TWOJA SZKOŁA BIBLIJNA

Dla zainteresowanych Pismem Świętym

10 października 2018

Czas

Życie Słowem

Oto skoro głos Twego pozdrowienia zabrzmiał w moich uszach poruszyło się z radości dzieciątko w łonie moim. (Łk 1, 39-45)

Jeśli kogoś dzisiaj zapytać, co u niego słychać, to z wielkim prawdopodobieństwem odpowiedź będzie brzmiała mniej więcej tak: „Nie mam na nic czasu”. Gdyby tak posłuchać ludzi i zastanowić się nad tym, o czym między sobą rozmawiają, to można by dojść do wniosku, że wyznacznikiem statusu społecznego i miarą sukcesu w życiu jest brak czasu! Im bardziej ktoś zabiegany, zajęty, zapracowany, tym bardziej jest spełniony w życiu – mogłoby się wydawać. Tak jakby nadmiar wolnego czasu był, we współczesnej rzeczywistości, powodem do wstydu.
Ale czy na tym życie rzeczywiście polega, żeby je zabiegać, zalatać? Czy o to chodzi, żeby każda jego sekunda była spędzona na produktywnym zajęciu? Czy nie jest tak, że im bardziej staramy się czas wypełnić milionem prac, tym bardziej jest on pusty?
Popatrzmy na Martę i Marię z Łukaszowej Ewangelii. Upominając narzekającą Martę, Jezus wcale nie wyjaśnia, czym jest to „mało”, czego nam potrzeba. Nie tłumaczy, co jest „najlepszą cząstką”, której nie będziemy pozbawieni – jeśli ją posiądziemy. Skąd Marta ma wiedzieć, skąd my możemy wiedzieć, o co Mu chodzi, co On chce nam przez to powiedzieć? Jeśli nie znajdziemy czasu, żeby usiąść u Jego nóg i przysłuchiwać się Jego mowie, nie mamy szans, żeby to zrozumieć. Jezus mówi w taki sposób, że odkrywanie sensu Jego słów wymaga poświęcenia czasu. Tyle że czas spędzony na „bezproduktywnym” siedzeniu u Jego nóg nigdy nie jest stracony. Zawsze owocuje – stukrotnie, tak, że przy naszych tylko ludzkich wysiłkach nigdy nie bylibyśmy w stanie podobnych efektów osiągnąć.
A teraz dwie inne kobiety: Maryja i Elżbieta. Maryja „z pośpiechem” poszła do Elżbiety, która była brzemienna, i pozostała u niej około trzech miesięcy. Zapewne w tym czasie dużo pomagała starszej krewnej. Obie raczej nie próżnowały. A jednak scena z Ewangelii jest wypełniona pokojem. Nie ma w niej żadnej nerwowości, żadnego „krzątania się”, żadnego denerwowania się – co będzie jutro czy pojutrze, czy ze wszystkim zdążę, czym się zajmę, jak skończę to, co teraz robię. Jest tu i teraz. Jest harmonia, radość i wielki, wielki pokój.
Pośrodku jest Bóg: „Wielbi dusza moja Pana i raduje się duch mój w Bogu, moim Zbawcy” (Łk 1,46-47). Wszystko inne jest na swoim miejscu i dzieje się w swoim czasie, tak, jak powinno.
Bóg jest odwieczny, ma nieskończenie wiele czasu. I każda chwila naszego czasu – Jemu powierzona, zostaje złączona z Jego wiecznością. Skoro On jest odwieczny, to każdy moment spędzony w Jego obecności jest zanurzeniem w Jego ponadczasowość, i nabiera zupełnie innego wymiaru niż nasze tylko ludzkie starania, nawet najbardziej efektywne. Wystarczy spojrzeć na Maryję, by zrozumieć, że tak jest naprawdę. 

