczy plan Boży mógł się wypełnić. Tak samo w moim życiu nic nie dzieje się bez przyczyny. Jeśli jest moją wolą, by Jezus stanowił jego część, to On będzie tak moje życie prowadzić, że zacznę odkrywać jego pełnię i prawdziwy sens. I to już jest królestwo Boże, we mnie.
Jezus umarł i zmartwychwstał nie tylko po to, żebyśmy kiedyś mogli być szczęśliwi, ale byśmy już teraz, nie czekając, mieli życie w obfitości, a nasza radość by była pełna.
Alleluja!

Joanna Czech

 

Z wysoka

Gdy wywyższycie Syna Człowieczego, wtedy poznacie, że JA JESTEM. (J 8,28)

Jezus mówi do powątpiewających w Niego Żydów, że są „z niskości”, podczas gdy On sam – z wysoka (J 8,23). Nie chodzi Mu o to, żeby się wobec nich wywyższać czy okazywać im pogardę, ale żeby pokazać, że jest coś więcej, coś dalej, coś poza. Mówi jeszcze swoim słuchaczom, że: pomrzecie w grzechach swoich, jeśli nie uwierzycie, że Ja JESTEM (8,24). Taki jest wolny wybór człowieka: wierzyć lub nie wierzyć.
My jesteśmy z tego świata, a Syn Boży do nas przychodzi nie z tego świata (8,23), by nam pokazać, że nie musimy wcale umierać na zawsze. Gdyby nie przyszedł i nam tego nie powiedział, to skąd byśmy wiedzieli, że jest życie wieczne? Że w domu Ojca jest mieszkań wiele. Żaden z proroków nie zapowiedział tego narodowi wybranemu, dopiero Jezus, Mesjasz, Syn Boży ogłosił tę prawdę światu.
Ten, który posłał Chrystusa, jest prawdziwy (8,26). Jezus kieruje te słowa do religijnych Żydów doskonale znających Pisma. Czyżby więc oni nie wiedzieli, że Bóg jest prawdziwy, że trzeba im było o tym przypominać?
Bóg jest prawdziwy.
I my też musimy o tym pamiętać, że On JEST, prawdziwy. Nie jest obrazem Boga, jaki sobie stworzyliśmy w głowach, nie jest sumą naszych wyobrażeń na Jego temat, nie jest produktem praktyk religijnych. On JEST – oddzielony, nie z tego świata, nie przez nas ukształtowany. Jest wcześniej i ponad, i poza. Cokolwiek byśmy o Bogu nie powiedzieli, to On tym nie jest. Jest prawdziwy.
Jezus mówi wobec świata to, co usłyszał od Boga (8,26). Nie moglibyśmy poznać Boga, gdyby On sam pierwszy nie chciał być poznany. Posyła swego Syna, ponieważ żaden człowiek, nawet najlepszy prorok, nie mógłby objawić ludziom, Kim jest Bóg. Tylko Bóg sam o sobie może zaświadczyć (8,18).
Jak więc możemy zbliżyć się do Boga, do tego świata, z którego nie jesteśmy? Jak możemy z niskości przejść do wysokości? „Gdy wywyższycie Syna Człowieczego…”
„Jeżeli będziecie trwać w nauce mojej, będziecie prawdziwie moimi uczniami i poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli” (8, 31-32). Słysząc te słowa, Żydzi oburzyli się, że przecież zawsze byli ludźmi wolnymi. A my, czy kiedykolwiek byliśmy czyimiś niewolnikami? Jezus mówi o niewoli grzechu. Za chwilę zawiśnie na krzyżu. Wiedząc o tym, woła: Trwajcie w mojej nauce. Bądźcie prawdziwie moimi uczniami. I poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli. Czym jest prawda? Bóg jest prawdziwy. W Nim jest prawda. On jest prawdą.
Kiedy Syn Boży umrze na krzyżu i zmartwychwstanie, to dane nam będzie poznać to, co ludzkim tylko wysiłkiem jest niepoznawalne. Kiedy wywyższymy Syna Człowieczego, to wtedy dopiero poznamy, że On JEST.

Joanna Czech

 

Braterstwo liny

Jeśli kto chce iść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech co dnia bierze krzyż swój i niech Mnie naśladuje! (Łk 9,23)

