TWOJA SZKOŁA BIBLIJNA

Dla zainteresowanych Pismem Świętym

2 marca 2019

Życie Słowem

Odrąbać

Jeśli twoja ręka jest dla ciebie powodem grzechu, odetnij ją. (Mk 10,43)

Jakże to możliwe, tak odciąć sobie rękę, na żywca odpiłować, albo wziąć siekierę i nogę w kolanie odrąbać bez znieczulenia, albo stanąć przed lustrem i sobie samemu widelcem oko wydłubać z zimną krwią… Aż ciarki po plecach na samą myśl przechodzą.
Czasem może chcielibyśmy słowa Jezusa stonować, jakoś załagodzić, powiedzieć: On nie mógł mieć tego dosłownie na myśli; to trzeba rozumieć w bardziej sterylny sposób. Ale właściwie to dlaczego? Dlaczego Jezus miałby przesadzać? Dlaczego nie miałby mieć na myśli tego, co mówił, tylko coś innego, coś bardziej „politycznie poprawnego”? Może tym drastycznym i krwawym obrazem właśnie chciał w nas wywołać odrazę. Może właśnie specjalnie zamierzał, żeby się w nas w środku coś skręciło, kiedy będziemy czytać tę Jego – makabryczną przecież, nie ma co ukrywać – radę.
W końcu gra toczy się o bardzo wysoką stawkę: nasze życie wieczne, które albo będzie w domu Ojca, w którym jest mieszkań wiele, albo… w piekle, w ogniu nieugaszonym, „gdzie robak ich nie umiera i ogień nie gaśnie” (Mk 9,48). A w piekle już żadnej sterylności, politycznej poprawności, żadnego stonowania nie będzie.
Jezus powiedział kiedyś do uczonych w Piśmie, krytycznie do Niego nastawionych: „Cóż jest łatwiej: powiedzieć do paralityka: Odpuszczają ci się twoje grzechy, czy też powiedzieć: Wstań, weź swoje łoże i chodź?” (2,9). I okazuje się, wbrew pozorom, że to pierwsze jest o wiele trudniejsze!!! Każdy człowiek przy zdrowych zmysłach, jeśli cierpi na jakąś fizyczną dolegliwość, zrobi wszystko, by tylko zostać z niej uleczonym. A wcale już nie każdy tak samo mocno pragnie, by mu zostały odpuszczone jego grzechy! Wcale niekoniecznie tak gorliwie pragniemy pozbyć się różnych chorób sumienia.
Czasem jakiś grzech jest tak mocno wrośnięty w naszą duszę, tak ciasno swoimi mackami oplótł nasz system nerwowy, że na samą myśl, że mielibyśmy go z siebie wyrwać, robi nam się słabo. Jeśli jakiś grzech zdążył już stać się nieodłączną częścią naszego życia, to jesteśmy przekonani, że wydarcie go z nas spowodowałoby, że wykrwawilibyśmy się na śmierć. Że nie umielibyśmy bez niego żyć. Że byśmy bez tego grzechu byli ułomni – jak bez ręki, bez nogi lub oka. Czy tak właśnie nie jest? Czy czasem nie traktujemy jakiegoś grzechu jak części nas samych, prawie dosłownie jak integralnego organu przynależącego do naszej istoty, niezbędnego wręcz do życia?
Jezus rozumie to doskonale. Dlatego przecież zdecydował się tak okrutnie cierpieć i umrzeć na krzyżu, że nam wcale niespieszno do odrąbywania się od naszych grzechów.
My trochę tak, jak bogaty młodzieniec, który odszedł od Jezusa „zasmucony, miał bowiem wiele posiadłości” (10,22), też jesteśmy „bogaci” w nasze grzechy – to one właśnie są tą posiadłością, z którą najtrudniej nam się rozstać. „Któż więc może się zbawić”, skoro tak? „U ludzi to niemożliwe, ale nie u Boga; bo u Boga wszystko jest możliwe” (10,26-27).
U progu Wielkiego Postu warto więc uzmysłowić sobie, że sami jesteśmy bezsilni wobec własnych grzechów: czasem równie dobrze moglibyśmy wziąć piłę i próbować sobie odpiłować rękę, jak samodzielnie zmagać się z jakimś naszym nałogiem, upadkiem, zniewoleniem. Ani jednego, ani drugiego nie jesteśmy w stanie sobie amputować samodzielnie, bez pomocy lekarza, jeśli tego nasze ciało potrzebuje. Albo Lekarza, jeśli potrzebuje tego nasza dusza.
Kiedy coś mnie przytłacza, nie potrafię sobie z tym poradzić, doprowadza mnie to do łez to – dobrze, że zaraz już Wielki Post. Właśnie ta moja słabość może być moim najpiękniejszym wyrzeczeniem, jakie ofiaruję w tym czasie Jezusowi. By On sam, w swojej mocy i sile, „mocną ręką i podniesionym ramieniem”, jak wtedy, gdy Bóg wyprowadzał Izraela z niewoli egipskiej (Pwt 26,8), uwolnił mnie do wolności. Jeśli przyznam się przed sobą do własnej bezsilności i Jemu pozwolę, by działał. Jeśli nie będę się bał operacji amputowania przez Niego mojego grzechu równie panicznie, albo jeszcze bardziej panicznie, o wiele bardziej panicznie, jak bałbym się na myśl, gdyby się okazało, że trzeba mi amputować rękę. Albo nogę. Albo oko.

Joanna Czech

 

Miriam

Nazajutrz rano Abraham osiodłał swego osła. (Rdz 22,3)
Maryja wybrała się i poszła z pośpiechem w góry do pewnego miasta w [pokoleniu] Judy. (Łk 1,39).

Gdy Bóg przychodzi do Abrahama, by go wystawić na próbę, ten odpowiada „Oto jestem”. I bez wahania wykonuje Boże polecenie. Nie ociąga się, wyrusza z synem nazajutrz z samego rana. Cały czas myśli trzeźwo. Przygotowuje wszystko, co mu będzie potrzebne do wypełnienia zadania: siodła osła, rąbie drwa, zabiera ze sobą nóż. A przecież mógłby „zapomnieć” chociażby tego noża, i potem miałby przed Bogiem wymówkę, że nie może zabić syna, bo nie pomyślał, żeby zabrać z domu coś ostrego. To nie jest tak, że Bóg go siłą ciągnie na górę Moria, a on robi wszystko, by temu zapobiec i dopiero, gdy widzi, że nie ma wyjścia, z rezygnacją mówi Bogu: „To już rób sobie co chcesz”.
Kiedy czytam tę historię, mogę tylko o sobie pomyśleć: ja nie jestem jak Abraham. Nie mam takiej wiary jak on.
Ale jest jeszcze Miriam, która na wezwanie Boga odpowiada podobnie jak Abraham, bez wahania: „Oto ja, służebnica Pańska”. I, jak Abraham, umocniona rozmową z wysłannikiem Pana, od razu wie co ma robić. Wstaje i działa. I w Jej działaniu nie ma ani cienia wątpliwości.

Potem Abraham sięgnął ręką po nóż, aby zabić swego syna (Rdz 22,10).
A Twoją duszę miecz przeniknie (Łk 2,35).

