TWOJA SZKOŁA BIBLIJNA

Dla zainteresowanych Pismem Świętym

30 listopada 2018

Życie Słowem

Pośpiech

A bez Niego nic się nie stało, co się stało (J 1,3)

Jedyny raz, kiedy Jezus się spieszy w Ewangelii, to wtedy, gdy zdąża do Jerozolimy – na swoją Mękę. Dla uczniów, którzy Go znają, Jego pośpiech wydaje się na tyle nietypowy, że aż czują niepokój (Mk 10,32). Pierwszy raz się zdarzyło, że Jezus ich wyprzedza i idzie tak szybko. Jakby cierpienie i śmierć na krzyżu były dla Niego jedynym wydarzeniem, na które nie należało się spóźnić. Wszystko inne mogło poczekać.
Jeśli popatrzymy na podróże Jezusa – piesze, jakże by inaczej, to dojdziemy do wniosku, że trwały one zazwyczaj dłużej niż by to wymagało, sądząc po odległości, jaką miał do przebycia. Coś jak Izraelici, którzy na pustyni zabawili aż czterdzieści lat.
Co chwilę ktoś zaczepia przechodzącego Jezusa, prosząc Go o uzdrowienie dla siebie, albo bliskich. On przystaje, by z tą osobą porozmawiać, dotknąć jej, popatrzeć jej w oczy. Czasem nawet nadkłada drogi, by zajść do domu kogoś potrzebującego Jego obecności.
Kiedy naucza, to wchodzi na górę, albo zachodzi do Świątyni czy synagogi, i tam siada. Skoro siada, to znaczy, że się nie spieszy, nie jest jedną nogą tu, a drugą tam, ale całym sobą jest w tej sytuacji, która właśnie się dzieje. Cały tu i teraz.
Skoro bez Boga nic się nie stało, co się stało, to i w naszym życiu też dzieją się rzeczy, które bezpośrednio od Niego pochodzą. Czasem nasze doskonałe plany, dopracowane niemal co do sekundy, burzy jakieś nieprzewidziane zdarzenie. Niespodziewane spotkanie. Nieplanowane opóźnienie. Coś, co może nam się wydawać niepotrzebne, nietwórcze, nieproduktywne.
Jeśli jednak uczymy się słuchać Jezusa, Jego głosu, to z czasem w takich niepozornych zdarzeniach zaczynamy dostrzegać piękno. Okazuje się, że czas, który moglibyśmy spożytkować o wiele bardziej twórczo, ale spontanicznie ofiarowaliśmy drugiej osobie, choć sami nic z tego nie mamy, owocuje w naszych sercach cudownym pokojem i przedziwną radością, która nie wiadomo skąd się wzięła, wydaje się całkowicie nieracjonalna i bezpodstawna, a jednak jest, i koi serce. Bóg potrafi sprawiać takie cuda.
Dobrze, że Pan z nas nie rezygnuje, choć tacy zabiegani jesteśmy. I że potrafi nas czasem zatrzymać w pół kroku, wybić z rytmu, byśmy zdążyli zachwycić się pięknem – własnym i tym, które ukryte jest w innych ludziach.
A w ten sposób właśnie rodzi się miłość.

Joanna Czech

 