Himalaiści, wspinając się na szczyt, czasem przewiązują się ze sobą liną, co zwiększa ich poczucie bezpieczeństwa. Jeśli jeden z nich straci równowagę, jest szansa, że drugi go uratuje dzięki tej linie. Zdarza się, że mocniejszy może uwolnić się od liny, jeśli uzna, że druga osoba go spowalnia. Jednak chyba żaden wspinacz przy zdrowych zmysłach nie odwiąże się od towarzysza, jeśli wie, że jest w zespole tym słabszym ogniwem i że to on bardziej potrzebuje pomocy.
Podobnie wygląda i nasza droga na szczyt – do świętości. Podobnie, ale nie do końca tak samo. Kiedy idziemy za Jezusem, to też jesteśmy jakby związani z Nim liną. Z tą różnicą, że ta lina ma tylko jeden koniec. Tylko człowiek może się od niej uwolnić, jeśli zechce. Bóg nie. I na tym właśnie polega paradoks. W tej parze zdecydowanie to Bóg jest silniejszy i człowiek bardziej potrzebuje Jego pomocy, i bardziej na Nim polega. A jednak często rezygnuje z „braterstwa liny”, żeby pójść własną drogą.
Na szczyt zawsze prowadzi kilka tras. Często alpiniści, chcąc zasłynąć, atakują ścianę, której jeszcze nikomu nie udało się pokonać. Bo na świecie zaczyna już brakować dziewiczych szczytów.
Tak samo i do królestwa niebieskiego prowadzi wiele dróg. I Jezus zna je wszystkie doskonale. I może człowieka poprowadzić do celu dowolną trasą. Nie ma dla Niego różnicy, czy w którymś momencie życia skręcimy w prawo, czy akurat w lewo. Jeśli tylko Jemu powierzamy nasze wybory, jeśli mocno się trzymamy naszego końca liny, jeśli ufamy, to On nie zostawi w połowie drogi, ani tym bardziej nie zawróci. Nie spocznie, dopóki nie dotrzemy do celu. On i ja.
A dokąd może człowiek dojść w pojedynkę? Najwyżej na osiem tysięcy z kawałkiem. Nawet jeśli ktoś wespnie się na najwyższy szczyt świata, osiągnie największe marzenie, to co potem? Dalej nie ma już żadnej drogi. Powyżej wierzchołka jest już tylko powietrze. Można już tylko albo zostać na ścianie, i zamarznąć tam na zawsze, albo wrócić na sam dół. I co potem? Kolejna góra?
Dlatego Jezus mówi: „bierz co dnia swój krzyż”. Paradoksalnie krzyż, który przygniata do ziemi, ciąży, powoduje upadki, to właśnie on wznosi się wysoko, ponad wierzchołek góry. To w codzienności się uświęcamy, w codziennym odkrywaniu Bożej i swojej miłości, a nie na najwyższych szczytach świata.

Joanna Czech

 

Czy chcesz?

Panie, nie mam człowieka. (J 5,7)
W przypowieści o paralityku uzdrowionym przy sadzawce Betesda wszystko wydaje się być nie tak, jak powinno. Nic do siebie nie pasuje. Oto Jezus przychodzi na święto do Jerozolimy, ale zamiast obrazu podniosłych uroczystości w świętym mieście widzimy przygnębiający tłum niewidomych, chromych, sparaliżowanych. Mamy cudowną sadzawkę z uzdrawiającą wodą, leczącą z każdej możliwej choroby, a obok niej człowieka, który już od trzydziestu ośmiu lat próbuje i wciąż mu się nie udaje do tej wody wejść. Od trzydziestu ośmiu lat nie może się doczekać swojej kolejki!
Wreszcie widzimy cud uzdrowienia i całkowity brak reakcji na to wspaniałe wydarzenie. Paralityk w ogóle nawet nie wie, kim jest ten, który go uleczył. Żydzi z kolei zupełnie nie przejęli się cudem, nie pytają mężczyzny, kto uwolnił go z choroby, ale chcą koniecznie wiedzieć: „Cóż to za człowiek ci powiedział: Weź łoże i chodź?” (5,12). Na koniec słyszymy napomnienie Jezusa: „Nie grzesz więcej” (5,14), co wywołuje odwrotną reakcję: uzdrowiony donosi na Niego Żydom, a ci zaczynają Go prześladować.
Cała ta historia wydaje się nielogiczna. Nie ma happy endu, nie ma cudownego nawrócenia grzesznika, nie ma podsumowania, że wszyscy żyli potem długo i szczęśliwie. Bo też to dopiero początek historii, która rozwinęła się w jeszcze bardziej paradoksalny, nielogiczny i nieprzewidywalny sposób niż sceny opisane przy sadzawce i w świątyni. Ciąg dalszy tego dramatu rozegrał się na Golgocie. Na krzyżu.
I trwa dalej. Kiedy przychodzimy do kościoła i klękamy pod krzyżem, i spoglądamy na Tego, który na nim wisi, to On zadaje to samo proste pytanie, które skierował też do chorego przy sadzawce: „Czy chcesz stać się zdrowym?” (5,6) Bardzo konkretne pytanie z krzyża. A my może przychodzimy przygotowani na zupełnie inną rozmowę. Przynosimy ze sobą długą listę skarg i zażaleń i chcielibyśmy opowiedzieć Wiszącemu o tym, jak nam bardzo ciężko w życiu, jak ciężko. Ale On, jak zwykle, nie owijając w bawełnę, przechodzi od razu do sedna sprawy, i pyta, bardzo rzeczowo: „Czy chcesz stać się zdrowym?”
To jak, chcesz czy nie chcesz?