Oboje, Abraham i Miriam, mają ze sobą coś wspólnego: nie boją się przyjąć woli Boga. Nie boją się, że będą musieli cierpieć. Miłość jest potężniejsza niż największe cierpienie. A źródłem miłości jest Bóg.
Miriam u swej krewnej Elżbiety wspomina Abrahama i obietnicę, którą złożył mu Bóg. Oboje są w tej chwili bardzo sobie bliscy:

Błogosławiona jesteś, któraś uwierzyła, że spełnią się słowa powiedziane Ci od Pana. (Łk 1,45)

Przysięgam na siebie, wyrocznia Pana, że ponieważ uczyniłeś to, a nie oszczędziłeś syna twego jedynego, będę ci błogosławił i dam ci potomstwo tak liczne jak gwiazdy na niebie i jak ziarnka piasku na wybrzeżu morza; potomkowie twoi zdobędą warownie swych nieprzyjaciół. Wszystkie ludy ziemi będą sobie życzyć szczęścia [takiego, jakie jest udziałem] twego potomstwa, dlatego że usłuchałeś mego rozkazu». (Rdz 22,16-18)

A ja wciąż nie jestem jak Abraham. Nie jestem jak Miriam.
Miriam, Ty wiesz. Widzisz moje serce, pełne lęku, i rozumiesz, choć Ty sama nigdy nie byłaś lękliwa.

Pomóż, Miriam!

Joanna Czech

 

Dwa drzewa

Po czym Pan Bóg rzekł: «Oto człowiek stał się taki jak My: zna dobro i zło; niechaj teraz nie wyciągnie przypadkiem ręki, aby zerwać owoc także z drzewa życia, zjeść go i żyć na wieki». (Rdz 3,22)

Kiedy Pan Bóg wziął człowieka i umieścił go w ogrodzie Eden, dał mu taki rozkaz: „Z wszelkiego drzewa tego ogrodu możesz spożywać według upodobania; ale z drzewa poznania dobra i zła nie wolno ci jeść, bo gdy z niego spożyjesz, niechybnie umrzesz” (Rdz 2,16-17). Nie mówił o dwóch drzewach, których owoców człowiekowi nie wolno było jeść, ale tylko o jednym, o drzewie poznania dobra i zła. Przestrzegł też Bóg człowieka, że konsekwencją złamania zakazu będzie niechybna śmierć.
Skąd więc w ogrodzie Eden wzięło się to drugie drzewo, drzewo życia, o którym teraz mówi Bóg? Czy wyrosło dopiero wtedy, gdy Adam i Ewa, wyciągając rękę po zakazany owoc, skazali się na śmierć? Czy w tym właśnie momencie Bóg zasadził drzewo życia, by Jego dzieci, mimo nieposłuszeństwa, mogły jednak odzyskać utraconą wieczność w domu Ojca, w którym jest mieszkań wiele?
Dlaczego więc Bóg odgrodził człowieka od drzewa życia, i postawił na straży Cherubów, „aby strzec drogi do drzewa życia” (3,24)? Dlaczego Bóg chciał, żeby było właśnie tak?
Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne (J 3,16).
I dlatego człowiek nie mógł sam wyciągnąć ręki po owoc z drzewa życia, tak jak sięgnął po owoc z pierwszego drzewa. Dopiero Bóg mógł mu podać owoc życia. Żeby człowiek poznał, że życie to największy dar, ofiarowany mu przez Ojca tylko i wyłącznie z miłości, bez żadnych zasług i wysiłków z jego strony. I żeby człowiek poznał, że to życie, darmo dane, jest dla wszystkich przygotowane, dla każdego, nawet największego grzesznika. Że nie ma takiej siły, która mogłaby mi życie wieczne odebrać, skoro daje mi je sam Bóg. Bym żył na wieki, w Jego domu, w którym jest mieszkań wiele.
I dlatego dał mi też najcenniejsze, co miał: swego umiłowanego Syna. Który przyszedł, gdy wypełnił się czas, a w Jego przyjściu nie było nic przypadkowego. Bóg wiedział, już w ogrodzie Eden, jak bardzo okrutnie będzie musiał cierpieć na krzyżu. A jednak zasadził drzewo życia. Taki był Jego plan. Jak inaczej, jak bardziej mógłby mi okazać swoją miłość niż umierając, za mnie, dla mnie, razem ze mną? Bym żył.
Każda chwila Bożego Syna na ziemi, od pozdrowienia anioła: „Chaire, Maria!”, aż po „wykonało się” wyszeptane na drzewie krzyża, jest wielkim wołaniem do mnie: „Kocham cię!”. Jest zaproszeniem do przyjaźni z Bogiem, do życia w obfitości, do pełni radości, które są tylko w Nim.
On sam, swoim życiem, pokazał mi jak żyć. Jeśli chcę żyć naprawdę. Jeśli interesuje mnie życie w pełni i w obfitości, nie tylko „na pół gwizdka”. Mogę dalej tylko „uprawiać tę ziemię, z której zostałem wzięty” (3,23), jak Adam po wygnaniu z ogrodu Eden. Ale mogę też przyjąć życie, które już mi podarował Bóg, mój Ojciec w swoim Synu. I żyć, w Nim, z Nim i przez Niego. Żyć naprawdę. Jak On.
Patrz! Kładę dziś przed tobą życie i szczęście, śmierć i nieszczęście (Pwt 30,15). 

Wybierz więc życie, abyś żył!

Joanna Czech

 

I powątpiewali

Skąd On to ma? I co za mądrość, która Mu jest dana? I takie cuda dzieją się przez Jego ręce! (Mk 6,2)

Jest szabat. Dzień najświętszy świętych, w którym Bóg, gdy „ukończył w dniu szóstym swe dzieło, nad którym pracował”, odpoczął „po całym swym trudzie, jaki podjął” (Rdz 2,2). Dla Żydów to nawet świętszy dzień niż dla nas niedziela – nie tylko czas, ale i przestrzeń przebywania z Bogiem! Przychodzą więc do świątyni, by słuchać i uczyć się Jego słowa. By słuchać, i rozumieć, co mówi do nich Bóg, ich Pan.
I przysłuchują się Jezusowi, „pełnym wdzięku słowom, które płyną z ust Jego” (Łk 4,22). Jezus czyta im z księgi proroka Izajasza, którą pewnie już znają, już wiele razy słyszeli – jak my niedzielne czytania z Ewangelii – ale w Jego głosie, w Jego nauczaniu jest coś, co porusza w ich sercach tęsknotę. Pewnie dawno uśpioną tęsknotę za Bogiem, która zaistniała w tej chwili, gdy rzekł Bóg: „Uczyńmy człowieka na Nasz obraz, podobnego Nam” (Rdz 1,26). I oddzielił Bóg człowieka od siebie i stworzył go „na swój obraz, na obraz Boży go stworzył” (1,27). I od tej pory każdy człowiek, w każdym miejscu i w każdym czasie, nosi w sobie tęsknotę za Ojcem, od którego został oddzielony, i do którego pewnego dnia ma powrócić.
Czasem jakieś spotkanie, jakieś wydarzenie, jakaś modlitwa tę tęsknotę budzą. Poruszają niepokój w sercu, że może moja codzienność to jednak nie wszystko, że jest coś więcej, coś bardziej, coś piękniej. Że jest Bóg, który właśnie wychodzi mi na spotkanie. Bo jeszcze bardziej jest za mną utęskniony i nie może się już mnie doczekać. Czyjeś „pełne wdzięku słowa” wpadają w sam środek mojej duszy, tam, gdzie zawsze czekała na nie pusta przestrzeń i nagle zaczynam rozumieć, kim jestem – dzieckiem, które pragnie przytulić się do swego Ojca.
Ale wtedy przychodzi też strach. Że może tylko mi się wydaje, że woła do mnie mój Bóg. I już w pogotowiu mam gotową broń: powątpiewanie. „Czyż nie jest On synem cieśli? Czy Jego Matce nie jest na imię Mariam” (Mk 13,55). Przecież dokoła mam swoją codzienność, bezpieczną i znajomą. W codzienności – „w swojej ojczyźnie i w swoim domu” (13,56) najtrudniej jest usłyszeć Boży głos.
Dlatego Bóg czasem wyprowadza na pustynię, albo na środek wzburzonego jeziora. Albo na drogę do Damaszku. W dramatycznych okolicznościach, kiedy nie mam za sobą „zaplecza” dobrze znanej codzienności, kiedy zaskakuje mnie niespodziewana sytuacja, łatwiej mi uwierzyć – że to Bóg, do mnie przychodzi i chce do mnie mówić.
Jezus mówi: „Czuwajcie i módlcie się w każdym czasie” (Łk 21,36). W każdym czasie. Nawet w tym najbardziej zwyczajnym, najbardziej prozaicznym, trzeba nam czuwać i pamiętać, że któregoś dnia przyjdzie On. Ale, zanim nastąpi koniec czasów, Bóg już teraz przychodzi, pociąga mnie do siebie. Jeśli nie czuwam, to będę Jego wołanie lekceważyć, jak mieszkańcy Nazaretu zlekceważyli Jezusa, a On niewiele mógł zdziałać tam cudów – „z powodu ich niedowiarstwa” (Mt 13,58).

