TWOJA SZKOŁA BIBLIJNA

Dla zainteresowanych Pismem Świętym

24 grudnia 2018

Codzienny blog adwentowy

Wigilia Bożego Narodzenia

24 grudnia
Przeto przychodząc na świat, mówi: 
Ofiary ani daru nie chciałeś, 
aleś Mi utworzył ciało; 
całopalenia i ofiary za grzech 
nie podobały się Tobie. 
Wtedy rzekłem: Oto idę - 
w zwoju księgi napisano o Mnie - 
abym spełniał wolę Twoją, Boże. 
(Hbr 10,5-7)

Przez ile cierpień, przez ile trudności, musi człowiek przejść, żeby móc w końcu zawołać, z głębi serca: Oto idę, abym spełniał wolę Twoją, Boże. Ile raz trzeba upaść, potknąć się o własną słabość, ile razy trzeba wołać z głębokości do Boga, który wydaje się, że nas opuścił. Jak bardzo trzeba zawierzyć Bogu, że On udziela przebaczenia, jak mocno trzeba w Nim złożyć nadzieję, wbrew rozsądkowi czasem, jak Abraham na górze Moria czy jak Józef raz w Nazarecie, a potem znowu w Betlejem, że On nie przyszedł, aby zniszczyć, ale żeby ocalić. Nie, żeby życie zabrać, ale by dać je w obfitości. Że On nie chce od nas ofiar, ale sam nas obdarza: utworzył nam ciało, powołał nas do życia i zaprasza do swego domu, w którym jest mieszkań wiele.
W zwoju księgi napisano o Mnie. Jak bardzo trzeba nie mieć nic, by uwierzyć, że my też jesteśmy częścią historii zbawienia, która zaczęła się już wtedy, gdy Ewa wyciągnęła rękę po owoc, a Adam jej nie powstrzymał. Ta historia, pisana najpiękniejszym językiem Bożego miłosierdzia, trwa do dziś. Obejmuje nas i nasze życie, i czeka na swe wypełnienie, kiedy Syn Boży przyjdzie powtórnie, w wielkiej mocy i chwale.
Jak bardzo trzeba się uniżyć, by zostać wywyższonym przez Boga do Jego niebieskiego tronu.

Joanna Czech

23 grudnia
Takiego mamy arcykapłana, który zasiadł po prawicy tronu Majestatu w niebiosach, jako sługa świątyni i prawdziwego przybytku zbudowanego przez Pana, a nie przez człowieka. Każdy bowiem arcykapłan ustanawiany jest do składania darów i ofiar, przeto potrzeba, aby Ten także miał coś, co by ofiarował. Gdyby więc był na ziemi, to nie byłby kapłanem, gdyż są tu inni, którzy składają ofiary według postanowień Prawa. Usługują oni obrazowi i cieniowi rzeczywistości niebieskich. (Hbr 8,1-5)

Już jutro Wigilia. Będziemy czekać na Noc Narodzenia. Czy w moim sercu daje się słyszeć wołanie: Marana Tha! Przyjdź, Panie Jezu! Czy chciałbym, żeby On już przyszedł tak, jak zapowiedział, że przyjdzie? Czy wolałbym, żeby wszystko zostało po staremu: niech będzie Wigilia, potem Pasterka, a potem zwykłe życie, tak, jak jestem do tego przyzwyczajony?
A przecież to, że świętujemy Boże Narodzenie, jest tylko odbiciem rzeczywistości niebieskiej. Która jest jak najbardziej realna, i jest naszą przyszłością, z każdym dniem coraz bliższą.
Chrystus jest arcykapłanem, który swoją posługę sprawuje po prawicy tronu Majestatu w niebiosach, w prawdziwym przybytku zbudowanym przez Pana, nie przez człowieka. Tamta świątynia w domu Boga jest prawdziwa, a ta, tu na ziemi – tylko jej odbiciem, a nie na odwrót.
To nie na Boże Narodzenie czekamy co roku, żeby przyszło i przeminęło, i żeby znowu czekać cały rok. To Boże Narodzenie rozpoczyna nasze oczekiwanie na Jego powtórne przyjście, które pewnego dnia się wydarzy, z wielką mocą i siłą. On przyjdzie w chwale swej potęgi. Nie przestaje być arcykapłanem, który wstawia się za nami u Boga i do Niego nas pociąga, i do siebie.
W tych dniach Jezus nam przypomina, że przyjdzie niechybnie: „Niebo i ziemia przeminą, ale słowa moje nie przeminą” (Mk 13,31). Nie mamy się trwożyć z tego powodu, ale mamy czuwać, by kiedy przyjdzie zebrać „swoich wybranych z czterech stron świata, od krańca ziemi aż do szczytu nieba” (Mk 13,27), to byśmy i my znaleźli się wśród tych, których On zbierze.