Joanna Czech

 

Starszy brat 

Moje dziecko, ty zawsze jesteś przy mnie i wszystko moje do ciebie należy. (Łk 15,31)

Kiedy syn marnotrawny odjechał w nieznane z połową majątku, to czy jego starszy brat został przy ojcu z miłości? Czy może w skrytości zazdrościł młodszemu i chciałby zrobić tak samo, ale nie miał tyle odwagi?
Skoro człowiek jest wolny, to znaczy, że ma zdolność do świadomego podejmowania decyzji, i ponoszenia ich konsekwencji. Nawet najboleśniejszych. Jeśli jeszcze ktoś wierzy mocno w miłość i miłosierdzie Boga, to Jemu może powierzać swoje trudności, ufając, że On nawet z największego zła potrafi wyprowadzić dobro. Kto w ten sposób podchodzi do swojego życia, odnajdzie sens, pokój i szczęście nawet w sytuacji, która po ludzku może wydawać się beznadziejna.
Tak jak ten syn marnotrawny: nawet kiedy upadł na samo dno, gubiąc po drodze resztki ludzkiej godności, to wciąż miał w pamięci dobroć swego ojca: „Iluż to najemników mojego ojca ma pod dostatkiem chleba” (15, 17). Kiedy już nie mógł na sobie ani na nikim innym polegać, wrócił do domu. Znał przecież swego ojca i domyślał się, że go nie odtrąci, nie potępi. Że wybaczy.
Jeśli jednak jakaś decyzja, jakiś życiowy wybór, nie jest podjęta w wolności, ale ze strachu przed zrobieniem tego, do czego naprawdę pała czyjeś serce, to potem może być już tylko gorzej. Co z tego, że starszy syn „tyle lat” służył ojcu, kiedy wydaje się, że nie był w tym szczęśliwy? Jeśli zapominamy, że jesteśmy wolni i pozwalamy, by rządził nami lęk, by strach decydował o naszym życiu, to prędzej czy później doświadczymy goryczy, frustracji, gniewu, złości, żalu.
Dlatego Jezus tak często powtarza – przy każdej okazji mówi to swoim uczniom: Nie lękajcie się! Dlaczego tacy bojaźliwi jesteście? Nie bójcie się!
Pan jest przy nas i nigdy nas nie opuści, nawet jeśli będziemy podejmować niewłaściwe decyzje, jeśli będziemy trwonić swoje życie, jak marnotrawny syn. On nigdy nikomu nie powie: nie postąpiłeś zgodnie z Moją wolą, więc teraz nie chcę cię znać. Nie bójmy się kochać Boga. On jest potężniejszy niż nasza słabość. On wszystko, cokolwiek dotknie, obraca w dobro.

Joanna Czech

 

Moje

Zbliżała się pora Paschy żydowskiej i Jezus przybył do Jerozolimy. (J 2,13)

Człowiek chciałby sobie wszystko przywłaszczać i podporządkowywać. Wszystko, łącznie z Bogiem.
Jan pisze, że Pascha, na którą Jezus przybył do Jerozolimy, była żydowska. Tak, jakby to święto należało tylko i wyłącznie do nich, a nikt więcej nie miał do niego prawa. Łącznie z Synem Bożym.
W świątyni Jezus zastał sprzedawców i bankierów „siedzących za stołami”. Jakby to był ich dom, jakby oni byli w nim właścicielami i panami sytuacji. A Jezus mówi: Nie róbcie targowiska z domu mego Ojca. Bo chyba zapomnieli, że to przecież Jego mieszkanie.
Żydzi w odpowiedzi zażądali znaku. A więc jednak rzeczywiście zapomnieli, czyj to dom, skoro uważali, że im należą się wyjaśnienia. Atakując Jezusa za Jego czyn, ani słowem nie wspomnieli o Panu tego domu. W dyskusji użyli innego argumentu, z akcentem na siebie: to my przez czterdzieści sześć lat budowaliśmy tę świątynię. Jakie więc prawa rościł sobie do niej Syn Boży, skoro to nie Jego wysiłkiem powstał przybytek?
Do Domu Bożego trzeba zawsze przychodzić z pokorą, ze świadomością, że On jest Stwórcą świata, odwiecznym, niepojętym, całkowicie przekraczającym moje możliwości poznawcze. Do Domu Bożego trzeba przychodzić, jakby się wchodziło na ośmiotysięcznik: wiedząc, jak bardzo jest się małym i niemocnym, i że nigdy, przenigdy nie zapanuję nad Bogiem, nie okiełznam Go, nie podporządkuję Go sobie. Choć czasem pewnie bym chciał, i myślę, że gdyby to się udało, to życie byłoby o wiele prostsze.
A Jezus przychodzi i mówi: nie tędy droga. Zmień myślenie. Nawróć się. On nikomu nie zawierza samego siebie, bo jest wolny. I nas uczy wolności – swojej własnej, wolności bliźnich i Bożej wolności. Na tej wolności buduje zbawienie. Kocha nas nieskończenie, ale swoją miłość też buduje na wolności, Jego i mojej. Inaczej to wszystko nie miałoby sensu.