Czuwajmy więc i nie lekceważmy słów Boga, kiedy mówi prosto do naszych serc!

Joanna Czech

 

Kłos

Ziemia sama z siebie wydaje plon, najpierw źdźbło, potem kłos, a potem pełne ziarnko w kłosie. (Mk 4,28)

Od momentu wrzucenia nasiona w ziemię do czasu, kiedy w kłosie dojrzeje ziarno, gotowe do żniwa, jest bardzo długa droga. Ten, kto wielokrotnie już siał, wie, że w swoim czasie będzie mógł zebrać dojrzały plon. Nie lęka się i nie zamartwia, bo rozumie, że kolejne etapy wzrostu są konieczne, by osiągnąć cel. Nawet jeśli nic nie wskazuje na to, by liche nasionko mogło wydać plon – może i stokrotny, a czemużby nie – siewca wie, że tak właśnie będzie. I po to właśnie idzie w pole siać.
Jednak temu, kto został posiany – czyli mi – może się wydawać, że ta droga donikąd nie prowadzi. Że jestem w ślepym zaułku, że nic dobrego mnie nie czeka. Że mroźna noc nie skończy się nigdy, nie zaświeci słońce, by mnie ogrzać. Że ulewa, która na mnie spadła, to już dla mnie koniec świata. Że nie wytrzymam przedłużającej się suszy. A nawet kiedy te przeciwności uda się przetrwać, to i tak widzę w sobie tylko pusty kłos – więc po co to wszystko było?
Ziarnko w kłosie to Boża obecność we mnie. To Bóg, którego mam wolność zaprosić do mego życia, i mam wolność zamknąć przed Nim drzwi. Można całe życie przeżyć jak pusty kłos. I to też będzie jakieś życie. Jest wiele atrakcji, którymi można je zapełnić. Ale to nigdy nie będzie ziarno, dojrzewające do żniwa. Potrzebuję Boga, by sobą wypełnił moje życie, jak dojrzałe ziarno wypełnia kłos. Inaczej na wieki pozostanę tylko częściowy.
Bóg tak nas ukochał, że nie stworzył nas od razu dojrzałymi ziarnami, gotowymi do żniw. Dał nam wolność, byśmy wzrastali, powoli dojrzewali, sami rozeznawali, co w życiu dla nas najważniejsze. Byśmy po różnych znakach, wśród różnych przeciwności, raz po razie odkrywali Jego ślad, kolejny i jeszcze następny. Byśmy z tych śladów, z tych urywków Jego obecności, cierpliwie budowali Jego obraz. Byśmy każdy promień Jego życiodajnego światła chowali w sobie, by nas pobudzał do wzrostu.
Tak się tworzy ziarno w kłosie – z Jego miłości, którą On nam posyła, a my ją chwytamy i kumulujemy w sobie. Im jej więcej, tym ziarno pełniejsze. Choć może się czasem wydawać, że droga moja donikąd nie prowadzi, to jednak Jego miłość, jeśli mi się uda umieścić ją w swoim sercu, w końcu zaowocuje. Inaczej być nie może. On jest odwiecznie żywy, więc żadna Jego cząstka we mnie nie mogłaby obumrzeć.
I mnie Bóg powołuje do życia. W radości i w obfitości. W kłosie najważniejsze jest ziarno. We mnie najważniejsza jest Jego obecność. Ale czy to nie jest największy, najpiękniejszy dar, jakim Bóg obdarzył człowieka: wolność do tego, by przyjąć, albo odrzucić Jego miłość? To ja sam, własnym sercem i rozumem, muszę rozeznać, czy pragnę, by On we mnie żył. Czy nie. I czy dla Niego nie jest największym szczęściem, kiedy w mojej wolności, w moim podobieństwie do Niego i byciu na Jego obraz, w mojej zdolności do pokochania, albo do odrzucenia Go, otworzę dla Niego moje serce?
A wtedy siewca zapuści sierp, bo pora już przyszła na żniwo.

Joanna Czech

 

Miara

I mówił im: „Uważajcie na to, czego słuchacie. Taką samą miarą, jaką wy mierzycie, odmierzą wam i jeszcze wam dołożą. Bo kto ma, temu będzie dane; a kto nie ma, pozbawią go i tego, co ma”. (Mk 4,24-25)

Uważajcie na to, czego słuchacie:
- Z wszelkiego drzewa tego ogrodu możesz spożywać według upodobania; ale z drzewa poznania dobra i zła nie wolno ci jeść, bo gdy z niego spożyjesz, niechybnie umrzesz – powiedział Bóg. (Rdz 2,16-17)
- Czy rzeczywiście Bóg powiedział: Nie jedzcie owoców ze wszystkich drzew tego ogrodu? – powiedział wąż. (Rdz 3,1)
Historia stara jak świat, więc nic zgoła nowego nie ma pod słońcem! (Koh 1,9)
To mi się może wydawać, że jestem wyjątkowy, jedyny w swoim rodzaju, i nie podlegam tym samym prawom, co reszta ludzkości. I nie muszę się przejmować tym, co Jezus mówi, bo to nie do mnie.
A przecież Jezus mówi, bo sam jest człowiekiem i osobiście, na własnej skórze, doświadcza działania mechanizmów psychologicznych w człowieku. I to, co dziś mówi, to bardzo ważna, psychologiczna rada. Uniwersalna. Dotyczy mnie też!
Taką samą miarą, jaką wy mierzycie, odmierzą wam.
I jeszcze wam dołożą!

Czy nie jest tak, że jeśli innych odmierzam miarą:
- zazdrości
- nieufności
- podejrzliwości
- żalu
- pretensji,

to żyję w przekonaniu, że inni
- mi czegoś zazdroszczą
- nie mają do mnie zaufania
- są wobec mnie podejrzliwi
- ciągle mają do mnie o coś żal
- robią mi nieustannie pretensje?

Czy nie jest tak?

I jeszcze wam dołożą!

Jeśli słucham tych głosów, tych zdradliwych podszeptów, że inni są źli, że zastawiają na mnie pułapki, że życzą mi źle, to sam w sobie jeszcze mocniej, ze spotęgowaną siłą, przeżywam negatywne zamiary, o które posądzam innych. I zaczynam się dusić w swoim własnym sosie.

A kto nie ma, pozbawią go i tego, co ma.

To nie jest groźba, że ktoś mi coś zabierze, choć i tak biedny jestem i ledwo co mam. To tylko konsekwencja wsłuchiwania się w ten głos, stary jak świat: Czy rzeczywiście…

A wąż był bardziej przebiegły niż wszystkie inne zwierzęta lądowe, które Pan Bóg stworzył (Rdz 3,1). I wcale nie o ten owoc nieszczęsny mu chodziło. Ale o to, by w sercu człowieka zasiać wątpliwość: „Czy aby na pewno Bóg cię kocha? A może jednak wcale nie?”.