 

22 grudnia
Takiego bowiem potrzeba nam było arcykapłana: świętego, niewinnego, nieskalanego, oddzielonego od grzeszników, wywyższonego ponad niebiosa, takiego, który nie jest obowiązany, jak inni arcykapłani, do składania codziennej ofiary najpierw za swoje grzechy, a potem za grzechy ludu. To bowiem uczynił raz na zawsze, ofiarując samego siebie. (Hbr 7,26-27)

Dlaczego w ogóle potrzebujemy arcykapłana? Dlaczego potrzebujemy Jezusa Chrystusa, Bożego Syna, Mesjasza? Dlatego, że Bóg, nasz Ojciec, kocha nas mimo naszych słabości. Posyła na świat swojego Syna, który jest święty, niewinny i nieskalany, by nam pokazać, że nas nie odrzuca i nie potępia. Ten Jego Syn, święty, niewinny i nieskalany, oddzielony od grzeszników, sam się jednoczy z grzesznikami, przyjmując na siebie i gładząc grzech świata. Ponieważ Bóg, Jego Ojciec i nasz Ojciec, tak bardzo nas kocha.
Kiedy kontemplujemy Nowonarodzonego, to czy nie zaczyna się nam wydawać, że nasze słabości i upadki nie są aż tak ważne? Owszem, mamy się z nimi zmagać, ciągle powstawać i unikać okazji do grzechu, ale to, że wciąż upadamy, to nie jest aż tak wielki dramat. Jezus mówi: „Jarzmo moje jest słodkie, a moje brzemię lekkie” (Mt 11,30). Jeśli Jemu zaufamy w naszych wszystkich słabościach, jeśli do Niego przyjdziemy z naszymi trudami i ciężarami, to On nam wskaże „drogę doskonalszą” (1 Kor 12,31). Zanurzy nas w swojej miłości, która uleczy ból, da siłę, by wytrwać, osłodzi cierpienie.
Jego miłość, która jest cierpliwa, łaskawa, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego (1 Kor 13,4-5), jeśli będziemy ją kontemplować, ukaże się nam o wiele piękniejsza, ważniejsza, potężniejsza niż nasz grzech. Nasze słabości zblakną w promieniach Jego czystej, świętej i nieskalanej miłości. I dlatego właśnie Jego jarzmo jest słodkie, a brzemię lekkie, bo jest miłością, wywyższoną ponad niebiosa.
Jeśli mamy przed sobą tylko nasz grzech, to ogarnia nas rozpacz. Ale jeżeli widzimy, że On jest potężniejszy niż nasza słabość, to wtedy powraca nadzieja.

 

21 grudnia
Gdy Bóg Abrahamowi uczynił obietnicę nie mając nikogo większego, na kogo mógłby przysiąc, przysięgał na samego siebie, mówiąc: Zaiste, hojnie cię pobłogosławię i ponad miarę rozmnożę. A ponieważ tak cierpliwie oczekiwał, otrzymał to, co było obiecane. (…) Dlatego Bóg, pragnąc okazać ponad wszelką miarę dziedzicom obietnicy niezmienność swego postanowienia, wzmocnił je przysięgą, abyśmy przez dwie rzeczy niezmienne, co do których niemożliwe jest, by skłamał Bóg, mieli trwałą pociechę, my, którzyśmy się uciekli do uchwycenia zaofiarowanej nadziei. Trzymajmy się jej jako bezpiecznej i silnej kotwicy duszy, [kotwicy], która przenika poza zasłonę, gdzie Jezus poprzednik wszedł za nas, stawszy się arcykapłanem na wieki na wzór Melchizedeka. (Hbr 6,13-20)