Joanna Czech

 

Tak - Tak

A najwyższy kapłan rzekł do Niego: «Poprzysięgam Cię na Boga żywego, powiedz nam: Czy Ty jesteś Mesjasz, Syn Boży?» Jezus mu odpowiedział: «Tak, Ja Nim jestem. (Mt 26,63-64)

Bóg nie może zaprzeć się samego siebie. Szymon Piotr, pytany o znajomość z Galilejczykiem Jezusem, „zaprzeczył pod przysięgą: «Nie znam tego Człowieka»” (Mt 26,72), chociaż przecież nic złego mu za to nie groziło. To nie jego chcieli ukrzyżować. To Galilejczyk Jezus miał umrzeć. A On, kiedy chwilę wcześniej najwyższy kapłan pytał Go czy jest Synem Bożym, nie wyparł się swego Ojca, ani samego siebie się nie wyparł, choć za to właśnie groziła Mu śmierć.
Mowa Jezusa zawsze była tak – tak, nie – nie (Mt 5,37). Nawet w obliczu straszliwej męki i okrutnej śmierci nie próbował odpierać oskarżeń fałszywych świadków, ani nie starał się dyplomatycznie wybronić z tego, że On rzeczywiście jest  - niby oczekiwanym, ale jednak niechcianym – Mesjaszem. I jeszcze, jakby specjalnie, rozzłościł swoich przeciwników, dodając: „Odtąd ujrzycie Syna Człowieczego, siedzącego po prawicy Wszechmocnego, i nadchodzącego na obłokach niebieskich» (26,64). Kiedy On to mówił, Szymon Piotr stał na dziedzińcu i grzał się przy ognisku.
Bóg sam siebie nie może się zaprzeć. Człowiek jednak jest słaby i boi się, realnych, a czasem nawet urojonych zagrożeń. Jeśli ktoś, jak Szymon Piotr, wyprze się Boga, to Bóg jest miłosierny, wybacza i daje drugą szansę. Jeśli jednak, w obliczu cierpienia i śmierci, ktoś nie wyrzeknie się tego, że Jezus Mesjaszem, Synem Bożym, to otrzyma od Niego tę samą siłę, która pomogła i Jemu dojść na własnych nogach na Golgotę. Syn Boży otoczy go swoim płaszczem i nie opuści do końca. O takich czytamy w Apokalipsie:  „To ci, którzy przychodzą z wielkiego ucisku i opłukali swe szaty, i w krwi Baranka je wybielili”. I jest ich tłum wielki, którego nikt nie jest w stanie policzyć (Ap 7,9;14).
A Jezus do końca pamięta o swoich najbliższych. Choć Jego samego czeka Pasja, to On myśli bardziej o uczniach niż o sobie samym. Choćby ten kogut, który Szymonowi zapiał. Gdyby nie to, gdyby nie zapowiedź Jezusa, co się wydarzy, to Apostoł mógłby się w porę nie opamiętać. A tak, kiedy usłyszał przeraźliwe pianie, przypomniał sobie słowa Mistrza, wyszedł i gorzko zapłakał. W samą porę! Gdyby nie kogut, to może Piotr całkiem by przepadł.
I my też mamy w życiu różne takie „koguty alarmowe” – jakieś zdarzenia, czyjeś słowa, niby zbiegi okoliczności, które mówią nam: opamiętaj się, uważaj. Jezus jest Bogiem i nie może sam siebie się zaprzeć. Ale jest też miłosierny i wie – z własnego doświadczenia – jak to jest padać na ziemię i zderzać się z brutalną rzeczywistością. Dlatego, wiedząc, ile razy jeszcze Go zdradzimy, wciąż jest obok, na wyciągnięcie ręki, by podnieść, podtrzymać, pomóc powstać na nowo. Nie pyta: Dlaczego to zrobiłeś?, ale zawsze i niezmiennie nas pyta, po każdym upadku: Czy Mnie miłujesz?

Joanna Czech

 

Będący

 Zanim się narodziły góry,
nim powstał świat i ziemia,
od wieku po wiek Ty jesteś Bogiem.
Bo tysiąc lat w twoich oczach
jest jak wczorajszy dzień, który minął,
albo straż nocna. (Ps 90,2-4)

Kiedy Bóg przedstawia się Mojżeszowi, to mówi mu o sobie, że Jest Tym, Który Jest (ehje aszer ehje). Imię Boga wyrażone po grecku (ego eimi ho on) można również rozumieć jako „Jestem Będący”.
Brakuje nam słów, brakuje pojęć i w ogóle możliwości zrozumienia, by wyjaśnić, co to znaczy, że On Jest, Który Jest, że Jest Będący. Bycie to absolutna podstawa, a jednak Święte Imię Boga to dopiero punkt wyjścia do poznawania, Kim On Jest.
Jakiegokolwiek wyrażenia byśmy nie użyli: że On jest Zawsze, że jest Odwieczny, że jest Nieskończony, to każde nasze określenie zapada gdzieś w pustkę. Ogranicza nas nasz czas, taki, jakim my go znamy: czas, który się kończy, wiecznie pędzi, ciągle jest go za mało.
Bóg nie mógłby nikomu powiedzieć, jak my często mówimy: „Nie mam czasu”. On przecież ma w posiadaniu cały czas, który już był, który teraz trwa, i który jeszcze nastanie. My musimy wyrabiać się w czasie, dotrzymywać terminów, zdążać na czas w różne miejsca. Możemy czas tracić albo dobrze go wykorzystywać. I o Bogu i Jego miejscu w dziejach świata automatycznie myślimy podobnie, że On również podlega czasowym restrykcjom, do których my musimy się stosować.
A przecież tak zupełnie nie jest! U Boga tysiąc lat to jak jeden dzień. Nie dlatego, żeby On nasz czas lekceważył – sam go przecież stworzył i nam dał, byśmy z niego mądrze korzystali, ale dlatego, że On jest Będący, niezależnie od upływu czasu.
I do tego Boga, Będącego, Nieograniczonego, Niepojętego i Nieskończonego Jezus nauczył nas, byśmy mówili: Ojcze. A nawet bardziej – Tatusiu. Czy potrafisz sobie wyobrazić, że twoim Ojcem jest ktoś nieskończenie potężny, kto stworzył cały świat zupełnie z niczego, pamiętając o wszystkim, o najdrobniejszych szczegółach? Czy kiedy patrzysz na jakiś zachwycający widok, albo podziwiasz genialne prawa fizyki czy przyrody, to czy myślisz sobie: to mój Tatuś tak to cudownie wymyślił!? Czy radujesz się światem, który cię otacza, a twoja radość jest pełna, bo wiesz, że jest zanurzona w Odwiecznym, który nigdy nie przeminie? Co stoi na przeszkodzie, żeby właśnie tak podchodzić do życia? By żyć pełnią – w Bogu, bo tylko On jest pełny.