Jeśli będę wątpił w Jego miłość, że ona jest u podstaw wszystkiego i sensem wszystkiego, to sam się pozbawię i tego, co mam.

Ale jeśli będę odmierzał – Boga i bliźnich – miarą miłości, to i mi odmierzą miarą miłości, i jeszcze mi dołożą! I będzie mi dodane tej miłości, miarą dobrą, natłoczoną, utrzęsioną i opływającą(Łk 6,38). Tyle, że mi jej nigdy nie zabraknie.

Tak bowiem Bóg umiłował świat… (J 3,16)

Joanna Czech

 

Dosłownie

Lecz na Twoje słowo zarzucę sieci. (Łk 5,5)

Przyjdzie taki czas w życiu, kiedy, oprócz Słowa Bożego, nie będę miał czego się uchwycić – dosłownie. Kiedy nie będzie żadnych planów B, żadnych wyjść awaryjnych, żadnego nic. Kiedy nastanie głęboka cisza, i w tej ciszy dadzą się słyszeć słowa Maryi, „błogosławionej, która uwierzyła, że spełnią się słowa powiedziane Jej od Pana” (Łk 1,45”): „Zrób wszystko, cokolwiek ci powie” (J 2,5).
Wszystko, cokolwiek ci powie. A wszystko oznacza wszystko – dosłownie.
I to wcale nie będzie proste. W pewnym momencie, kiedy Jezus zaangażował się w głoszenie Ewangelii o królestwie i wzywanie do nawrócenia, to nawet Jego bliscy myśleli, że „odszedł od zmysłów” (Mk 3,21). A uczeni w Piśmie, moralne i religijne autorytety tamtych czasów, wyrokowali: „Przez władcę złych duchów wyrzuca złe duchy” (Mk 3,22).
I mi też, w tyle głowy, może nie dawać spokoju podstępne pytanie: „Czy rzeczywiście Bóg powiedział?” (Rdz 3,1). Zły duch nawet nie musi silić się na kłamstwo, żeby podważyć moją wiarę w Boże słowo. Więcej, nawet nie musi silić się na inwencję, i tylko od wieków zadaje jedno i to samo pytanie, i to wystarczy, by wiara człowieka runęła w gruzy. A za wiarą by runął człowiek. Bym runął ja.
Jeśli słowo Boga nie będzie dla mnie wszystkim, jeśli nie przylgnę do Jego słowa całym sercem, całym umysłem i całą wolą, jeśli Jego słowo nie będzie całym horyzontem przed moimi oczyma, to nieuchronnie, w chwili trudnej i przerastającej moje siły, wątpliwości zjedzą mnie żywcem: „Czy rzeczywiście Bóg powiedział?”.
Kiedy Chrystus przychodzi na świat, to nie po to, żeby ulepszyć rzeczywistość: udoskonalić system polityczny, zwiększyć sprawiedliwość społeczną, podnieść standard życia. Kiedy On przychodzi, to sporządza sobie bicz ze sznurów, rozrzuca monety i wywraca stoły (J 2,15). I woła: „Nie rób z domu mego Ojca targowiska!” (J 2,16). Do mnie też tak woła. Może właśnie teraz, w tym czasie mego życia, słyszę to Jego wołanie – choć pewnie wolałbym udać, że nie słyszę
Wolałbym nie słyszeć, że On teraz właśnie mówi do mnie: „Zostaw wszystko i pójdź za Mną!” (Mk 10, 21). Bo bardzo bym nie chciał wszystkiego zostawić i za to wszystko dostać tylko jedno – Jego słowo. Bo mi się wydaje, że to nie wystarczy.
Choć „całą noc pracowałem i nic nie ułowiłem” (Łk 5,5), to wciąż się waham, czy warto na Jego słowo zarzucić sieć. Piotr zarzucił. A bogaty młodzieniec odszedł zasmucony. „Abraham uwierzył Bogu i zostało mu to poczytane za sprawiedliwość” (Rz 4,3). A serce ludu wybranego stwardniało na pustyni w dniu Massa (Ps 95,8).
Teraz moja kolej, żeby podjąć radykalną decyzję: Czy wierzę Bogu i Jego słowu – bez granic, bez zastrzeżeń, dosłownie i na zawsze, cokolwiek się wydarzy?
Czy na Jego słowo zarzucę sieć?

Joanna Czech

 

Cisza

„Gdy zapadł wieczór owego dnia, rzekł do nich: «Przeprawmy się na drugą stronę»”. (Mk 4,35).
To powiedziawszy Jezus wyszedł z uczniami swymi za potok Cedron. (J 18,1)

„Zostawili więc tłum, a Jego zabrali, tak jak był w łodzi”. (Mk 4,36)
Był tam ogród, do którego wszedł On i Jego uczniowie. (J 18,2)

„Także inne łodzie płynęły z Nim”. (Mk 4,36)
Judasz, otrzymawszy kohortę oraz strażników od arcykapłanów i faryzeuszów, przybył tam z latarniami, pochodniami i bronią. (J 18,3)

„Naraz zerwał się gwałtowny wicher. Fale biły w łódź, tak że łódź już się napełniała”. (Mk 4,37)
A oni krzyczeli: «Precz! Precz! Ukrzyżuj Go!»” (J 19,15)

„On zaś spał w tyle łodzi na wezgłowiu”. (Mk 4,38)
Pogrążony w udręce jeszcze usilniej się modlił, a Jego pot był jak gęste krople krwi, sączące się na ziemię. Gdy wstał od modlitwy i przyszedł do uczniów, zastał ich śpiących ze smutku. (Łk 22,44-45

„Zbudzili Go i powiedzieli do Niego: «Nauczycielu, nic Cię to nie obchodzi, że giniemy?»” (Mk 4,38)
Rzekł do nich: «Czemu śpicie? Wstańcie i módlcie się, abyście nie ulegli pokusie». (Łk 22,46)

„On wstał, rozkazał wichrowi i rzekł do jeziora: «Milcz, ucisz się!»” (Mk 4,39)
A On sam dźwigając krzyż wyszedł na miejsce zwane Miejscem Czaszki, które po hebrajsku nazywa się Golgota. Tam Go ukrzyżowano”. (J 19,17-18)

„Wicher się uspokoił i nastała głęboka cisza”. (Mk 4,39)
Było już około godziny szóstej i mrok ogarnął całą ziemię aż do godziny dziewiątej”. (Łk 23,44)

„Wtedy rzekł do nich: «Czemu tak bojaźliwi jesteście? Jakże wam brak wiary?»” (Mk 4,40).
Wtedy Jezus zawołał donośnym głosem: Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego. Po tych słowach wyzionął ducha”. (Łk 23,46)

Czemu tak bojaźliwy jestem? Czemu tak brak mi wiary? Czemu wciąż krzyczę do mojego Zbawiciela, z wyrzutem w głosie: „Czy Cię to nie obchodzi, że ginę?!” A On przecież tam, na tym krzyżu, po to właśnie, bym nie zginął.
Czemu tak brak mi wiary?