Kiedy czytam historię Abrahama, o tym, jak bardzo pragnął mieć syna i jak uwierzył, kiedy Bóg poprzysiągł mu uroczyście, że rozmnoży jego potomstwo jak gwiazdy na niebie, to czy odnajduję w tej historii siebie? Czy myślę wtedy o największym pragnieniu mego serca, które ufnie złożyłem przed moim Panem, wierząc, że mnie wysłucha? Że nadzieja, którą w Nim pokładam, jest bezpieczną i silną kotwicą dla mojej duszy.
Pragnienie posiadania potomstwa dla Abrahama stało się początkiem jego relacji z Bogiem, przyjaźni z Nim, punktem wyjścia od siebie i pójścia za Bogiem – dla siebie, po to, by odkryć pełnię swojego człowieczeństwa w Nim. Abraham uwierzył Bogu tak bardzo, że, po wielu latach bliskiego przebywania z Nim nie zawahał się oddać Mu swojego największego pragnienia – na górze Moria.
Moje pragnienie też może stać się punktem wyjścia do odkrywania Boga, do tego, by moje pragnienie – które pewnie jest ograniczone, bo dotyczy tylko tego, co jest śmiertelne i ma gdzieś swój koniec – przekształciło się w pragnienie czegoś o wiele większego, pragnienie Boga i wieczności z Nim. Jeśli uwierzę Bożej obietnicy, przysiędze, którą złożył dziedzicom swojej obietnicy – a ja jestem jednym z nich – to pragnienie mojego serca może przeniknąć przez zasłonę, która odgradza to, co ludzkie i śmiertelne, od tego co Boże i odwieczne.
Bóg obdarza tych, którzy Mu wierzą, czymś o wiele większym niż tylko tym, o co Go proszą. On człowieka obdarza sobą samym. Samego siebie mi daje, i to bardzo realnie i fizycznie. Kiedy widzę przed sobą niemowlę, to w naturalnym odruchu chcę zaraz wziąć je na ręce i przytulić do siebie. A On, stając się dzieckiem, czy nie takie pragnienie właśnie wyraża: bym Go do siebie przytulił? Bym do Niego przylgnął.

 

20 grudnia
Z głośnym wołaniem i płaczem za dni ciała swego zanosił On gorące prośby i błagania do Tego, który mógł Go wybawić od śmierci, i został wysłuchany dzięki swej uległości. A chociaż był Synem, nauczył się posłuszeństwa przez to, co wycierpiał. A gdy wszystko wykonał, stał się sprawcą zbawienia wiecznego dla wszystkich, którzy Go słuchają, nazwany przez Boga kapłanem na wzór Melchizedeka. (Hbr 5,7-10)

Chrystus cierpiał – za nas i dla nas. Stał się sprawcą zbawienia wiecznego dla wszystkich, którzy Go słuchają. Czy mógł zrezygnować z cierpienia i śmierci? Czy mógł się nas wyrzec? Musiałby najpierw samego siebie się wyrzec, skoro jesteśmy Jego, a On do końca nas umiłował (J 13,1).
A ja? Czy mógłbym się wyrzec Chrystusa? Kiedy przyjdą cierpienia, niezrozumienie, oskarżenia, kiedy moja wiara w Niego będzie mnie dużo kosztować. Czy mógłbym się Go wyrzec? Nie wtedy, jeśli Chrystus jest częścią mego życia. Jeśli to, kim jestem, jeśli moja prawdziwość nie jest pełna – bez Jezusa. Jeśli On jest wyjaśnieniem sensu mojego istnienia. Jeśli w Nim, z Nim i przez Niego jestem wolny.
Nie mogę się wyrzec siebie. I Chrystusa nie mogę się wyrzec, jeśli On mnie przenika. Jeśli nie potrafię rozgraniczyć, że tutaj to ja, a tam to On.
Nie muszę być doskonały. Nie w tym przejawia się moja świętość, że nie popełniam żadnych błędów. Jestem święty przez to, że On, który został wysłuchany dzięki swej uległości i nauczył się posłuszeństwa przez to, co wycierpiał, jest święty we mnie. Im więcej Chrystusa we mnie, tym świętszy ja jestem. Ot, i tyle.