Kazanie

Jezus, widząc tłumy, wyszedł na górę (Mt 5,1). Być może, z perspektywy kościelnej ławki, trudno sobie wyobrazić tę scenę. Jesteśmy przyzwyczajeni do tego, by słuchać Ewangelii w zacisznym budynku. Jednak Słowo Boże musiało brzmieć zupełnie inaczej, kiedy Chrystus po raz pierwszy wypowiadał je ze szczytu wzniesienia, do zgromadzonego tłumu. Musiało unosić się daleko, aż po horyzont, i odbijać się echem – od sąsiednich wzgórz, od ściany lasu, zasiewając się na trwałe w sercach słuchających.
A gdy usiadł, przystąpili do Niego Jego uczniowie (5,1). Jezus wychodzi na górę, a uczniowie idą za Nim. Kiedy przychodzę na Eucharystię, to nie dlatego, że „w niedzielę trzeba iść do kościoła”, ale dlatego, że chcę chodzić za Chrystusem, jak chodzili za Nim Jego uczniowie. Jestem jednym z nich – z uczniów Jezusa, dlatego, że tego pragnę, taki jest mój wybór: być blisko mego Pana, który ma słowa życia wiecznego.
Wtedy otworzył swoje usta i nauczał ich tymi słowami (5.2). Jezus naucza. Jest to czynność niedokonana – jakby niezakończona jeszcze. Uczniowie często tej nauki nie pojmowali, jak możemy się o tym przekonać, czytając Ewangelię. I ze mną pewnie jest podobnie. Często słucham słów Syna Bożego, ale nie wszystko jest jasne i oczywiste. Niektóre Jego słowa są „balsamem dla mojej duszy”, pocieszeniem, zapewnieniem; inne niepokoją; jeszcze inne zapadają głęboko w serce, nie dając o sobie zapomnieć, choć może nie do końca rozumiem ich sens. Tak pewnie jest z Ośmioma Błogosławieństwami. Niby proste i zrozumiałe, a tak trudno je zgłębić.
Błogosławieni jesteście… Pewnie za każdym razem, kiedy słyszę te słowa, odbieram je zupełnie inaczej. Może czasem przechodzą obok mnie obojętnie; może to nic dla mnie nie znaczy – być ubogim w duchu, smucić się, być cichym… Innym razem może dotyczą konkretnych sytuacji z mego życia: może walczę o sprawiedliwość, może jestem miłosierny dla innych. A może właśnie odwrotnie. Może wiem, że moje serce czyste nie jest, i że nie dbam o pokój wokół mnie. Albo wręcz lękam się tych słów, boję się, że musiałbym cierpieć – dla Jego imienia. Może wcale nie potrafię cieszyć się i radować, na myśl o tym, że czeka mnie wielka nagroda w królestwie Bożym, jeśli moje aktualne trudności zbyt mnie przytłaczają.
Błogosławieni. Ale może jednak Jezus mówi te słowa prosto do mojego serca. Może, nawet jeśli nie do końca je pojmuję – to jednak je przyjmuję. Pozwalam, by dotknęły mojej duszy i zostawiły w niej swój ślad. Może jeszcze nie przyszedł czas, by wydały owoc, ale mimo to pragnę ich słuchać, wciąż i wciąż.
Jak wygląda Jezusowe Kazanie na Górze? W każdym zdaniu Syn Boży mi BŁOGOSŁAWI. Dobrze mi życzy, pragnie dla mnie wszystkiego, co najlepsze: by do mnie należało królestwo niebieskie, bym oglądał Boga i został nazwany Jego synem. Bym był pocieszony, nasycony, bym dostąpił miłosierdzia. Bym posiadł ziemię na własność. Jeśli słucham słów Jezusa – i jeśli je słyszę, to na to wszystko właśnie On mi błogosławi. A wiem przecież, że w Piśmie Świętym błogosławieństwo, podobnie jak przekleństwo, ma wielką moc. Jezus mi błogosławi swoim Słowem, a Jego Słowo przecież jest potężne, było na początku u Boga i bez Niego nie stało się nic, co się stało.
Błogosławieni jesteście, gdy [ludzie] wam urągają i prześladują was, i gdy z mego powodu mówią kłamliwie wszystko złe na was (5,11). To jest właśnie ważne: by cokolwiek się dzieje  w moim życiu, działo się z powodu Jezusa. Bym zawsze do Niego przystępował, jak to robili Jego uczniowie, a On, by zawsze mnie nauczał – w trybie niedokonanym. Aż w końcu posiądę królestwo niebieskie.

Joanna Czech

 

Wymówka

On zrzucił z siebie płaszcz, zerwał się i przyszedł do Jezusa. (Mk 10,50)

Te słowa dotyczą żebraka Bartymeusza, syna Tymeusza, który pewnego razu siedział przy drodze, gdzieś między Jerycho a Jerozolimą.  Bartymeusz był niewidomy. A jednak jego ślepota nie przeszkodziła mu w tym, żeby odnaleźć Jezusa i przyjść do Niego.
Przyjrzyjmy się temu niepełnosprawnemu mężczyźnie, jak zdecydowanym ruchem zrzuca okrywający go płaszcz, błyskawicznie staje na nogi i bez wahania idzie do Jezusa. Kiedy pomyślimy o tym, w jaki sposób porusza się osoba niewidoma, to kojarzy się to nam z białą laską, niepewnymi krokami, macaniem wokół siebie w poszukiwaniu przeszkód. Niczego takiego nie widzimy w Bartymeuszu. Mogłoby się wydawać, że odzyskał wzrok jeszcze zanim Jezus go spytał: «Co chcesz, abym ci uczynił?». Mistrz zresztą sam przyznaje: to nie Ja, ale «twoja wiara cię uzdrowiła».
Bartymeusz zdawał sobie sprawę ze swojej choroby. Wiedział doskonale, że jego ślepota jest zła, że jest powodem jego cierpienia. I pragnął gorąco być uzdrowionym. Uparcie wołał: «Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną!». Nie przejmował się tym, że inni próbowali go uciszyć, uważając, ze zachowuje się niestosownie. Był przekonany, że potrzebuje Jezusowej litości, że bez niej sobie nie poradzi. Bo przecież był ślepy i był żebrakiem. Na kogo więc mógł liczyć, jak nie na samego Boga?
A przecież mógł sobie zrobić doskonałą wymówkę z choroby. Obrazić się na Pana Boga, że go takim losem pokarał. Przecież tak łatwo usprawiedliwić swoją niewiarę w to, że On jest Ojcem, i że kocha. Nie trzeba nawet tak wielkiego cierpienia, jak ślepota. Czasem wystarczy jakaś błahostka, żeby uzasadnić przed samym sobą, że Bóg nie może mnie kochać, skoro mnie to czy tamto spotkało. Zrzucić na Niego winę za to, że w Niego nie wierzę.
Dlatego Jezus wielokrotnie podkreśla, jak ważna jest ludzka wiara. Może chce nam dać do zrozumienia, że Jego cuda nie byłyby w ogóle możliwe, gdybyśmy w Niego nie wierzyli.
Jezus spotyka Bartymeusza w drodze do Jerozolimy, gdzie czeka Go męka i śmierć na krzyżu – o czym On doskonale wie. A jednak, słysząc wołanie żebraka – Jezus przystaje. Jakby silna, niezłomna wiara mężczyzny zatrzymała Go w pół kroku, nie pozwoliła Mu przejść obok. Ilu jeszcze takich ślepców i innych kalek Syn Boży minął po drodze? A tylko Bartymeusz wołał.
Ślepota, czy jakiekolwiek inne cierpienie, może być doskonałą wymówką, żeby zbudować mur między sobą i Bogiem. A z drugiej strony, to właśnie nędza, kalectwo, niemoc, bezradność są najlepszą „przepustką”, „zaproszeniem na audiencję” u samego Stwórcy: Panie, musisz się nade mną ulitować, bo Cię bardzo potrzebuję! Bartymeuszowe wołanie: Jezusie, Synu Dawida, musiało bardzo mocno poruszyć Syna Bożego, tak, że nie mógł go zignorować. I na pewno dalej Go to bardzo porusza, kiedy ktoś woła, w całkowitej szczerości serca: Ulituj się nade mną!
Można traktować modlitwę jako próbę „przekupienia” Boga – odprawiać rozliczne nowenny, tylko po to, żeby zrealizować własne zamierzenia. A można uznać, przed sobą samym, że bez Boga nic nie mogę. I wołać, by przy mnie przystanął. Bo tak naprawdę to Jego potrzebuję. Od początku do końca, tylko On, mój Bóg, jest moim szczęściem. Nie potrzebuję Go, by mi coś uczynił, ale Jego samego – dla Niego samego potrzebuję najbardziej na świecie.