Joanna Czech

 

Smutek

Zasmucił się Piotr, że mu po raz trzeci powiedział: «Czy kochasz Mnie?» (J 21,17)

Czasem smutek jest taki, że wydaje się wypełniać każdą szczelinę życia. Może nie zawsze trzeba przed nim uciekać. Może czasem warto odważyć się na to, by go przyjąć, odważnie przeżyć, i może właśnie tam spotkać Chrystusa. Może czasem przychodzi taki etap w życiu, że właśnie w smutku naszego serca On pragnie do nas mówić, językiem najgłębszej miłości.
W tym momencie, kiedy by się wydawało, że Szymon Piotr odzyskał radość – po ciemnej nocy swego życia, że może nareszcie być najszczęśliwszy na świecie, bo jego ukochany Mistrz i Nauczyciel powrócił, cały i zdrowy, i żywy, to właśnie w tym momencie – po raz pierwszy i jedyny w Ewangelii – Jezus go zasmuca.
Ale może w tym smutku właśnie Piotr po raz pierwszy w życiu rozumie Jezusa. Rozumie, co On do niego mówi, i wreszcie wypowiada jedyną rzecz, jaka na świecie jest ważna: „Ty wiesz, że Cię kocham”.
Nie chce już stawiać Jezusowi namiotów, nie próbuje zaprzeczać Jego słowom, nie wyciąga miecza, by Go bronić. Nareszcie zaczyna rozumieć, o co w tym wszystkim chodzi, i co jest naprawdę ważne.
Kiedy nas ogarnia smutek, tak bezbrzeżny, jak tylko serce pomieścić zdoła, to, zanim poddamy się rozpaczy, rozejrzyjmy się wkoło, czy gdzieś nie ma „żarzących się na ziemi węgli, a na nich ułożonej ryby oraz chleba” (21,9).
Piotr swego smutku nie przeżywa w nocy, pośrodku głębiny, gdzie nie ma znikąd nadziei, ale już o poranku. Już świeci słońce, już są bezpieczni na brzegu, już obok jest Jezus. I swego umiłowanego ucznia przez ten smutek przeprowadza. Ku prawdziwej radości.
Dlatego trzeba mocno i ze wszystkich sił przylgnąć do Jezusa, kiedy jest na to czas, i przy Nim trwać, po to by, gdy spadnie smutek, gdy dane nam będzie przeżywać bolesną, rozdzierającą serce stratę, nie zostać z tym samemu, na środku jeziora, gdzie znikąd pomocy. Ale by i w naszym smutku Jezus przyszedł i zapytał: „Czy miłujesz Mnie?”.
Jeśli wtedy znajdę siłę, by Mu odpowiedzieć jak Piotr, to nie zginę, a „smutek mój zamieni się w radość” i „rozraduje się serce moje, a radości mojej nikt mi nie zdoła odebrać” (16,20.22). I to się stanie, w swoim czasie. Może jeszcze nie dziś, ale niechybnie się stanie.
Przyjdzie i do mnie Jezus, i powie: „Pójdź za Mną!”.

Joanna Czech

 

Modlitwa

Tyś jest mój Syn umiłowany, w Tobie mam upodobanie. (Łk 3, 22)

Gdy naród izraelski z napięciem oczekiwał przyjścia Mesjasza, gdy tłumy gromadziły się nad Jordanem na chrzest, przeczuwając, że dzieje się coś ważnego, że pełnia czasów wkrótce się wypełni, to co robił Jezus?
Modlił się.
„A gdy się modlił, otworzyło się niebo i Duch Święty zstąpił na Niego, w postaci cielesnej niby gołębica, a z nieba odezwał się głos: «Tyś jest mój Syn umiłowany, w Tobie mam upodobanie»” (Łk 3, 21-22).
Największe dzieła, po ludzku wydawałoby się, że niemożliwe, nieosiągalne, dokonują się zawsze, kiedy się modlimy. Reszta, to już tylko owoce.
Apostoł Paweł, bez którego na pewno nie byłoby chrześcijaństwa, które odmieniło cały świat, mówił: „Kimże jest Apollos? Albo kim jest Paweł? Sługami, przez których uwierzyliście według tego, co każdemu dał Pan. Ja siałem, Apollos podlewał, lecz Bóg dał wzrost. Otóż nic nie znaczy ten, który sieje, ani ten, który podlewa, tylko Ten, który daje wzrost – Bóg” (1 Kor 3,5-7).
Bóg stworzył ziemię, słońce, roślinność i wodę, i sprawia, że drzewa wydają owoce „według swego gatunku” (Rdz 1,11).
Bóg stworzył człowieka, jest w nim sprawcą „chcenia i działania” (Flp 2,13) i współdziała z nim we wszystkim dla jego dobra (Rz 8,28).
Z tym, który Go miłuje.
A ten, kto Boga miłuje, często przebywa z Nim, sam na sam, na modlitwie, twarzą w twarz, jak przyjaciel z Przyjacielem. (por Wj 33,11).
Czy może być tak, że modlitwa stanie się ważniejsza, piękniejsza niż wszystkie nasze osiągnięcia, wszystkie działania, jakie podejmujemy, wszystkie dobre rzeczy, których dokonujemy?
„Poznacie ich po ich owocach” (Mt 7,16). Tak, ale moje owoce są potrzebne dla innych. Drzewo nie rodzi owoców dla siebie. Owocuje, i zrzuca swoje owoce na ziemię, by kto inny posilił się nimi. Nie zatrzymuje ich dla siebie.
Tak i my – nie możemy przywiązywać się do swoich „owoców”, zatrzymywać ich dla siebie, bo szybko zgniją i zmarnują się, nie przynosząc nikomu pożytku.
Tym, co jest istotą naszego życia, dla nas samych, nie są nasze osiągnięcia, bo wiadomo, że „każde dobre drzewo wydaje dobre owoce, a złe drzewo wydaje złe owoce. Nie może dobre drzewo wydać złych owoców ani złe drzewo wydać dobrych owoców” (Mt 7,17-18), i nie ma w tym żadnej naszej zasługi.
Naszą istotą jest doświadczanie obecności Boga żywego – w głębi nas. Na modlitwie. To jest właśnie tym, co jest dane nam dla nas samych – odkrywanie Go, i poznawanie, i relacja z Nim.
To jest właśnie królestwo Boże, które staje się już tu.

Joanna Czech

 

Noc ciemna bardzo

Zaprawdę, zaprawdę powiadam ci, jeśli się ktoś nie narodzi powtórnie, nie może ujrzeć królestwa Bożego. (J 3,3)

W ciemną noc swego życia Nikodem przyszedł do Jezusa, bo uwierzył, że był z Nim Bóg (J 3,2).
Judasz, kiedy i jego dopadł mrok, wyszedł z domu, w którym przebywał Jezus, a była noc (J 13,30).
I jeden, i drugi poruszał się po omacku. Obaj nie rozumieli, co się z nimi dzieje, ani nie pojmowali, co mówi do nich Bóg.
Nikodem w ciemną noc przylgnął do Jezusa.
Judasz od Niego uciekł, jeszcze dalej w noc.
Kiedy przyszedł czas na najstraszniejszą z nocy, kiedy „słońce się zaćmiło” i „mrok ogarnął całą ziemię” (Łk 23,44-45), kiedy umarł Bóg, wtedy Nikodem znalazł siłę, by znowu przyjść do Jezusa, i złożyć Jego ciało w grobie (J 19,39-40). I przy Nim trwać. I wkrótce rozbłysnął mu poranek zmartwychwstania.
Kiedy „mrok ogarnął całą ziemię”, Judasz, przygnieciony ciężarem własnej winy, „oddalił się, poszedł i powiesił się” (Mt 27,5). Nie doczekał poranka.
Kiedy przyjdzie ten czas, że we mnie mój Bóg zostanie ukrzyżowany, czy wtedy właśnie przylgnę do Niego jeszcze mocniej, ze wszystkich sił? Czy ucieknę od Niego daleko, w mrok?
Kiedy we mnie umrze mój Bóg, czy przylgnę do Niego z całych sił, by narodzić się z Nim powtórnie, w poranek zmartwychwstania?
„Kto się nie narodzi powtórnie, nie może ujrzeć królestwa Bożego”.
Trzeba, aby ciało umarło, by narodził się Duch (J 3,6).
„Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne” (3,16).
„Światło przyszło na świat” (3,19).
Czy w mojej nocy, ciemnej bardzo, wyglądam Jezusowego świtania?
Czy zagłębiam się dalej w mrok?