Joanna Czech

 

Spełnienie

Obecnie jesteśmy dziećmi Bożymi, ale jeszcze się nie ujawniło, czym będziemy.  Wiemy, że gdy się objawi, będziemy do Niego podobni, bo ujrzymy Go takim, jakim jest. (1 J 3,2)

Jesteśmy wszyscy dziećmi Bożymi. A dziecko nie jest swoim rodzicem, jest oddzielną, niezależną istotą. Tak też i nas Bóg uczynił: swymi dziećmi, wolnymi i niezależnymi. I dał nam umiejętność podejmowania decyzji i wszystko inne, czego potrzeba, byśmy mogli funkcjonować samodzielnie. Nawet do tego stopnia samodzielnie, że zupełnie bez Niego.
Tak jest teraz. A co będzie potem? Jan Apostoł pisze, że jeszcze się nie ujawniło, czym będziemy – kim będziemy w królestwie Bożym. Ale, że kiedy ujrzymy Go takim, jakim jest, to sami staniemy się do Niego podobni.
Boga nikt nigdy nie oglądał twarzą w twarz. Kto by Go ujrzał, zaraz by umarł – tak czytamy w Starym Testamencie. Ale dlaczego? Czy dlatego, że On jest tak przerażający? Czy raczej tak piękny i nieskończony, i doskonały,  i niewypowiedziany, że kto by Go zobaczył, to już by nie mógł nigdy w nic innego się wpatrywać, jak tylko w Niego.
Nie można ujrzeć Boga twarzą w twarz i pozostać nadal sobą. To jest na pewno niemożliwie. Kiedy Go zobaczymy takim, jakim jest, bez żadnych zasłon, to i my staniemy się do Niego podobni. Już teraz jesteśmy Jego obrazem i podobieństwem. Ale zarówno obraz, jak i podobieństwo oznaczają oddzielenie od swojego wzoru. Jedno nie jest drugim. A kiedy Go zobaczymy, ten dystans zniknie. Przestanie istnieć różnica między obrazem a Tym, kogo on przedstawia.
Wtedy już nie będziemy dłużej Jego dziećmi, ale zostaniemy złączeni z Nim i w Nim, całkowicie i bez reszty. I już nie będzie żadnego oddzielenia, żadnej tęsknoty, żadnego pragnienia. Wtedy już wszystko stanie się spełnieniem.
Odkąd Jezus umarł na krzyżu i zmartwychwstał, bycie dzieckiem Boga oznacza potencjał, by kiedyś powrócić do Tego, który obdarował nas życiem, i stać się jednym z Nim. I dlatego mamy prawo mówić do Boga: Ojcze.

Joanna Czech

 

Meriba 

Jeśli my odmawiamy wierności, On wiary dochowuje, bo nie może się zaprzeć samego siebie. (2Tm 2,13)
Mojżesz, przyjaciel Boga, raz jeden jedyny zwątpił w Jego moc. Było to na pustyni, w Meriba, tam, gdzie Izraelitom zabrakło wody. Spragniony lud zaczął kłócić się z Mojżeszem, a on, zdenerwowany, prosił Boga o pomoc. Bóg, jak już tyle razy wcześniej, zapewnił go, że wszystko będzie dobrze, nikt nie umrze z pragnienia, gdyż ze skały wypłynie tyle wody, że spokojnie starczy dla wszystkich.
Mojżesz nie miał powodu, by nie dowierzać Panu, który przecież nigdy wcześniej go nie zawiódł i już nieraz dokonywał o wiele większych cudów. A jednak zwątpił. Być może pomyślał, że jest zdany sam na siebie. Że Bóg nie jest na tyle wszechmocny, by ocalić swój naród od śmierci na pustyni.
Woda wypłynęła, kiedy Mojżesz uderzył dwa razy laską w skałę. Bóg to sprawił, nie Mojżesz ani jego laska. Ludzie i zwierzęta mogli zaspokoić pragnienie, gdyż inaczej rzeczywiście by nie przeżyli. A Mojżesz pozostał ze świadomością, że zdradził Pana: nie uwierzył, że w skale jest woda.
Szymon Piotr raz jeden jedyny zwątpił w swego Przyjaciela i Mistrza. Mimo niezliczonych cudów, które widział, i słów, które słyszał, i miłości, której doświadczył, nie uwierzył, że nastąpi kolejny cud. Większy niż wszystkie inne. Nie wierzył, że Jezus może pokonać nawet śmierć.
Bóg wiary dochowuje na wieki. Mimo naszej niewiary. A jednak najgorszą, najbardziej bolesną konsekwencją braku zaufania w Jego nieskończone miłosierdzie jest sama świadomość, że Mu nie uwierzyliśmy, że Go zdradziliśmy. Nie potrzeba żadnych innych kar. Samo poczucie, że się zraniło Jego miłość, jest najcięższą karą. Jak dobrze, że On zawsze przebacza! I, kiedy serce boli najbardziej, z  powodu zdrady Przyjaciela, On przychodzi i pyta: Czy Mnie miłujesz? Wciąż zaprasza, by Go kochać. Im trudniej nam jest – by właśnie tym mocniej Go kochać.