Joanna Czech

 

Deska ratunku

Ubogich zawsze mieć będziecie u siebie (J 12,8)

Być może to, że mamy ubogich, chorych, cierpiących, bezdomnych, bezbronnych jest ostatnią deską ratunku dla nas, w dzisiejszych czasach. Ostatnią nadzieją, że konsumpcjonizm do reszty nas nie pochłonie.
Wiele nie trzeba, żebyśmy całkiem stracili kontakt z rzeczywistością: internet, podziemne garaże, klimatyzowane pomieszczenia. Można żyć tak, jakby nie było na świecie biedy, jakby wszystkim dobrze się powodziło, jakby to życie było spełnieniem naszych marzeń. I celem samym w sobie.
Ale tak naprawdę potrzebujemy służyć. W naszej naturze jest miłość bliźniego. To my potrzebujemy „ubogich” po to, by nie zatracić siebie do reszty.  „Kto by między wami chciał stać się wielkim, niech będzie waszym sługą” (Mt 20,26). Jeden gest życzliwości, bezinteresowności, jedna chwila spędzona w towarzystwie osoby, która nie może liczyć na niczyją pomoc, daje więcej niż wszystkie bogactwa tego świata.
Piotr pytał kiedyś Jezusa: „Oto my opuściliśmy wszystko i poszliśmy za Tobą, cóż więc otrzymamy?” W odpowiedzi Nauczyciel rzekł mu: „Każdy, kto dla mego imienia opuści dom, braci lub siostry, ojca lub matkę, dzieci lub pole, stokroć tyle otrzyma i życie wieczne odziedziczy” (Mt 19,27-30). I to prawda, słowa Jezusa spełniają się już teraz. Miłosierdzie okazane drugiemu zawsze owocuje w naszych sercach, tak pięknie, jak byśmy nigdy sami sobie tego nie potrafili wyobrazić.
Może być tak, że czasem czujemy się całkowicie bezradni wobec ogromu cierpienia innej osoby. Wydaje nam się, że nic nie możemy zrobić, żeby jej ulżyć. Albo też innym razem okazuje się, że nasza pomoc została przez kogoś zmarnowana. Że nasz czas, wysiłki czy nasze środki wydawałoby się, że poszły na marne. Ale w każdej takiej sytuacji jest jeszcze Bóg, który wszystko widzi i zna nasze serca. On jest miłosierny i pielęgnuje każdą odrobinę miłosierdzia, jaka w nas jest, by nie zginęła.
Dobrze, że mamy ubogich u siebie. Że możemy wyrywać się z dostatku i wygody, że nie umiera w nas współczucie. Dobrze, że jest ktoś, kto potrzebuje, byśmy mu służyli. My sami tego najbardziej potrzebujemy – nauczyć się dostrzegać Boga w tych, którym się w życiu nie powiodło. Potrzebujemy służyć innym, by nie zatracić własnego człowieczeństwa.