Joanna Czech

 

Piękno

Patrz, to prawdziwy Izraelita, w którym nie ma podstępu (J 1,47)

Bóg, który nas stworzył, z miłości, który jest „dobrem, wszelkim dobrem, najwyższym dobrem” (św. Franciszek, „Uwielbienie Boga Najwyższego”), uczynił nas pięknymi. Zbliżając się do Niego, poznając Go coraz bliżej, jednocześnie i nieuchronnie coraz bardziej przekonujemy się też o tym, że i my sami jesteśmy piękni.
Jeśli Jezus zaprasza nas do tego, by pójść za Nim, to też i po to, byśmy, wpatrując się w Niego, odkrywali, że jesteśmy piękni: zostaliśmy powołani do życia z miłości i do miłości. Do miłości, do szczęścia, do piękna. Nie może być, żeby ktoś, zbliżając się do Boga, myślał o sobie: jestem brzydki, nieudaczny, pokraczny. Owszem, im bliżej Boga, tym większa świadomość własnej słabości, kruchości, niewystarczalności. A jednak, oddając tę małość Bogu, uczymy się odkrywać ludzkie piękno – właśnie w tym, czego nam nie dostaje. Bo wszystkie luki sobą wypełnia w nas miłujący Ojciec. Im więcej w nas tych luk, tym więcej miejsca do wypełnienia przez Niego. A im więcej Boga w nas, tym bardziej promieniejemy Jego pięknem.
Zaraz na początku Janowej Ewangelii Jezus POSTANAWIA udać się do Galilei. Wychodzi naprzeciw swoim przyszłym Apostołom. Jednym z nich jest Natanael. On jeszcze siedzi pod tym swoim drzewem figowym, jeszcze nie zna Chrystusa, nie słyszał o Nim. Jezus jednak POSTANAWIA się z nim spotkać, by mu powiedzieć: „Oto prawdziwy Izraelita”. Zdziwiony Natanael pyta: „Skąd mnie znasz?”. Ile razy w naszym nawracaniu do Boga zdarzyło nam się, z zadziwieniem, pytać Umiłowanego: Skąd mnie znasz? Skąd wiedziałeś, że pod różnymi maskami, pozorami, grzechami, niepowodzeniami, kryje się we mnie „prawdziwy Izraelita, w którym nie ma podstępu”? W co już sami dawno chyba zwątpiliśmy, że może być w nas jakieś dobro.
Jezus nie przyszedł na świat po to, aby świat potępić, ale po to, aby świat został przez Niego zbawiony (J 3,17). On zawsze dostrzega człowieka „pod drzewem figowym”, kiedy inni go nie widzą, kiedy nie udaje nikogo, kiedy jest sobą – widzi człowieka takim, jakim został stworzony: pięknym, i bardzo dobrym. I, przychodząc do nas, pomaga nam odkryć tę prawdę na nowo. Od zgorzkniałego „czy może być co dobrego z Nazaretu” przeprowadza nas do pełnego zachwytu „Rabbi, Ty jesteś Synem Bożym, Ty jesteś Królem Izraela”. A wpatrując się w Chrystusa, Syna Bożego, Króla Izraela, na siebie też patrzymy inaczej. Nie przyglądamy się już sobie „w lustrze”, przez pryzmat innych ludzi, czy naszej przeszłości, ale dostrzegamy, jak widzi nas Jezus: wpatrując się w Niego, patrzymy jednocześnie na nasze własne odbicie w Jego oczach. Oczyszczone Jego krwią, uświęcone na Jego krzyżu. Wołające: „Kocham cię, człowieku, do szaleństwa!”.
I tak tylko trzeba nam siebie widzieć: odbitymi w Jego spojrzeniu, które bez chwili przerwy nas miłuje, od początku do końca. Które wszystko czyni pięknym.

Joanna Czech

 

Jak setnik

Albowiem kto nie miłuje brata swego, którego widzi, nie może miłować Boga, którego nie widzi. (1J 4, 19).