Joanna Czech

 

Godność

Zacheuszu, zejdź prędko!  (Łk 19,1-10)

Godność to świadomość, że jest się człowiekiem „niskiego wzrostu”, ale że wcale nie musi się z tego powodu wspinać na żadne drzewa. Ten, kto ma poczucie własnej godności, nie rani ani siebie, ani innych, ponieważ nie ma potrzeby nikomu niczego udowadniać i też nie oczekuje, że ktoś będzie coś udowadniał jemu.
Godność to świadomość, że jestem dzieckiem Boga, który stworzył mnie w piękny i cudowny sposób. Że już teraz i od zawsze jestem Jego ukochanym dzieckiem, a nie dopiero kiedyś, pod warunkiem, że mi się uda coś osiągnąć.
Godność to pełnia. Jeśli patrzę na moje braki, to widzę pustkę i niedoskonałość. Ale jeśli przede wszystkim dostrzegam w sobie wartość człowieczeństwa, to wtedy otwierają mi się oczy na dobro, na szczęście, na miłość. Jak Zacheusz, który przyjął Jezusa w swoim domu – „rozradowany”.
Jezus przyszedł „szukać i zbawić to, co zginęło”. Przyszedł szukać człowieka, „syna Abrahama”, takiego, jakim stworzył go Bóg. On mógłby nas uczynić inaczej, wcale nie obdarzyć wolną wolą i zdolnością do dokonywania wyborów. A jednak chciał w ten sposób. Na swój obraz i podobieństwo. I to jest piękne, ale też trudne. Wymaga wysiłku. Wolność to zadanie. I godność to też zadanie. O wiele łatwiej jest powiedzieć, że nic nie umiem, do niczego się nie nadaję. I schować się w komorze celnej. Albo wleźć na drzewo. Ani tu, ani tu nie ma prawdziwego życia.
Żyć to stanąć, twarzą w twarz z Jezusem. Spojrzeć Mu w oczy i zobaczyć w nich odbicie siebie, prawdziwego. I wytrzymać to spojrzenie. Nie spuścić wzroku, ani nie próbować Jemu zamknąć oczu. Jezus nie przyszedł ani do zwierzchnika celników, ani do człowieka niskiego wzrostu, ale do Zacheusza. I do mnie też przychodzi – do mnie, tego, kim jestem.
Dopiero kiedy to uznam, że mam w sobie godność dziecka Bożego, On może do mnie przyjść i Jego JESTEM może się we mnie stać.

Joanna Czech

 

Znaki zapytania

Wtedy surowo im przykazał i napomniał ich, żeby nikomu o tym nie mówili. (Łk 9,21)

Któregoś razu, było to niedługo po cudownym rozmnożeniu chleba, Jezus zapytał uczniów, za kogo uważają Go tłumy. To był jednak dopiero wstęp do najważniejszego pytania: „A wy za kogo Mnie uważacie?” (Łk 9,20) Każdy sam za siebie musi na to odpowiedzieć. Nie ma znaczenia, co inni mówią o Jezusie. Istotnie jest tylko to, Kim On dla ciebie jest, w twoim życiu, w twoim sercu. Kim On JEST i kim się STAJE w tobie.
Kiedy Jezus przyszedł na ziemię, to nie od razu objawił światu swoją chwałę. Choć na pewno by mógł, na ognistym rydwanie, w towarzystwie zastępów aniołów i przy dźwięku rogów, tak, że każdy od razu by poznał, że to nie jest zwykły Człowiek, ani nawet niezwykły Człowiek, ale sam Bóg.
Dla Niego chyba o wiele większą wartość ma to, kiedy Go odkrywasz. Kiedy Go szukasz, kiedy otwierasz oczy, uszy i serce na Jego Słowo i Jego Obecność. Kiedy to ty w głębi duszy poznajesz, jak kiedyś Piotr, że On jest „Mesjaszem Bożym” (9,20). To jest bardzo piękne, niesamowicie piękne, gdy po różnych życiowych burzach, po wielu ślepych uliczkach, po wielu upadkach w przepaść, wreszcie kiełkuje w tobie to zrozumienie, jak ziarnko gorczycy, że Jezus jest Mesjaszem, Synem Boga Żywego.
Jezus często swoim rozmówcom odpowiadał pytaniem na pytanie. Albo udzielał takich odpowiedzi, które zmuszały do myślenia. Albo mówił w przypowieściach, jakby w połowie zdania zawieszając głos, żeby ten, kto słucha, musiał sam zdecydować, co naprawdę słowa Jezusa oznaczają dla niego.
Dlatego przyjaźń z Chrystusem jest tak niesamowita. Nigdy nie można Go poznać do końca. Nie można Go przejrzeć na wylot. Nie można Go przewidzieć. On zawsze będzie się wymykał wszelkim definicjom. Zawsze pozostanie trochę nieuchwytny. Zawsze będzie sobą i nie da się Go nagiąć do jakiejś kategorii czy gdzieś tam zaszufladkować. Zawsze to On będzie cię prowadził, parę kroków przed tobą.
Jeśli myślisz, że już znasz Jezusa, to właśnie dopiero Go nie znasz. On JEST Tym, Kim JEST i nie od ciebie to Jego JEST zależy. Ale On ciebie do swojego JEST zaprasza, byś je odkrywał, byś w nim smakował, byś w nim odnajdywał radość i szczęście. Byś i ty naprawdę był.