Joanna Czech

 

Jak Ezechiasz

Wtedy Bóg go opuścił, żeby go wypróbować i poznać jego serce. (2 Krn 32,31)

Król Ezechiasz był jedną z bardziej znamienitych postaci w historii narodu wybranego. Rządził Judą przez dwadzieścia dziewięć lat, na przełomie 8 i 7 w. przed Chrystusem, i „czynił to, co podobało się Panu, podobnie jak jego praojciec Dawid” (2 Krn 29,2). Jego poprzednicy doprowadzili do rozszerzenia się w kraju pogaństwa. On z kolei oczyścił Świątynię Jerozolimską, przywrócił sprawowanie w niej kultu, odnowił obchodzenie świąt religijnych. „Wszystko, czego się podjął odnośnie do liturgii w domu Bożym czy też Prawa i przykazań, czynił z czystym sercem, szukając swojego Boga. Dlatego dobrze mu się wiodło” (31,21).
To Ezechiasz wydrążył podziemny tunel doprowadzający wodę do Jerozolimy. Ten tunel wciąż istnieje, a współcześni inżynierowie zachodzą w głowę, jak, tyle tysięcy lat temu, było w ogóle możliwe jego wykopanie. Po dziś dzień pozostaje to zagadką. Tunel jest jedną z nielicznych konstrukcji wykonanych przez człowieka, o których mowa w Biblii, a które zachowały się do naszych czasów. To właśnie dzieło Ezechiasza.
Za jego panowania miała też miejsce niechlubna klęska Asyryjczyków szykujących się do podboju Jerozolimy. Król Sennacheryb napadał i zdobywał każde miasto, jakie mu się tylko zamarzyło. Z jego wojskiem nikt nie był w stanie wygrać. Ezechiasz jednak nie uląkł się go. Mówił do swego ludu: „Bądźcie odważni i mocni! Nie bójcie się, nie wpadajcie w przerażenie przed królem Asyrii ani przed potęgą, z którą nadciąga. Z nami bowiem jest ktoś większy niż on. Jego potęga jest ludzka, a z nami jest Pan, nasz Bóg, aby nas wspierać i za nas walczyć” (32,7-8). I rzeczywiście, Bóg posłał swego anioła, który w nocy wytracił najlepszych wojowników Sennacheryba, jego samego zmuszając do niechlubnego powrotu do kraju.
Wkrótce po tym wydarzeniu król judzki śmiertelnie zachorował. Pan posłał do niego proroka Izajasza, aby polecił mu przygotować się do odejścia z tego świata. Ezechiasz jednak uprosił Boga, by przywrócił mu zdrowie. Bóg usłuchał jego modlitwy i „dodał mu piętnaście lat życia”, obiecując, że otoczy go opieką, „ze względu na Mnie i mojego sługę, Dawida” (2 Krl 20,6). Król poprosił więc o znak na dowód tego, że został całkowicie uzdrowiony. I znak też otrzymał: Pan sprawił, że cień na zegarze słonecznym cofnął się o dziesięć stopni. Taki „drobiazg” ;)
Czyż Ezechiasz nie był więc potężnym królem? Czy jego dokonania nie były nadzwyczajne i godne podziwu? Przecież „wszystko, co Ezechiasz podejmował, kończyło się powodzeniem” (2 Krn 32,30). Skąd czerpał swoją wielką siłę? Kiedy „Bóg go opuścił”, okazało się, że król jest bezbronny, jak dziecko. Uniesiony pychą, a może też trochę z naiwności, pokazał wszystkie swoje bogactwa, co do jednego, poselstwu króla babilońskiego (2 Krl 20,12-13). To tak, jakby sam zaprosił złodzieja do domu, i jeszcze pomógł mu zapakować łupy do toreb. Nie minęło wiele czasu, kiedy wszystkie te skarby zostały zrabowane i wywiezione do Babilonii.
Dlaczego mądry król nagle stracił głowę? A może stracił swego Boga? Pozwolił, by miejsce Boga w jego sercu zajęło coś innego – bogactwo, sława, duma. Cokolwiek. Pomyślmy o Ezechiaszu. Przecież każdy z nas mógłby być, jak on. Dopóki trwał blisko Boga i ufał Mu bezgranicznie, nie było takiej rzeczy, której nie mógłby dokonać. Ezechiasz nie był nikim wyjątkowym; to Pan, jego Bóg, go prowadził – dopóki król pozwalał się prowadzić. Dlaczego ja nie mógłbym być jak Ezechiasz? Dlaczego nie miałbym zaufać mojemu Bogu, że On jest przy mnie, aby mnie wspierać. Zawsze. I że dla Niego nie ma rzeczy niemożliwych.