 

19 grudnia
Mając więc arcykapłana wielkiego, który przeszedł przez niebiosa, Jezusa, Syna Bożego, trwajmy mocno w wyznawaniu wiary. Nie takiego bowiem mamy arcykapłana, który by nie mógł współczuć naszym słabościom, lecz doświadczonego we wszystkim na nasze podobieństwo, z wyjątkiem grzechu. Przybliżmy się więc z ufnością do tronu łaski, abyśmy otrzymali miłosierdzie i znaleźli łaskę dla [uzyskania] pomocy w stosownej chwili.[Hbr 4,14-16]

Kiedy nasza wiara jest zagrożona? Czasami najbardziej wtedy, kiedy przygniatają nas nasze własne słabości. Tracimy wiarę, kiedy wydaje nam się, że wszystko robimy nie tak, że ciągle popełniamy te same błędy, że mimo wysiłków wciąż „nie czynimy dobra, którego chcemy, ale czynimy to zło, którego nie chcemy” (Rz 7,19). Wtedy już tylko krok do tego, żeby zwątpić, stracić wiarę, że Boże miłosierdzie jest ponad to. I że pokonuje moje słabości, które dla mnie samego wydają się być nieprzezwyciężalne.
A przecież Jezus pozwolił się doświadczyć we wszystkim na nasze podobieństwo właśnie po to, by móc współczuć naszym słabościom. I o jedno nas prosi: „Nie bój się, wierz tylko!” (Mk 5,36). I to wtedy właśnie nam każe wierzyć, kiedy doświadczamy najdotkliwszej straty, jak Jair, któremu wydawało się, że jego córka umarła.
Kiedy czytamy Ewangelię, to widzimy, kto przychodził do Jezusa – z wiarą, i kto doświadczał cudownej mocy Jego miłosierdzia: chromi, niewidomi, trędowaci, żebracy, cudzołożnice. Wszyscy chorzy i nieszczęśliwi, którzy zwracali się o pomoc do Syna Bożego, otrzymywali łaskę i pocieszenie. Tylko bogaty młodzieniec odszedł od Niego zasmucony (Mk 10,22) – może bardziej wierzył we własne siły niż w potęgę Chrystusa, doświadczonego we wszystkim na nasze podobieństwo oprócz grzechu.
Kiedy my przyjdziemy, już niedługo, do Nowonarodzonego, to oby nasza wiara była na pierwszym miejscu przed naszymi słabościami!

 

18 grudnia
Żywe bowiem jest słowo Boże, skuteczne i ostrzejsze niż wszelki miecz obosieczny, przenikające aż do rozdzielenia duszy i ducha, stawów i szpiku, zdolne osądzić pragnienia i myśli serca. Nie ma stworzenia, które by było przed Nim niewidzialne, przeciwnie, wszystko odkryte i odsłonięte jest przed oczami Tego, któremu musimy zdać rachunek. (Hbr 4,12-13)

Może największe niebezpieczeństwo jest wtedy, kiedy wydaje nam się, że Słowo Boże nie jest częścią naszego życia. Że jest od nas oddzielone, oddalone. Że nie dotyka nas do głębi. Nie ma związku z tym, co nas w życiu spotyka.
A przecież Słowo było na początku i bez niego nie stało się nic, co się stało (J 1,2-3). Życie jest w Słowie i Słowo Boga jest żywe.
Ja też żyję, jestem żywy, we mnie jest życie. W czym się przejawia to, że żyję? W moim duchu i duszy, w moich stawach i szpiku, w moich pragnieniach i myślach serca. A Słowo Boże przenika to wszystko, co we mnie jest żywe.
Nie mogę oddzielić się od Boga i Jego Słowa, bo nie ma stworzenia, które by przed Nim nie było widzialne. Ja też jestem Jego stworzeniem – On sam mnie stworzył i dał mi życie. I mnie przenika swoim Słowem. Jestem odkryty i odsłonięty przed Jego oczami.
I taki przychodzę do betlejemskiej groty: przeniknięty Słowem Boga i odkryty przed Jego oczami.

 

17 grudnia
Lękajmy się przeto, gdy jeszcze trwa obietnica wejścia do Jego odpoczynku, aby ktoś z was nie mniemał, iż jest jej pozbawiony. (Hbr 4,1)