 Joanna Czech

 

Skała

Panie, Ty wszystko wiesz, Ty wiesz, że Cię kocham. (J 21,17)

Czy Szymon, syn Jana, prosty rybak z Galilei, mieszkający z teściową i nie zawsze wracający do domu z łodzią pełną ryb, mógł w najśmielszych marzeniach wyobrażać sobie, że kiedyś nad jego grobem powstanie wspaniała bazylika, swoim przepychem przewyższająca pewnie nawet Świątynię Jerozolimską, do której codziennie, nie tylko w wielkie święta, będą zmierzać tysiące ludzi różnych wyznań i z różnych stron świata? Że miejsce jego pochówku stanie się symbolem chrześcijaństwa, symbolem Kościoła, który zbudował sam Bóg, tak, jak zapowiedział: „Ty jesteś Piotr [czyli Skała], i na tej Skale zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą” (Mt 16,18).
Dlaczego Szymon? Dlaczego to jego właśnie wybrał Jezus? Rybaka, który nie był człowiekiem sukcesu, o którym, gdyby nie Jezus z Nazaretu, nikt nigdy by nie usłyszał. Który był mężczyzną porywczym i niestałym, i być może każdy inny szybko by z niego zrezygnował, kiedy by go bliżej poznał. On sam miał tego świadomość i już podczas pierwszego spotkania z Mesjaszem prosił Go: „Odejdź ode mnie, Panie, bo jestem człowiek grzeszny” (Łk 5,8). A Syn Boży to na nim właśnie zbudował swój Kościół i rozsławił jego imię po całym świecie. Dopóki będzie istnieć ziemia, dopóty święty Piotr będzie znany jako pierwszy Apostoł Chrystusa. Na zawsze pozostanie TYM Piotrem i nikomu nie trzeba będzie wyjaśniać, kim był.
A przecież, kiedy czytamy Ewangelię, to Szymon, syn Jana niczym specjalnie się nie wyróżnia. W żaden sposób nie zasługuje sobie na swoje nowe imię i na rolę, jaką wyznacza mu Jezus. Syn Boży sam do niego przychodzi, pierwszy do niego przemawia i mówi, co ma robić: „Wypłyń na głębię” i „Nie bój się” (por. Łk 5,1-11). I nie ma to związku z wcześniejszymi dokonaniami rybaka.
I to jest właśnie wielką nadzieją dla nas. Przecież każdy z nas może w każdej chwili stanąć na miejscu Szymona Piotra, twarzą w twarz z Jezusem i usłyszeć te same słowa: „Nie bój się”, „Wypłyń na głębię”. I każdy z nas może Mu odpowiedzieć w ten sam sposób, co rybak: „Całą noc pracowaliśmy i niceśmy nie ułowili. Lecz na Twoje słowo zarzucę sieci” (5,5). Bo to nie ja, tylko On.
„Na Twoje słowo”. Bo to jest to Słowo, które było na początku, które było u Boga, i które było Bogiem, i przez które wszystko się stało, a bez którego nie stało się nic, co się stało (J 1,3). Słowo, w którym było życie (J 1,4), realnie przemieniło życie świętego Piotra – wystarczy spojrzeć na watykańską bazylikę, by się o tym przekonać. Ale i moje życie równie realnie to Słowo ma moc przemienić. Jeśli tylko, słysząc głos Pana, odpowiem Mu „Na Twoje słowo zarzucę sieci”.

Joanna Czech

 

Mniej

Wszystko bowiem, co jest na świecie, a więc: 
pożądliwość ciała, pożądliwość oczu i pycha tego życia
nie pochodzi od Ojca, lecz od świata. 
Świat zaś przemija, a z nim jego pożądliwość; 
kto zaś wypełnia wolę Bożą, ten trwa na wieki
. (1 J 2,16-17)

Radość, której źródłem jest świat, różni się tym od radości, której źródło jest w Bogu, że ta pierwsza potrzebuje ciągle coraz więcej, a ta druga potrzebuje coraz mniej.
Sukcesy, przyjemności, „dobra doczesne” dają nam poczucie satysfakcji i zadowolenia, czasem nawet szczęścia, tyle tylko, że nie trwają długo i, żeby je utrzymać lub wzbudzić na nowo, potrzebujemy kolejnych bodźców, za każdym razem coraz silniejszych. Każdy nowy samochód musi być lepszy od poprzedniego, każda kolejna podróż musi być bardziej egzotyczna od poprzedniej, każde następne stanowisko w pracy musi być na wyższym poziomie niż poprzednie. Bo inaczej nie będziemy odczuwać tego przyjemnego zadowolenia.
Kiedy Jezus mówi młodemu człowiekowi, który do Niego przybiegł i upadł przed Nim na kolana, i pytał, co ma uczynić, by osiągnąć życie wieczne, aby sprzedał wszystko, co ma, rozdał ubogim i szedł za Nim (Mk 10, 17-22), to nie dlatego, że chce tego młodzieńca pozyskać dla siebie, w poczet swoich uczniów. Spogląda na mężczyznę z miłością i pragnie go obdarzyć tym, co jest najlepsze: radością prawdziwą i nieprzemijającą. Która niczego nie potrzebuje, bo jest wieczna, a jej źródłem jest sam Bóg. Młodzieniec co prawda ma wiele posiadłości, ale i tak, jak zauważa Mesjasz, wciąż „brakuje mu jednego”. I tylko jednego brakuje. A jednak to jedno jest najważniejsze, to jedno, to tajemnica szczęścia człowieka. Tajemnica jego zrodzenia w Bogu i odwiecznej tęsknoty do powrotu do Boga i zjednoczenia z Nim.
Im częściej przebywa się z Bogiem, sam na sam, tym mniej potrzeba, by mieć w sobie radość. I to nie jest pusty frazes, tylko fakt. Młodzieniec przyszedł do Jezusa, jakby Go gonił, bał się, że odejdzie, zanim zdąży z Nim porozmawiać. Ale za Bogiem nie trzeba gonić, tak jak gonimy za tyloma rzeczami w życiu. On jest tu.
W ogrodzie Eden Pan Bóg dał człowiekowi cały piękny raj. A człowiek i tak skupił się na jednym owocu, które było „rozkoszą dla oczu” (Rdz 3,6). My teraz sobie myślimy: jaka ta Ewa była ślepa. Ale i my tak samo ślepi jesteśmy, widzimy tylko to, co wokół nas, co przemija i ulatuje, i czego trzeba coraz więcej i więcej. Pan Bóg przechadzał się w ogrodzie, „w porze, kiedy był powiew wiatru”, ale mężczyzna i jego żona już Go nie widzieli, gdyż „skryli się wśród drzew”. Ale my nie musimy się skrywać. Możemy na nowo zwrócić się w stronę Boga, który jest dobry. I odkrywać prawdziwą radość w Nim, radość, która potrzebuje coraz mniej, by być pełną.