W Pierwszym Liście świętego Jana czytamy: „W tym przejawia się miłość, że nie my umiłowaliśmy Boga, ale że On sam nas umiłował i posłał Syna swojego jako ofiarę przebłagalną za nasze grzechy” (1J 4, 10). Miłość jest więc uniwersalna, obejmuje każdego człowieka i nikogo nie wyklucza. Dalej autor listu pisze: „Umiłowani, jeśli Bóg tak nas umiłował, to i my winniśmy się wzajemnie miłować” (4,11). Bardzo proste i konkretne zalecenie. A dlaczego mamy się miłować wzajemnie, jeden drugiego, zamiast kierować naszą miłość prosto do samego Stwórcy, bo przecież wiadomo, jak trudno jest kochać bliźnich, zwłaszcza niektórych? Odpowiedź jest prosta: ponieważ „Nikt nigdy Boga nie oglądał. Jeżeli miłujemy się wzajemnie, Bóg trwa w nas i miłość ku Niemu jest w nas doskonała” (4,12).
Setnik z Łukaszowej Ewangelii potrafił kochać bliźnich. Kiedy przyjrzymy się opowieści o nim i jego chorym słudze, możemy się zdziwić, ilu ludzi do siebie przyciągał. Wstawiała się za nim u Jezusa, i to „usilnie”, starszyzna żydowska – najważniejsze postacie w społeczności Kafarnaum. Naprawdę musiano cenić w miasteczku tego obcokrajowca, najeźdźcę w dodatku. Skoro osoby zajmujące wysoką pozycję społeczną stwierdzają, że ktoś jest „godzien” uwagi i pomocy, to naprawdę musi tak być. Starcy nie pofatygowali się do Jezusa z lęku przed setnikiem czy na odczepnego, bo się im naprzykrzał, ale naprawdę pragnęli jego dobra. Czym sobie ten człowiek na to zasłużył, jeśli nie szczerą miłością – do narodu żydowskiego, który przecież mógł dla niego pozostać obojętny i obcy, jak dla tylu innych Rzymian okupujących Palestynę.
Dalej czytamy, że setnik wysłał do Jezusa swoich „przyjaciół”. Mało o kim w Ewangelii jest mowa, że ma przyjaciół. Przekaz jest prosty: osoba, która ma przyjaciół, musi mieć w sobie dobro, życzliwość, cierpliwość, szacunek, zrozumienie dla innych. To są podstawy przyjaźni. I czy nie na tym właśnie polega miłość bliźniego? Kto potrafi kochać, zawsze ma wokół siebie przyjaciół.
Można się zastanawiać, jakim dowódcą był setnik. Zapewne sprawiedliwym. Musiał wiedzieć, że podwładni słuchają go nie tylko z obowiązku wykonywania jego rozkazów, ale też z szacunku. Inaczej nie ośmieliłby się porównać władzy swoich słów do mocy słów Jezusa. Gdyby był niesprawiedliwy, okrutny, nieludzki w swoich rozkazach, nie odważyłby się poprosić Jezusa: „Powiedz tylko słowo…”. Gdyby miał świadomość, że jego własne słowa nie zawsze są słuszne i dobre, mógłby i innych posądzać o to samo. A tak, będąc pewnym swojej prawości, mógł zawierzyć w moc Jezusa – którego nigdy przecież nie poznał, nie widział. Nigdy nie dochodzi do ich spotkania w Ewangelii. Tak jak i my – nigdy Boga nie widzieliśmy. A jednak mamy miłować bliźnich, chociażby jak setnik.
Słysząc wiadomość od setnika – Jezus się „zadziwił”. „Tak wielkiej wiary nie znalazł nawet w Izraelu”. A skoro nikt, nawet Żydzi, nigdy Boga nie oglądał, to tym bardziej ten setnik. A jednak to za nim powtarzamy podczas każdej Eucharystii: „Panie, nie jestem godzien”.
Niech nam te słowa przypominają zawsze o setniku – poganinie, który potrafił kochać bliźnich, może nawet bardziej niż niejedna osoba wierząca. Niech nam przypominają, że Jezus, którego za chwilę wejdzie „pod nasz dach”, przede wszystkim pragnie od nas, byśmy kochali się nawzajem, jeden drugiego, jak On nas umiłował, nic więcej. 