Joanna Czech

 

Czas

Oto skoro głos Twego pozdrowienia zabrzmiał w moich uszach poruszyło się z radości dzieciątko w łonie moim. (Łk 1, 39-45)

Jeśli kogoś dzisiaj zapytać, co u niego słychać, to z wielkim prawdopodobieństwem odpowiedź będzie brzmiała mniej więcej tak: „Nie mam na nic czasu”. Gdyby tak posłuchać ludzi i zastanowić się nad tym, o czym między sobą rozmawiają, to można by dojść do wniosku, że wyznacznikiem statusu społecznego i miarą sukcesu w życiu jest brak czasu! Im bardziej ktoś zabiegany, zajęty, zapracowany, tym bardziej jest spełniony w życiu – mogłoby się wydawać. Tak jakby nadmiar wolnego czasu był, we współczesnej rzeczywistości, powodem do wstydu.
Ale czy na tym życie rzeczywiście polega, żeby je zabiegać, zalatać? Czy o to chodzi, żeby każda jego sekunda była spędzona na produktywnym zajęciu? Czy nie jest tak, że im bardziej staramy się czas wypełnić milionem prac, tym bardziej jest on pusty?
Popatrzmy na Martę i Marię z Łukaszowej Ewangelii. Upominając narzekającą Martę, Jezus wcale nie wyjaśnia, czym jest to „mało”, czego nam potrzeba. Nie tłumaczy, co jest „najlepszą cząstką”, której nie będziemy pozbawieni – jeśli ją posiądziemy. Skąd Marta ma wiedzieć, skąd my możemy wiedzieć, o co Mu chodzi, co On chce nam przez to powiedzieć? Jeśli nie znajdziemy czasu, żeby usiąść u Jego nóg i przysłuchiwać się Jego mowie, nie mamy szans, żeby to zrozumieć. Jezus mówi w taki sposób, że odkrywanie sensu Jego słów wymaga poświęcenia czasu. Tyle że czas spędzony na „bezproduktywnym” siedzeniu u Jego nóg nigdy nie jest stracony. Zawsze owocuje – stukrotnie, tak, że przy naszych tylko ludzkich wysiłkach nigdy nie bylibyśmy w stanie podobnych efektów osiągnąć.
A teraz dwie inne kobiety: Maryja i Elżbieta. Maryja „z pośpiechem” poszła do Elżbiety, która była brzemienna, i pozostała u niej około trzech miesięcy. Zapewne w tym czasie dużo pomagała starszej krewnej. Obie raczej nie próżnowały. A jednak scena z Ewangelii jest wypełniona pokojem. Nie ma w niej żadnej nerwowości, żadnego „krzątania się”, żadnego denerwowania się – co będzie jutro czy pojutrze, czy ze wszystkim zdążę, czym się zajmę, jak skończę to, co teraz robię. Jest tu i teraz. Jest harmonia, radość i wielki, wielki pokój.
Pośrodku jest Bóg: „Wielbi dusza moja Pana i raduje się duch mój w Bogu, moim Zbawcy” (Łk 1,46-47). Wszystko inne jest na swoim miejscu i dzieje się w swoim czasie, tak, jak powinno.
Bóg jest odwieczny, ma nieskończenie wiele czasu. I każda chwila naszego czasu – Jemu powierzona, zostaje złączona z Jego wiecznością. Skoro On jest odwieczny, to każdy moment spędzony w Jego obecności jest zanurzeniem w Jego ponadczasowość, i nabiera zupełnie innego wymiaru niż nasze tylko ludzkie starania, nawet najbardziej efektywne. Wystarczy spojrzeć na Maryję, by zrozumieć, że tak jest naprawdę. 

Joanna Czech

 

Piękno

Patrz, to prawdziwy Izraelita, w którym nie ma podstępu (J 1,47)