Joanna Czech

 

Dla siebie

Zejdź Mi z oczu, szatanie! Jesteś Mi zawadą, bo myślisz nie na sposób Boży, lecz na ludzki. (Mt 16,23)

Ile przyjaźni, ile ludzkich relacji rozpada się, bo kiedy wydaje nam się, że kogoś kochamy, to w chwili próby okazuje się, że owszem, kochamy, ale nie ze względu na tę osobę, dla niej samej, ale w pierwszej kolejności dla siebie. Jak często idealizujemy kogoś, kto jest dla nas ważny, a kiedy ta osoba okazuje się mieć wady, słabości, czy przeżywać trudności, to się rozczarowujemy i już nie chcemy jej znać.
Tak, jak Szymon Piotr nie chciał więcej znać Jezusa tej tragicznej nocy na dziedzińcu pałacu arcykapłana. Nie chciał Go znać schwytanym, upokorzonym, osądzonym, skazanym. On kochał Jezusa – świetnego mówcę, który przyciągał tłumy. Jezusa – cudotwórcę, którego bały się złe duchy. Jezusa chodzącego po jeziorze, rozmnażającego chleb, okazującego swą potęgę na górze Tabor. W pewien sposób kochał ideał Mesjasza, jaki sobie w swojej głowie stworzył, według własnych standardów i na swoje potrzeby.
Kiedy Jezus po raz pierwszy mówi swoim uczniom, że czeka Go męka i śmierć w Jerozolimie, ma miejsce ważna, choć trudna do zrozumienia rozmowa (Mt 16,21-23). Na dobrą sprawę nie sposób dziwić się reakcji Szymona Piotra na zatrważające słowa Mistrza. Przecież każdy z nas w podobnej sytuacji powiedziałby tak samo ukochanej osobie: „Niech Cię Bóg broni! Nie przyjdzie to nigdy na Ciebie”.  I wydaje się, że Nauczyciel trochę niesprawiedliwie go upomina, i to jeszcze w tak gwałtowny sposób: „Zejdź mi z oczu, szatanie”. Zwłaszcza, że chwilę wcześniej to właśnie Piotr głośno wyznał swoją wiarę, że On jest oczekiwanym Mesjaszem. Więc może Jezusa poniosły nerwy? Z pewnością Szymon mógł tak pomyśleć.
My jednak znamy ciąg dalszy i możemy się domyślać, że w tej właśnie chwili Jezus walczył o Piotra. I uczył go prawdziwej miłości, która wszystko zwycięża. Przygotowywał swojego Apostoła na to, co miało się wydarzyć na dziedzińcu arcykapłana. Wiedział, że uczeń trzykrotnie wyprze się Mistrza. I wiedział też, że szybko tego pożałuje. Że gorzko zapłacze. Może właśnie na ten czas najbardziej go Jezus przygotowywał: na czas żalu i płaczu, by się nie obróciły w rozpacz. Bo Jezus przecież wiedział też, że ta noc to nie będzie koniec, że spotkają się znowu, o poranku nad jeziorem. I że wtedy Szymon Piotr będzie już innym człowiekiem, człowiekiem o sercu zranionym miłością. Tylko takie serce potrafi kochać drugiego dla niego samego. Nie dla siebie.
Miłość musi być bez obłudy (Rz 12,9). A obłudą jest wymaganie od kochanej osoby, by zawsze była ideałem, by zawsze stawała na wysokości zadania, by zawsze spełniała nasze oczekiwania, by nas zadowalała, zaspokajała nasze potrzeby. Miłość nie jest sterylna. Tego nas uczy Jezus, który sam dał sobie przebić serce. I mówi: Nie bój się.
Miłość nigdy nie ustaje (1 Kor 13,8). Ale tylko wtedy, kiedy nie jest dla mnie samego, ale dla innych.

Joanna Czech

 

Pośpiech

A bez Niego nic się nie stało, co się stało (J 1,3)

Jedyny raz, kiedy Jezus się spieszy w Ewangelii, to wtedy, gdy zdąża do Jerozolimy – na swoją Mękę. Dla uczniów, którzy Go znają, Jego pośpiech wydaje się na tyle nietypowy, że aż czują niepokój (Mk 10,32). Pierwszy raz się zdarzyło, że Jezus ich wyprzedza i idzie tak szybko. Jakby cierpienie i śmierć na krzyżu były dla Niego jedynym wydarzeniem, na które nie należało się spóźnić. Wszystko inne mogło poczekać.
Jeśli popatrzymy na podróże Jezusa – piesze, jakże by inaczej, to dojdziemy do wniosku, że trwały one zazwyczaj dłużej niż by to wymagało, sądząc po odległości, jaką miał do przebycia. Coś jak Izraelici, którzy na pustyni zabawili aż czterdzieści lat.
Co chwilę ktoś zaczepia przechodzącego Jezusa, prosząc Go o uzdrowienie dla siebie, albo bliskich. On przystaje, by z tą osobą porozmawiać, dotknąć jej, popatrzeć jej w oczy. Czasem nawet nadkłada drogi, by zajść do domu kogoś potrzebującego Jego obecności.
Kiedy naucza, to wchodzi na górę, albo zachodzi do Świątyni czy synagogi, i tam siada. Skoro siada, to znaczy, że się nie spieszy, nie jest jedną nogą tu, a drugą tam, ale całym sobą jest w tej sytuacji, która właśnie się dzieje. Cały tu i teraz.
Skoro bez Boga nic się nie stało, co się stało, to i w naszym życiu też dzieją się rzeczy, które bezpośrednio od Niego pochodzą. Czasem nasze doskonałe plany, dopracowane niemal co do sekundy, burzy jakieś nieprzewidziane zdarzenie. Niespodziewane spotkanie. Nieplanowane opóźnienie. Coś, co może nam się wydawać niepotrzebne, nietwórcze, nieproduktywne.
Jeśli jednak uczymy się słuchać Jezusa, Jego głosu, to z czasem w takich niepozornych zdarzeniach zaczynamy dostrzegać piękno. Okazuje się, że czas, który moglibyśmy spożytkować o wiele bardziej twórczo, ale spontanicznie ofiarowaliśmy drugiej osobie, choć sami nic z tego nie mamy, owocuje w naszych sercach cudownym pokojem i przedziwną radością, która nie wiadomo skąd się wzięła, wydaje się całkowicie nieracjonalna i bezpodstawna, a jednak jest, i koi serce. Bóg potrafi sprawiać takie cuda.
Dobrze, że Pan z nas nie rezygnuje, choć tacy zabiegani jesteśmy. I że potrafi nas czasem zatrzymać w pół kroku, wybić z rytmu, byśmy zdążyli zachwycić się pięknem – własnym i tym, które ukryte jest w innych ludziach.
A w ten sposób właśnie rodzi się miłość.

Joanna Czech

 