Joanna Czech

 

Oto jestem

„Heli zrozumiał, że to Pan woła chłopca” (1Sm 3,8)

Kiedy Pan przychodzi i woła człowieka po imieniu, to czy jest na świecie jakiś inny głos, który mógłby się równać z Głosem Bożym? Jeśli Pan przyciąga kogoś do siebie ludzkimi więzami, które są więzami miłości (Oz 11,4), to kto mógłby zaproponować tej osobie miłość mocniejszą i piękniejszą niż Miłość Boża? Jeśli Pan wzywa kogoś po imieniu, to kto by się odważył powiedzieć tej osobie: nie idź za tym Głosem?
„Młody Samuel usługiwał Panu pod okiem Helego” (1Sm 3,1). Heli miał już swoje lata i chłopiec z pewnością był dla niego dużą podporą. Kapłan jednak nie rościł sobie żadnych praw do niego. Kiedy zrozumiał, że Pan wzywa Samuela, nie próbował swego podopiecznego zatrzymać przy sobie, ale pouczył go, co ma odpowiedzieć, kiedy Bóg znów zawoła go po imieniu.
Anna, matka Samuela, też nie próbowała zatrzymać chłopca przy sobie. Choć przecież był jej pierworodnym, długo wyczekiwanym, wymodlonym i wypłakanym dzieckiem. Kiedy tylko go wykarmiła, sama zaprowadziła syna do przybytku Pańskiego i oddała na służbę Bogu: „Po wszystkie dni, jak długo będzie żył, oddała go na własność Panu” (1,28). A Pan „wejrzał na Annę” (2,21) i obdarzył ją jeszcze trzema synami i dwiema córkami. Gdyż On jest Bogiem szczodrym i miłosiernym, nigdy niczego sobie nie zabiera, ale każdy ludzki dar ofiarowany Mu ze szczerego serca zwraca cudownie pomnożony.
Zanim Samuel odpowiedział na wołanie, Pan wzywał go kilkakrotnie. Bóg, Stwórca całego świata i Dawca każdego życia, jakie na nim istnieje, czekał cierpliwie i pokornie, aż chłopiec będzie gotowy przyjąć Jego wołanie do serca. Aż dojrzeje i zrozumie, że sam Bóg, święty i nieskończony, wkracza w jego życie.
Żeby była rozmowa, żeby była relacja, potrzebne są dwie osoby, które, w wolności i radości, pragną, by ta rozmowa, by ta relacja się zdarzyła. I oto dzieje się najpiękniejszy cud, jaki może stać się na świecie: Pan przemawia, z miłością, a człowiek na tę miłość odpowiada, z otwartym sercem. „Samuelu!”, „Oto jestem!”. I inny dialog, który wydarzył się wiele wieków później i w zupełnie innych okolicznościach, ale chodzi w nim zupełnie o to samo, o odwieczną miłość Boga i człowieka: „Mario!”, „Rabbuni!”.
Kiedy więc Pan wzywa kogoś do siebie po imieniu, nie próbujmy go powstrzymać, pozwólmy mu, by za tym Głosem pobiegł.

Joanna Czech

 