Czego tak naprawdę powinniśmy się lękać? Z tych wszystkich strachów, które nas nękają, ze wszystkich powodów do zmartwień, do nerwów, do ciągłego przejmowania się, co jest naprawdę ważne? Powinniśmy się obawiać tego, żebyśmy z jakiegoś powodu nie doszli do przekonania, że jesteśmy wykluczeniu poza nawias obietnicy wejścia do Bożego odpoczynku. Że zbawienie, które Jezus Chrystus nabył dla wszystkich ludzi swoją krwią i darmo je dał, nie obejmuje nas. Że zostaliśmy pozbawieni nadziei. Że nas to na pewno Bóg chce zgubić, wydać na zatracenie, porzucić na środku pustyni. Tak myśleli Hebrajczycy podążający za Mojżeszem i z powodu swojej niewiary rzeczywiście nie weszli do Ziemi Świętej.
Przed tym jednym powinniśmy się wystrzegać: przed myśleniem, że Bóg nas opuścił, że nie dotrzyma danej nam obietnicy. Jeśli coś powinno napawać nas lękiem, to tylko nasz brak wiary w Niego, nasza upadająca nadzieja, nasza miłość słabnąca w wyniku przeciwności (Mt 24,12).
Będą kolejne upadki, kolejne słabości, kolejne cierpienia, kolejne trudności. Będą dobre i złe dni. Będzie radość i będzie smutek. Będzie zadowolenie z sukcesu i poczucie klęski. Ale to wszystko przemija.
Jeśli czekamy naprawdę na Boże Narodzenie, to czekamy na przyjście tego, który jest wieczny, i który nas do swojej wieczności zaprasza. Moje Boże Narodzenie to moja wiara w to, że On mnie wypełnia życiem wiecznym. I szczęściem wiecznym.

 

16 grudnia
Uważajcie, bracia, aby nie było w kimś z was przewrotnego serca niewiary, której skutkiem jest odstąpienie od Boga żywego, lecz zachęcajcie się wzajemnie każdego dnia, póki trwa to, co „dziś” się zwie, aby żaden z was nie uległ zatwardziałości przez oszustwo grzechu. Jesteśmy bowiem uczestnikami Chrystusa, jeśli pierwotną nadzieję do końca zachowamy silną. (Hbr 3,12-14)

Niewiara jest przewrotna, a grzech jest oszustwem, które prowadzi do zatwardziałości. Grzesząc, ranimy naszego Ojca, który nas kocha, ranimy bliźnich, i to bywa, że tych, którzy nas najmocniej kochają. Ale też zatwardzamy nasze serce. Z każdym grzechem coraz bardziej. Budujemy wokół siebie coraz wyższy mur, przez który nie przenika ani światło, ani słowo, ani miłość.
Co nas popycha do grzeszenia? Niewiara Bogu i brak nadziei. Dopóki Mu wierzymy, dopóki w Nim pokładamy nadzieję, to znajdujemy siłę, by przeciwstawiać się pokusom, by powstawać z upadków, by niezłomnie budować swoje człowieczeństwo, które nie potrzebuje murem odgradzać się od innych. Odgradzać się od Boga – mojego Boga, którego umiłowała moja dusza.
Wierząc i zachowując pierwotną nadzieję, będziemy pamiętać, że końcem każdej nocy jest zawsze poranek zmartwychwstania. Kiedy Jezus, przed swoją męką, zapowiada uczniom wojny, kataklizmy, prześladowania, mówi, że to jeszcze nie będzie koniec. Koniec nastąpi dopiero wtedy, kiedy Ewangelia o królestwie zostanie rozgłoszona po całej ziemi. A kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony. (Mk 24,13-14)

 

15 grudnia
Dlatego [postępujcie], jak mówi Duch Święty: 
Dziś, jeśli głos Jego usłyszycie, 
nie zatwardzajcie serc waszych jak w buncie, 
jak w dzień kuszenia na pustyni, 
gdzie kusili Mię ojcowie wasi przez wystawianie na próbę, 
chociaż widzieli dzieła moje przez czterdzieści lat.
(Hbr 3,7-9)

Dlaczego autor listu do Hebrajczyków wspomina wydarzenia, które miały miejsce wiele setek lat wcześniej? Co mają wspólnego Izraelici buntujący się przeciw Bogu na pustyni z pierwszymi chrześcijanami? I  co ta historia ma z nami wspólnego?
Izraelici szemrali na pustyni, ponieważ stracili wiarę w to, że Bóg ich prowadzi do ziemi obiecanej, do życia w obfitości, do pełnej wolności. Myśleli, że skoro nie mają wody do pica, to znaczy, że Pan się od nich odwrócił i pozwoli, żeby poumierali na pustyni z pragnienia.
A przecież Bóg jest wierny samemu sobie. Skoro obiecał, to tak się stanie: Bóg raz powiedział, dwakroć to słyszałem (Ps 62,12). I nasza niewiara rani Go bardziej niż cokolwiek innego.