Kazanie

Jezus, widząc tłumy, wyszedł na górę (Mt 5,1). Być może, z perspektywy kościelnej ławki, trudno sobie wyobrazić tę scenę. Jesteśmy przyzwyczajeni do tego, by słuchać Ewangelii w zacisznym budynku. Jednak Słowo Boże musiało brzmieć zupełnie inaczej, kiedy Chrystus po raz pierwszy wypowiadał je ze szczytu wzniesienia, do zgromadzonego tłumu. Musiało unosić się daleko, aż po horyzont, i odbijać się echem – od sąsiednich wzgórz, od ściany lasu, zasiewając się na trwałe w sercach słuchających.
A gdy usiadł, przystąpili do Niego Jego uczniowie (5,1). Jezus wychodzi na górę, a uczniowie idą za Nim. Kiedy przychodzę na Eucharystię, to nie dlatego, że „w niedzielę trzeba iść do kościoła”, ale dlatego, że chcę chodzić za Chrystusem, jak chodzili za Nim Jego uczniowie. Jestem jednym z nich – z uczniów Jezusa, dlatego, że tego pragnę, taki jest mój wybór: być blisko mego Pana, który ma słowa życia wiecznego.
Wtedy otworzył swoje usta i nauczał ich tymi słowami (5.2). Jezus naucza. Jest to czynność niedokonana – jakby niezakończona jeszcze. Uczniowie często tej nauki nie pojmowali, jak możemy się o tym przekonać, czytając Ewangelię. I ze mną pewnie jest podobnie. Często słucham słów Syna Bożego, ale nie wszystko jest jasne i oczywiste. Niektóre Jego słowa są „balsamem dla mojej duszy”, pocieszeniem, zapewnieniem; inne niepokoją; jeszcze inne zapadają głęboko w serce, nie dając o sobie zapomnieć, choć może nie do końca rozumiem ich sens. Tak pewnie jest z Ośmioma Błogosławieństwami. Niby proste i zrozumiałe, a tak trudno je zgłębić.
Błogosławieni jesteście… Pewnie za każdym razem, kiedy słyszę te słowa, odbieram je zupełnie inaczej. Może czasem przechodzą obok mnie obojętnie; może to nic dla mnie nie znaczy – być ubogim w duchu, smucić się, być cichym… Innym razem może dotyczą konkretnych sytuacji z mego życia: może walczę o sprawiedliwość, może jestem miłosierny dla innych. A może właśnie odwrotnie. Może wiem, że moje serce czyste nie jest, i że nie dbam o pokój wokół mnie. Albo wręcz lękam się tych słów, boję się, że musiałbym cierpieć – dla Jego imienia. Może wcale nie potrafię cieszyć się i radować, na myśl o tym, że czeka mnie wielka nagroda w królestwie Bożym, jeśli moje aktualne trudności zbyt mnie przytłaczają.
Błogosławieni. Ale może jednak Jezus mówi te słowa prosto do mojego serca. Może, nawet jeśli nie do końca je pojmuję – to jednak je przyjmuję. Pozwalam, by dotknęły mojej duszy i zostawiły w niej swój ślad. Może jeszcze nie przyszedł czas, by wydały owoc, ale mimo to pragnę ich słuchać, wciąż i wciąż.
Jak wygląda Jezusowe Kazanie na Górze? W każdym zdaniu Syn Boży mi BŁOGOSŁAWI. Dobrze mi życzy, pragnie dla mnie wszystkiego, co najlepsze: by do mnie należało królestwo niebieskie, bym oglądał Boga i został nazwany Jego synem. Bym był pocieszony, nasycony, bym dostąpił miłosierdzia. Bym posiadł ziemię na własność. Jeśli słucham słów Jezusa – i jeśli je słyszę, to na to wszystko właśnie On mi błogosławi. A wiem przecież, że w Piśmie Świętym błogosławieństwo, podobnie jak przekleństwo, ma wielką moc. Jezus mi błogosławi swoim Słowem, a Jego Słowo przecież jest potężne, było na początku u Boga i bez Niego nie stało się nic, co się stało.
Błogosławieni jesteście, gdy [ludzie] wam urągają i prześladują was, i gdy z mego powodu mówią kłamliwie wszystko złe na was (5,11). To jest właśnie ważne: by cokolwiek się dzieje  w moim życiu, działo się z powodu Jezusa. Bym zawsze do Niego przystępował, jak to robili Jego uczniowie, a On, by zawsze mnie nauczał – w trybie niedokonanym. Aż w końcu posiądę królestwo niebieskie.

Joanna Czech

 

Wymówka

On zrzucił z siebie płaszcz, zerwał się i przyszedł do Jezusa. (Mk 10,50)

Te słowa dotyczą żebraka Bartymeusza, syna Tymeusza, który pewnego razu siedział przy drodze, gdzieś między Jerycho a Jerozolimą.  Bartymeusz był niewidomy. A jednak jego ślepota nie przeszkodziła mu w tym, żeby odnaleźć Jezusa i przyjść do Niego.
Przyjrzyjmy się temu niepełnosprawnemu mężczyźnie, jak zdecydowanym ruchem zrzuca okrywający go płaszcz, błyskawicznie staje na nogi i bez wahania idzie do Jezusa. Kiedy pomyślimy o tym, w jaki sposób porusza się osoba niewidoma, to kojarzy się to nam z białą laską, niepewnymi krokami, macaniem wokół siebie w poszukiwaniu przeszkód. Niczego takiego nie widzimy w Bartymeuszu. Mogłoby się wydawać, że odzyskał wzrok jeszcze zanim Jezus go spytał: «Co chcesz, abym ci uczynił?». Mistrz zresztą sam przyznaje: to nie Ja, ale «twoja wiara cię uzdrowiła».
Bartymeusz zdawał sobie sprawę ze swojej choroby. Wiedział doskonale, że jego ślepota jest zła, że jest powodem jego cierpienia. I pragnął gorąco być uzdrowionym. Uparcie wołał: «Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną!». Nie przejmował się tym, że inni próbowali go uciszyć, uważając, ze zachowuje się niestosownie. Był przekonany, że potrzebuje Jezusowej litości, że bez niej sobie nie poradzi. Bo przecież był ślepy i był żebrakiem. Na kogo więc mógł liczyć, jak nie na samego Boga?
A przecież mógł sobie zrobić doskonałą wymówkę z choroby. Obrazić się na Pana Boga, że go takim losem pokarał. Przecież tak łatwo usprawiedliwić swoją niewiarę w to, że On jest Ojcem, i że kocha. Nie trzeba nawet tak wielkiego cierpienia, jak ślepota. Czasem wystarczy jakaś błahostka, żeby uzasadnić przed samym sobą, że Bóg nie może mnie kochać, skoro mnie to czy tamto spotkało. Zrzucić na Niego winę za to, że w Niego nie wierzę.
Dlatego Jezus wielokrotnie podkreśla, jak ważna jest ludzka wiara. Może chce nam dać do zrozumienia, że Jego cuda nie byłyby w ogóle możliwe, gdybyśmy w Niego nie wierzyli.
Jezus spotyka Bartymeusza w drodze do Jerozolimy, gdzie czeka Go męka i śmierć na krzyżu – o czym On doskonale wie. A jednak, słysząc wołanie żebraka – Jezus przystaje. Jakby silna, niezłomna wiara mężczyzny zatrzymała Go w pół kroku, nie pozwoliła Mu przejść obok. Ilu jeszcze takich ślepców i innych kalek Syn Boży minął po drodze? A tylko Bartymeusz wołał.
Ślepota, czy jakiekolwiek inne cierpienie, może być doskonałą wymówką, żeby zbudować mur między sobą i Bogiem. A z drugiej strony, to właśnie nędza, kalectwo, niemoc, bezradność są najlepszą „przepustką”, „zaproszeniem na audiencję” u samego Stwórcy: Panie, musisz się nade mną ulitować, bo Cię bardzo potrzebuję! Bartymeuszowe wołanie: Jezusie, Synu Dawida, musiało bardzo mocno poruszyć Syna Bożego, tak, że nie mógł go zignorować. I na pewno dalej Go to bardzo porusza, kiedy ktoś woła, w cał

Zobacz

 

Słówko na dziś

j. grecki
γλῶσσα język (glossa)

j. hebrajski
hn"[' odpowiadać (ana)

 

Artykuły

» więcej artykułów

Szkoła Biblijna Archidiecezji Gdańskiej

Zajęcia we wtorki:
Gdańskie Archidiecezjalne Kolegium Teologiczne (aula)
ul. Armii Krajowej 46
81-365 Gdynia

Zajęcia w środy:
Wydział filologiczno-historyczny Uniwersytetu Gdańskiego (aula)
ul. Wita Stwosza 55
80-952 Gdańsk

Telefon

+48 507 923 209

E-mail

kontakt@szkolabiblijna.gda.pl

Numer konta:

SANTANDER
17 1090 1102 0000 0001 3465 7428

W tytule przelewu prosimy podać:
Imię i nazwisko z dopiskiem Szkoła Biblijna
Koszt: 120 zł / semestr

Używamy plików cookies Ta witryna korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności i plików Cookies .
Korzystanie z niniejszej witryny internetowej bez zmiany ustawień jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików Cookies. Zrozumiałem i akceptuję.
62 0.16538500785828