Joanna Czech

 

Zawłaszczanie

Bądźcie miłosierni, jak Ojciec wasz jest miłosierny (Łk 6,36)

Jezus mówi, żeby niczego sobie nie zatrzymywać, dzielić się wszystkim i z każdym, nie wywyższać się, nie stawiać siebie na pierwszym miejscu. Nie zawłaszczać Jego miłości dla siebie, po to, żeby mi się dobrze wiodło, ale kochać tak, jak On sam miłuje: wszystkich bez wyjątku, złych tak samo mocno jak dobrych.
Do kogo Jezus kieruje te słowa? Do tych, „którzy słuchają”. Którzy podjęli wysiłek dotarcia do Mistrza, poświęcili czas, by za Nim chodzić, przebywać z Nim i wsłuchiwać się w Jego słowa. Do tych, którzy Go słuchają świadomie i dobrowolnie. Bo wcale nie muszą. Ale skoro już słuchają, to Jego słowa zapadają głęboko w ich serce, dotykają samej istoty ich człowieczeństwa i wszystko zmieniają.
Wiara polega na przebywaniu blisko Boga, poszukiwaniu Go, odkrywaniu. Wiara to relacja, pełna przecudnych dotyków Bożej miłości, ale też trudnych momentów, czasem na krawędzi zwątpienia. To ciągły proces powracania do Stwórcy, bardzo dynamiczny, stale się rozwijający, w takim kierunku, jakiego nie możemy ani przewidzieć, ani sobie z góry założyć. Ale kiedy spoglądamy czasem wstecz, to mamy pewność, że tak właśnie miało być, że dobrą drogą nas Ojciec prowadzi. Choć może być trudno.
Dlatego tak ważne jest, żeby sobie wiary nie zawłaszczać. Nie uważać, że ja wszystko wiem najlepiej, że posiadłem patent na to, jak być dobrym chrześcijaninem.
„Uczniowie Jana i faryzeusze pościli. Przyszli wtedy i zapytali Go: „Dlaczego uczniowie Jana i uczniowie faryzeuszów poszczą, a Twoi uczniowie nie poszczą?” (Mk 2,18). Można sobie tak zagospodarować religię, że już się nie zauważy, kiedy przyjdzie do mnie Ten, w Którego wierzę. Moja religia może stać się tak doskonała i tak dobrze prosperująca, że już żadnego Boga nie będę potrzebować.
Kiedy Jezus uzdrowił człowieka z uschłą prawą ręką w szabat, w synagodze, uczeni w Piśmie i faryzeusze „wpadli w szał” (Łk 6,11). Dlaczego aż tak gwałtownie zareagowali? Przecież Chrystus „uczynił dobrze”, „ocalił życie”. Jego oponenci jednak zawłaszczyli sobie ten szabat i dobrze im z tym było. Nie chcieli żadnych zmian, żadnego nawrócenia. Nie mieli ochoty donikąd iść za Jezusem, tylko zostać w tym, co sobie przywłaszczyli. Cóż to za wiara?
Tymczasem wiara prawdziwa to „niekończąca się historia”, bo skoro mamy stawać się tacy, jak Ojciec, miłosierni jak On, to przed nami jeszcze bardzo dużo pracy. To nawracanie się, by upodabniać się do Boga, nigdy się nie skończy. Nigdy nie będziemy w stanie powiedzieć: teraz to już jestem tak miłosierny, jak sam Ojciec, a nawet bardziej.
Nie chodzi o nasze osiągnięcia, o poczucie dumy z tego, kim się jest. Ale im bardziej będziemy się nawracać, tym bardziej będziemy odkrywać, że ten proces – poszukiwania Boga i odnajdywania Go raz po raz – jest piękny, jest sensem życia. Im bardziej będziemy się zagłębiać w miłosierdziu Ojca, tym pełniejsze będzie nasze szczęście, tym bardziej będziemy sobą, tym bardziej będziemy odnajdywać pokój serca.
Koniec końców Jezus mówi: „Bądźcie miłosierni” dla naszego własnego dobra. Po to, byśmy mogli odnaleźć Ojca, który jest miłosierny.