Bóg, który nas stworzył, z miłości, który jest „dobrem, wszelkim dobrem, najwyższym dobrem” (św. Franciszek, „Uwielbienie Boga Najwyższego”), uczynił nas pięknymi. Zbliżając się do Niego, poznając Go coraz bliżej, jednocześnie i nieuchronnie coraz bardziej przekonujemy się też o tym, że i my sami jesteśmy piękni.
Jeśli Jezus zaprasza nas do tego, by pójść za Nim, to też i po to, byśmy, wpatrując się w Niego, odkrywali, że jesteśmy piękni: zostaliśmy powołani do życia z miłości i do miłości. Do miłości, do szczęścia, do piękna. Nie może być, żeby ktoś, zbliżając się do Boga, myślał o sobie: jestem brzydki, nieudaczny, pokraczny. Owszem, im bliżej Boga, tym większa świadomość własnej słabości, kruchości, niewystarczalności. A jednak, oddając tę małość Bogu, uczymy się odkrywać ludzkie piękno – właśnie w tym, czego nam nie dostaje. Bo wszystkie luki sobą wypełnia w nas miłujący Ojciec. Im więcej w nas tych luk, tym więcej miejsca do wypełnienia przez Niego. A im więcej Boga w nas, tym bardziej promieniejemy Jego pięknem.
Zaraz na początku Janowej Ewangelii Jezus POSTANAWIA udać się do Galilei. Wychodzi naprzeciw swoim przyszłym Apostołom. Jednym z nich jest Natanael. On jeszcze siedzi pod tym swoim drzewem figowym, jeszcze nie zna Chrystusa, nie słyszał o Nim. Jezus jednak POSTANAWIA się z nim spotkać, by mu powiedzieć: „Oto prawdziwy Izraelita”. Zdziwiony Natanael pyta: „Skąd mnie znasz?”. Ile razy w naszym nawracaniu do Boga zdarzyło nam się, z zadziwieniem, pytać Umiłowanego: Skąd mnie znasz? Skąd wiedziałeś, że pod różnymi maskami, pozorami, grzechami, niepowodzeniami, kryje się we mnie „prawdziwy Izraelita, w którym nie ma podstępu”? W co już sami dawno chyba zwątpiliśmy, że może być w nas jakieś dobro.
Jezus nie przyszedł na świat po to, aby świat potępić, ale po to, aby świat został przez Niego zbawiony (J 3,17). On zawsze dostrzega człowieka „pod drzewem figowym”, kiedy inni go nie widzą, kiedy nie udaje nikogo, kiedy jest sobą – widzi człowieka takim, jakim został stworzony: pięknym, i bardzo dobrym. I, przychodząc do nas, pomaga nam odkryć tę prawdę na nowo. Od zgorzkniałego „czy może być co dobrego z Nazaretu” przeprowadza nas do pełnego zachwytu „Rabbi, Ty jesteś Synem Bożym, Ty jesteś Królem Izraela”. A wpatrując się w Chrystusa, Syna Bożego, Króla Izraela, na siebie też patrzymy inaczej. Nie przyglądamy się już sobie „w lustrze”, przez pryzmat innych ludzi, czy naszej przeszłości, ale dostrzegamy, jak widzi nas Jezus: wpatrując się w Niego, patrzymy jednocześnie na nasze własne odbicie w Jego oczach. Oczyszczone Jego krwią, uświęcone na Jego krzyżu. Wołające: „Kocham cię, człowieku, do szaleństwa!”.
I tak tylko trzeba nam siebie widzieć: odbitymi w Jego spojrzeniu, które bez chwili przerwy nas miłuje, od początku do końca. Które wszystko czyni pięknym.

Joanna Czech

 

Jak setnik

Albowiem kto nie miłuje brata swego, którego widzi, nie może miłować Boga, którego nie widzi. (1J 4, 19).

W Pierwszym Liście świętego Jana czytamy: „W tym przejawia się miłość, że nie my umiłowaliśmy Boga, ale że On sam nas umiłował i posłał Syna swojego jako ofiarę przebłagalną za nasze grzechy” (1J 4, 10). Miłość jest więc uniwersalna, obejmuje każdego człowieka i nikogo nie wyklucza. Dalej autor listu pisze: „Umiłowani, jeśli Bóg tak nas umiłował, to i my winniśmy się wzajemnie miłować” (4,11). Bardzo proste i konkretne zalecenie. A dlaczego mamy się miłować wzajemnie, jeden drugiego, zamiast kierować naszą miłość prosto do samego Stwórcy, bo przecież wiadomo, jak trudno jest kochać bliźnich, zwłaszcza niektórych? Odpowiedź jest prosta: ponieważ „Nikt nigdy Boga nie oglądał. Jeżeli miłujemy się wzajemnie, Bóg trwa w nas i miłość ku Niemu jest w nas doskonała” (4,12).
Setnik z Łukaszowej Ewangelii potrafił kochać bliźnich. Kiedy przyjrzymy się opowieści o nim i jego chorym słudze, możemy się zdziwić, ilu ludzi do siebie przyciągał. Wstawiała się za nim u Jezusa, i to „usilnie”, starszyzna żydowska – najważniejsze postacie w społeczności Kafarnaum. Naprawdę musiano cenić w miasteczku tego obcokrajowca, najeźdźcę w dodatku. Skoro osoby zajmujące wysoką pozycję społeczną stwierdzają, że ktoś jest „godzien” uwagi i pomocy, to naprawdę musi tak być. Starcy nie pofatygowali się do Jezusa z lęku przed setnikiem czy na odczepnego, bo się im naprzykrzał, ale naprawdę pragnęli jego dobra. Czym sobie ten człowiek na to zasłużył, jeśli nie szczerą miłością – do narodu żydowskiego, który przecież mógł dla niego pozostać obojętny i obcy, jak dla tylu innych Rzymian okupujących Palestynę.
Dalej czytamy, że setnik wysłał do Jezusa swoich „przyjaciół”. Mało o kim w Ewangelii jest mowa, że ma przyjaciół. Przekaz jest prosty: osoba, która ma przyjaciół, musi mieć w sobie dobro, życzliwość, cierpliwość, szacunek, zrozumienie dla innych. To są podstawy przyjaźni. I czy nie na tym właśnie polega miłość bliźniego? Kto potrafi kochać, zawsze ma wokół siebie przyjaciół.
Można się zastanawiać, jakim dowódcą był setnik. Zapewne sprawiedliwym. Musiał wiedzieć, że podwładni słuchają go nie tylko z obowiązku wykonywania jego rozkazów, ale też z szacunku. Inaczej nie ośmieliłby się porównać władzy swoich słów do mocy słów Jezusa. Gdyby był niesprawiedliwy, okrutny, nieludzki w swoich rozkazach, nie odważyłby się poprosić Jezusa: „Powiedz tylko słowo…”. Gdyby miał świadomość, że jego własne słowa nie zawsze są słuszne i dobre, mógłby i innych posądzać o to samo. A tak, będąc pewnym swojej prawości, mógł zawierzyć w moc Jezusa – którego nigdy przecież nie poznał, nie widział. Nigdy nie dochodzi do ich spotkania w Ewangelii. Tak jak i my – nigdy Boga nie widzieliśmy. A jednak mamy miłować bliźnich, chociażby jak setnik.
Słysząc wiadomość od setnika – Jezus się „zadziwił”. „Tak wielkiej wiary nie znalazł nawet w Izraelu”. A skoro nikt, nawet Żydzi, nigdy Boga nie oglądał, to tym bardziej ten setnik. A jednak to za nim powtarzamy podczas każdej Eucharystii: „Panie, nie jestem godzien”.
Niech nam te słowa przypominają zawsze o setniku – poganinie, który potrafił kochać bliźnich, może nawet bardziej niż niejedna osoba wierząca. Niech nam przypominają, że Jezus, którego za chwilę wejdzie „pod nasz dach”, przede wszystkim pragnie od nas, byśmy kochali się nawzajem, jeden drugiego, jak On nas umiłował, nic więcej. 