Kiedy Bóg wyprowadza na pustynię, to nie po to, żeby człowieka zgubić, ale by go przygotować do tego, by był zdolny przyjąć nowe życie, w prawdzie, wolności i obfitości. Bóg na pustyni mówi prosto do serca człowieka. Obyśmy słuchali Jego głosu, kiedy zacznie do nas przemawiać. Obyśmy nie tracili wiary mimo przeciwności. Obyśmy nigdy nie zwątpili w to, że Bóg nas prowadzi tam, dokąd obiecał, do ziemi obiecanej, do Jego domu, w którym jest mieszkań wiele. Obyśmy nie zatwardzali naszych serc.

 

14 grudnia
Toteż musiał we wszystkim upodobnić się do braci, aby stać się miłosiernym, a zarazem wiarygodnym wobec Boga najwyższym kapłanem, który zgładzi grzechy ludu. Skoro bowiem sam doświadczył pokusy, potrafi przyjść z pomocą kuszonym! (Hbr 2,17-18)

Kiedy spojrzymy na obraz Jezusa Miłosiernego, to widzimy na nim Człowieka z krwi i kości. Bóg stworzył człowieka na swój obraz i podobieństwo, a potem sam stał się podobnym do nas we wszystkim oprócz grzechu. Aby stać się miłosiernym wobec nas.
Skoro Jezus we wszystkim upodobnił się do nas, to też doświadczał tego samego, z czym i my zmagamy się na co dzień. Doświadczał też pokus (por. Mt 4,1-11).
A jeśli siła pokusy jest proporcjonalna do siły ducha osoby, która jest kuszona, to Jezus na pustyni naprawdę miał z czym walczyć! Z własnego doświadczenia wiemy, że pokusa ustępuje wtedy, kiedy się jej poddajemy. A jeśli próbujemy z nią walczyć, to tylko się potęguje.
W jaki więc sposób Syn Boży, który na własnej skórze doświadczył kuszenia przez diabła, przychodzi nam z pomocą, kiedy i nas dopada pokusa, której trudno nam się oprzeć? Jezus, kiedy po czterdziestodniowym poście staje oko w oko z kusicielem, nie polega na własnej sile, ale swoją moc czerpie ze Słowa Bożego. Na każdą prowokację złego ducha odpowiada: „Napisane jest…”.
Diabeł może walczyć ze słabą ludzką wolą, ale nie jest w stanie pokonać Bożego Słowa. I na nim my też musimy się opierać, kiedy przyjdzie dla nas czas próby: na słowie samego Boga, było na początku u Boga i bez którego nie stało się nic, co się stało. W tym Słowie jest życie, a życie jest naszą światłością, która świeci w ciemności i ciemność jej nie ogarnia (J 1,1-5).

 

13 grudnia
Ponieważ zaś dzieci uczestniczą we krwi i ciele, dlatego i On także bez żadnej różnicy stał się ich uczestnikiem, aby przez śmierć pokonać tego, który dzierżył władzę nad śmiercią, to jest diabła, i aby uwolnić tych wszystkich, którzy całe życie przez bojaźń śmierci podlegli byli niewoli. Zaiste bowiem nie aniołów przygarnia, ale przygarnia potomstwo Abrahamowe. (Hbr 2,4-16)

Człowiek boi się – boi się cierpienia, straty. Odrzucenia, niezrozumienia. Pogardy. Śmierci się boi, czasem panicznie. A każdy lęk zniewala. Obciąża i przygniata do ziemi. Pochodzi od złego ducha, który jest zazdrosny i nie chce, by piękno człowieka, który jest obrazem Boga i Jego podobieństwem, mogło się rozwinąć i zabłysnąć. Dlatego podsyca naszą wyobraźnię różnymi strachami, by nas odciągnąć od życia w obfitości, które daje nam Syn Boży (J 10,10), by odwrócić naszą odwagę od radości, która jest pełna (J 15,11).
Jezus, zapowiadając swoje powtórne przyjście, przestrzega uczniów: „Uważajcie na siebie, aby wasze serca nie były ociężałe wskutek obżarstwa, pijaństwa i trosk doczesnych” (Łk 21,34). I właśnie – troski doczesne stawia na równi z obżarstwem i pijaństwem. Troski doczesne, czyli wszystko to, co we mnie powoduje obawy, niepokój, lęk.
W Adwencie dosyć łatwo jest zrobić sobie post od smakołyków czy od alkoholu. Ale post od trosk doczesnych? Post od strachu? Od zamartwiania się? To dużo trudniejsze!
Dlatego Bóg staje się uczestnikiem, bez żadnej różnicy, ludzkiego życia, po to, by nas przez swoją śmierć uwolnić z niewoli śmierci, ale też z niewoli strachu. I przygarnąć nas do siebie.