Joanna Czech

 

Okazja

Potem przyjdź i chodź za Mną. (Mt 19, 21)

W rozmowie z pewnym młodzieńcem Jezus mówi, że aby osiągnąć życie wieczne, "wystarczy" zachowywać przykazania: nie zabijać, nie cudzołożyć, nie kraść, nie kłamać, miłować bliźniego. To bardzo uniwersalne wskazania, nie tylko dla Chrześcijan, ale i dla każdego, kto chce żyć w sposób moralny i etyczny. A jednak młodzieńcowi, który tych zasad przestrzega, czegoś brakuje.
Co jest takiego, co może nam dać tylko Bóg, czego nie da nam świat, czego nie osiągniemy nawet, jeśli będziemy nieskazitelni w czynieniu dobra?
Jezus mówi do swojego rozmówcy: "Idź, sprzedaj, co posiadasz". Kiedy już znajdziemy się w raju, nie będziemy nic posiadać. Nie będziemy mieli żadnego majątku, który moglibyśmy sprzedać i rozdać potrzebującym. W domu Ojca nie będzie potrzebujących, którym moglibyśmy pomagać. W Jego królestwie nie będziemy już mogli czynić nic dobrego, bo tam nie będzie już żadnego zła. Bóg jest Dobry, tylko On Jeden. I w Jego wieczności nie będzie nic prócz dobra.
Paradoksalnie w raju nie będziemy już mieli okazji, żeby "chodzić" za Jezusem. Będziemy przebywać z Nim, na zawsze i nierozerwalnie. Nie będziemy Go już dłużej szukać, bo poznamy Go twarzą w twarz, jak sami zostaliśmy poznani (por. 1 Kor 13, 12-13).
Jedyne, co mamy tu, a czego nie będzie w niebie, to że teraz możemy dokonać wyboru: "sprzedać" wszystko i pójść za Jezusem. Poznawać Go, odkrywać, zbliżać się do Niego. Ta okazja jest nam dana tu i teraz. W raju już tak nie będzie. Oczekujemy obiecanego "skarbu" – szczęścia na wieki w domu Ojca. A jednak ten czas tu na ziemi też jest dany po coś. Możemy, nie musimy – młodzieniec przecież odszedł – szukać w żuciu Boga.
Być może nie jest w życiu najważniejsze, ile dobrych uczynków zaliczymy na koncie. W końcu, Jezus mówi, "Jeden jest tylko Dobry". Może o wiele ważniejsze jest poszukiwanie Boga, chodzenie za Nim. I przez to upodobnianie się do Niego w Jego dobroci. Tak, żeby nasze dobre uczynki nie wynikały z tego, że chcemy sobie zapracować na niebo, ale że to naturalne, że ktoś, kto przebywa blisko Jedynego, sam staje się pomału podobny do Niego. I nawet nie wie, kiedy i jak. Zupełnie nie ma świadomości, że się uświęca.
W niebie nie będziemy już mieli okazji poznawać Boga. Tam już będziemy Go znali. Tylko teraz, na ziemi, mamy szansę budować z Nim piękną relację. Najcudowniejszą przyjaźń, która przetrwa najgorsze burze. I nada życiu zupełnie inny sens.
Dlaczego więc tak trudno jest zostawić "wszystko"?

Joanna Czech

Zobacz

Słówko na dziś

j. grecki
πόλις miasto (polis)

j. hebrajski
qAxr' oddalony (rahok)

 

Artykuły

» więcej artykułów

Szkoła Biblijna Archidiecezji Gdańskiej

Zajęcia we wtorki:
Gdańskie Archidiecezjalne Kolegium Teologiczne (aula)
ul. Armii Krajowej 46
81-365 Gdynia

Zajęcia w środy:
Wydział filologiczno-historyczny Uniwersytetu Gdańskiego (aula)
ul. Wita Stwosza 55
80-952 Gdańsk

Telefon

+48 507 923 209

E-mail

kontakt@szkolabiblijna.gda.pl

Numer konta:

Bank Zachodni WBK S.A.
17 1090 1102 0000 0001 3465 7428

W tytule przelewu prosimy podać:
Imię i nazwisko z dopiskiem Szkoła Biblijna
Koszt: 120 zł / semestr

Używamy plików cookies Ta witryna korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności i plików Cookies .
Korzystanie z niniejszej witryny internetowej bez zmiany ustawień jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików Cookies. Zrozumiałem i akceptuję.
63 0.14830303192139