Joanna Czech

 

Zawłaszczanie

Bądźcie miłosierni, jak Ojciec wasz jest miłosierny (Łk 6,36)

Jezus mówi, żeby niczego sobie nie zatrzymywać, dzielić się wszystkim i z każdym, nie wywyższać się, nie stawiać siebie na pierwszym miejscu. Nie zawłaszczać Jego miłości dla siebie, po to, żeby mi się dobrze wiodło, ale kochać tak, jak On sam miłuje: wszystkich bez wyjątku, złych tak samo mocno jak dobrych.
Do kogo Jezus kieruje te słowa? Do tych, „którzy słuchają”. Którzy podjęli wysiłek dotarcia do Mistrza, poświęcili czas, by za Nim chodzić, przebywać z Nim i wsłuchiwać się w Jego słowa. Do tych, którzy Go słuchają świadomie i dobrowolnie. Bo wcale nie muszą. Ale skoro już słuchają, to Jego słowa zapadają głęboko w ich serce, dotykają samej istoty ich człowieczeństwa i wszystko zmieniają.
Wiara polega na przebywaniu blisko Boga, poszukiwaniu Go, odkrywaniu. Wiara to relacja, pełna przecudnych dotyków Bożej miłości, ale też trudnych momentów, czasem na krawędzi zwątpienia. To ciągły proces powracania do Stwórcy, bardzo dynamiczny, stale się rozwijający, w takim kierunku, jakiego nie możemy ani przewidzieć, ani sobie z góry założyć. Ale kiedy spoglądamy czasem wstecz, to mamy pewność, że tak właśnie miało być, że dobrą drogą nas Ojciec prowadzi. Choć może być trudno.
Dlatego tak ważne jest, żeby sobie wiary nie zawłaszczać. Nie uważać, że ja wszystko wiem najlepiej, że posiadłem patent na to, jak być dobrym chrześcijaninem.
„Uczniowie Jana i faryzeusze pościli. Przyszli wtedy i zapytali Go: „Dlaczego uczniowie Jana i uczniowie faryzeuszów poszczą, a Twoi uczniowie nie poszczą?” (Mk 2,18). Można sobie tak zagospodarować religię, że już się nie zauważy, kiedy przyjdzie do mnie Ten, w Którego wierzę. Moja religia może stać się tak doskonała i tak dobrze prosperująca, że już żadnego Boga nie będę potrzebować.
Kiedy Jezus uzdrowił człowieka z uschłą prawą ręką w szabat, w synagodze, uczeni w Piśmie i faryzeusze „wpadli w szał” (Łk 6,11). Dlaczego aż tak gwałtownie zareagowali? Przecież Chrystus „uczynił dobrze”, „ocalił życie”. Jego oponenci jednak zawłaszczyli sobie ten szabat i dobrze im z tym było. Nie chcieli żadnych zmian, żadnego nawrócenia. Nie mieli ochoty donikąd iść za Jezusem, tylko zostać w tym, co sobie przywłaszczyli. Cóż to za wiara?
Tymczasem wiara prawdziwa to „niekończąca się historia”, bo skoro mamy stawać się tacy, jak Ojciec, miłosierni jak On, to przed nami jeszcze bardzo dużo pracy. To nawracanie się, by upodabniać się do Boga, nigdy się nie skończy. Nigdy nie będziemy w stanie powiedzieć: teraz to już jestem tak miłosierny, jak sam Ojciec, a nawet bardziej.
Nie chodzi o nasze osiągnięcia, o poczucie dumy z tego, kim się jest. Ale im bardziej będziemy się nawracać, tym bardziej będziemy odkrywać, że ten proces – poszukiwania Boga i odnajdywania Go raz po raz – jest piękny, jest sensem życia. Im bardziej będziemy się zagłębiać w miłosierdziu Ojca, tym pełniejsze będzie nasze szczęście, tym bardziej będziemy sobą, tym bardziej będziemy odnajdywać pokój serca.
Koniec końców Jezus mówi: „Bądźcie miłosierni” dla naszego własnego dobra. Po to, byśmy mogli odnaleźć Ojca, który jest miłosierny.