Kadosz

Kadosz znaczy święty. A święty to inny, oddzielony. Najświętszy, a więc i niedostępny. Boga Abrahama, Boga Izraela i Boga Jakuba nikt nie mógł zobaczyć, bo kto by Go zobaczył, nie przeżyłby. Nawet Mojżesz, przyjaciel Boga, mógł Go ujrzeć tylko od tyłu, żeby nie umarł od patrzenia w Jego oblicze (Wj 33,18-23). Kto by – niepowołany – dotknął się Arki Przymierza, zaraz padłby martwy na ziemię, nawet jeśli wyciągnął rękę po to, by uchronić Arkę przed upadkiem w czasie przewożenia (2 Sm 6,6-7).
Kiedy Dawid, który przecież był sługą Pana i „czynił to, co jest słuszne w Jego oczach ” (1 Krl 15,5), zapragnął zbudować świątynię, Bóg tak mu odpowiedział: „Czy ty zbudujesz Mi dom na mieszkanie?” (2 Sm 7,5) Kto z ludzi zdolny jest wznieść budynek godny tego, by mógł w nim przebywać Najświętszy? Kto z ludzi jest bez grzechu, by móc się z Nim równać?
A jednak Pan zamieszkał wśród umiłowanego ludu. A kiedy posłał na świat swego Syna, to ten Jego Syn umiłowany sam nauczył nas mówić do Boga: Ojcze. A przecież Ojciec nie może być oddzielony! Ojciec po to właśnie jest, by być blisko, i to zwłaszcza wtedy, kiedy dziecko najbardziej dotkliwie odczuwa własną słabość. W takich momentach najmocniej potrzebuje, żeby Ojciec, silny i dobry, zawsze kochający, był tuż obok.
Takim Bogiem dla nas zechciał być Bóg Abrahama, Bóg Izaaka i Bóg Jakuba. Ojcem, najbliższym, na zawsze złączonym ze swoim dzieckiem. I On, Bóg święty i nieskończony, sam uświęca nasze ułomne, ludzkie wysiłki.
Kto może zbudować Bogu dom na mieszkanie? Kto może stanąć przed Jego obliczem, kto jest na tyle święty, by mógł o Nim opowiadać? Nawet Biblia, gdyby była tylko dziełem człowieka, byłaby tak samo niedoskonała, jak niedoskonali byli ludzie, którzy ją spisywali. Mimo największej staranności autorów, księgi Pisma Świętego nie byłyby święte, gdyby nie uświęcił ich sam Bóg.
Tak jest z każdą naszą pracą, jakiej się podejmujemy: może być albo nasza, może lepsza, może gorsza, ale zawsze przyziemna i skończona. A może być oddana Bogu, z ufnością dziecka, dla którego Ojciec zawsze i wszędzie jest największym bohaterem, tak, by On mógł ją przemieniać, uświęcać i wywyższać. Jeśli są jakieś wielkie dzieła, to tylko wtedy, kiedy Boża świętość wychodzi naprzeciw ludzkiej ułomności.
Kadosz, Bóg święty, nieskończony, nieprzenikniony. Najświętszy i godzien największej czci. Ten, który wisi na krzyżu i broczy krwią. Oddzielony, a jednak najbliższy. Bóg przedziwny

Joanna Czech

 

Lawa

A Ja wam powiadam: Miłujcie waszych nieprzyjaciół. (Mt 5,44)
Jezus mówi nam, byśmy kochali tych, którzy są naszymi nieprzyjaciółmi. Ale czym w ogóle jest nieprzyjaźń? Skąd bierze się nienawiść? Czy przypadkiem nie z serca tego, kto nienawidzi?
Jeśli ktoś ma w sobie dużo gniewu, złości, niechęci, żalu – a są to uczucia, które bardzo szybko się namnażają – to w pewnym momencie całe to zło już się w nim nie mieści i zaczyna wylewać się na zewnątrz, na innych. Jak wulkan, kiedy wybucha, wyrzuca z siebie lawę, która szczelnie zakrywa wszystko dokoła. I jak okiem sięgnąć, widać już tylko brzydką, martwą, czarną masę – ponury krajobraz, w którym trudno się zakochać.
Tak samo nienawiść, kiedy wylewa się z serca człowieka, spada na innych. I ten, kto nienawidzi, nie dostrzega już osoby taką, jaka ona jest, ale widzi tylko grubą warstwę swoich negatywnych emocji, którymi szczelnie ją otoczył. I staje się przez to jeszcze bardziej nieszczęśliwy. Bo nie ma kogo kochać. A przecież człowiek został stworzony do miłości. Nie do nienawiści.
Dlatego Jezus mówi: miłujcie, miłujcie, miłujcie. Trudno jest kochać tych, którzy wyrządzają nam krzywdę. A jednak siła miłości jest niepojęta, i niezwyciężona. Jeśli, zamiast nienawidzić, będziemy Jezusowi oddawać nasze trudne relacje, z miło

Zobacz

Słówko na dziś

j. grecki
πόλις miasto (polis)

j. hebrajski
qAxr' oddalony (rahok)

 

Artykuły

» więcej artykułów

Szkoła Biblijna Archidiecezji Gdańskiej

Zajęcia we wtorki:
Gdańskie Archidiecezjalne Kolegium Teologiczne (aula)
ul. Armii Krajowej 46
81-365 Gdynia

Zajęcia w środy:
Wydział filologiczno-historyczny Uniwersytetu Gdańskiego (aula)
ul. Wita Stwosza 55
80-952 Gdańsk

Telefon

+48 507 923 209

E-mail

kontakt@szkolabiblijna.gda.pl

Numer konta:

Bank Zachodni WBK S.A.
17 1090 1102 0000 0001 3465 7428

W tytule przelewu prosimy podać:
Imię i nazwisko z dopiskiem Szkoła Biblijna
Koszt: 120 zł / semestr

Używamy plików cookies Ta witryna korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności i plików Cookies .
Korzystanie z niniejszej witryny internetowej bez zmiany ustawień jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików Cookies. Zrozumiałem i akceptuję.
63 0.17901802062988