Joanna Czech

 

Okazja

Potem przyjdź i chodź za Mną. (Mt 19, 21)

W rozmowie z pewnym młodzieńcem Jezus mówi, że aby osiągnąć życie wieczne, "wystarczy" zachowywać przykazania: nie zabijać, nie cudzołożyć, nie kraść, nie kłamać, miłować bliźniego. To bardzo uniwersalne wskazania, nie tylko dla Chrześcijan, ale i dla każdego, kto chce żyć w sposób moralny i etyczny. A jednak młodzieńcowi, który tych zasad przestrzega, czegoś brakuje.
Co jest takiego, co może nam dać tylko Bóg, czego nie da nam świat, czego nie osiągniemy nawet, jeśli będziemy nieskazitelni w czynieniu dobra?
Jezus mówi do swojego rozmówcy: "Idź, sprzedaj, co posiadasz". Kiedy już znajdziemy się w raju, nie będziemy nic posiadać. Nie będziemy mieli żadnego majątku, który moglibyśmy sprzedać i rozdać potrzebującym. W domu Ojca nie będzie potrzebujących, którym moglibyśmy pomagać. W Jego królestwie nie będziemy już mogli czynić nic dobrego, bo tam nie będzie już żadnego zła. Bóg jest Dobry, tylko On Jeden. I w Jego wieczności nie będzie nic prócz dobra.
Paradoksalnie w raju nie będziemy już mieli okazji, żeby "chodzić" za Jezusem. Będziemy przebywać z Nim, na zawsze i nierozerwalnie. Nie będziemy Go już dłużej szukać, bo poznamy Go twarzą w twarz, jak sami zostaliśmy poznani (por. 1 Kor 13, 12-13).
Jedyne, co mamy tu, a czego nie będzie w niebie, to że teraz możemy dokonać wyboru: "sprzedać" wszystko i pójść za Jezusem. Poznawać Go, odkrywać, zbliżać się do Niego. Ta okazja jest nam dana tu i teraz. W raju już tak nie będzie. Oczekujemy obiecanego "skarbu" – szczęścia na wieki w domu Ojca. A jednak ten czas tu na ziemi też jest dany po coś. Możemy, nie musimy – młodzieniec przecież odszedł – szukać w żuciu Boga.
Być może nie jest w życiu najważniejsze, ile dobrych uczynków zaliczymy na koncie. W końcu, Jezus mówi, "Jeden jest tylko Dobry". Może o wiele ważniejsze jest poszukiwanie Boga, chodzenie za Nim. I przez to upodobnianie się do Niego w Jego dobroci. Tak, żeby nasze dobre uczynki nie wynikały z tego, że chcemy sobie zapracować na niebo, ale że to naturalne, że ktoś, kto przebywa blisko Jedynego, sam staje się pomału podobny do Niego. I nawet nie wie, kiedy i jak. Zupełnie nie ma świadomości, że się uświęca.
W niebie nie będziemy już mieli okazji poznawać Boga. Tam już będziemy Go znali. Tylko teraz, na ziemi, mamy szansę budować z Nim piękną relację. Najcudowniejszą przyjaźń, która przetrwa najgorsze burze. I nada życiu zupełnie inny sens.
Dlaczego więc tak trudno jest zostawić "wszystko"?

Joanna Czech

Zobacz

Słówko na dziś

j. grecki
ὀλίγος mało (oligos)

j. hebrajski
rf'B' mięso (basar)

 

Artykuły

» więcej artykułów

Szkoła Biblijna Archidiecezji Gdańskiej

Zajęcia we wtorki:
Gdańskie Archidiecezjalne Kolegium Teologiczne (aula)
ul. Armii Krajowej 46
81-365 Gdynia

Zajęcia w środy:
Wydział filologiczno-historyczny Uniwersytetu Gdańskiego (aula)
ul. Wita Stwosza 55
80-952 Gdańsk

Telefon

+48 507 923 209

E-mail

kontakt@szkolabiblijna.gda.pl

Numer konta:

Bank Zachodni WBK S.A.
17 1090 1102 0000 0001 3465 7428

W tytule przelewu prosimy podać:
Imię i nazwisko z dopiskiem Szkoła Biblijna
Koszt: 120 zł / semestr

Używamy plików cookies Ta witryna korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności i plików Cookies .
Korzystanie z niniejszej witryny internetowej bez zmiany ustawień jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików Cookies. Zrozumiałem i akceptuję.
63 0.1387882232666