 

12 grudnia
Oznajmię imię Twoje braciom moim, 
pośrodku zgromadzenia będę Cię wychwalał. 
I znowu: 
Ufność w Nim pokładać będę. 
I znowu: 
Oto Ja i dzieci moje, które Mi dał Bóg. 
(Hbr 2,12-13)

Bóg jest wierny samemu sobie. Jest Tym, który Był, który Jest, i który Przychodzi, ten sam teraz i na wieki. I odwieczną miłością ukochał człowieka, i wciąż go do siebie pociąga, do wielkiej bliskości z Nim.
Chrystus nazywa nas swymi braćmi. On nas do tego powołuje – byśmy byli Jego braćmi. Przychodzi na ziemię, żeby człowiek mógł doświadczyć jeszcze większej, jeszcze ściślejszej jedności z Nim. Pozwala siebie odkrywać i poznawać tak, jak jeszcze nigdy wcześniej Bóg nie był poznany.
Wcześniej Bóg przebywał w Jerozolimie, w miejscu świętym świętych w świątyni, oddzielonym zasłoną, do którego nie było wolno wejść. A teraz On sam wychodzi poza tę zasłonę, opuszcza miejsce najświętsze, najbardziej czczone w całej Ziemi Świętej, by być blisko nas.
W Księdze Rodzaju czytamy opowieść o dwunastu synach Jakuba. Kiedy Józef, sprzedany przez braci w niewolę egipską, po latach spotyka tych, którzy go zdradzili, mówi im tak: „Nie wyście mnie tu posłali [do Egiptu], lecz Bóg” (Rdz 45,8). Ponad tysiąc lat później Syn Boży mówi do swoich uczniów: „Nie wyście Mnie wybrali, ale Ja was wybrałem” (J 15,16). Nie wyście mnie, ale Bóg. Nie wyście Mnie, ale Ja was.
Nic się nie zmieniło przez tamte wieki, ani przez kolejne tysiąclecia – aż do dziś. Bóg jest wierny samemu sobie. Nie przestaje kochać człowieka. I nie przestaje go wybierać – każdego z nas z osobna, byśmy stali się Mu braćmi. To On nas podtrzymuje. Modląc się w wieczerniku, Jezus wstawia się do Ojca za swoimi uczniami, mówiąc: „ustrzegłem ich, a nikt z nich nie zginął” (J 17,12).
Ciebie też strzeże, i nie chce, byś zginął.

 

11 grudnia
Widzimy natomiast Jezusa, który mało od aniołów był pomniejszony, chwałą i czcią ukoronowanego za cierpienia śmierci, iż z łaski Bożej za wszystkich zaznał śmierci. Przystało bowiem Temu, dla którego wszystko i przez którego wszystko, który wielu synów do chwały doprowadza, aby przewodnika ich zbawienia udoskonalił przez cierpienie. Tak bowiem Ten, który uświęca, jak ci, którzy mają być uświęceni, z jednego [są] wszyscy. (Hbr 2,9-11)

Kiedy rozważamy narodzenie Jezusa w Betlejem, nie możemy zapominać o przyczynie, dla której Syn Boży przyszedł na świat. Nie możemy świętować Bożego Narodzenia w oderwaniu od Świąt Paschalnych.
Przychodząc do żłóbka, widzimy w nim Jezusa chwałą i czcią ukoronowanego za cierpienia śmierci. To nie jest Dzieciątko, nad którym moglibyśmy się roztkliwiać, żeby się wprowadzić w dobroduszny nastrój, ale Król mocny i potężny, który z łaski Bożej za wszystkich doznał śmierci.
Trzeba uważać, żeby nie nadużywać Bożego Narodzenia do własnych celów. Przypomnijmy sobie dorosłego już Jezusa, jak pełen gniewu wyrzuca ze świątyni kupców. Sporządził sobie bicz ze sznurków, porozrzucał monety i powywracał stoły ( J2,15). Równie dobrze mógłby to samo zrobić i dzisiaj, bo skoro On się rodzi, to przychodzi do swojego domu. Miejsce, w którym przebywa Dzieciątko Jezus jest świątynią Boga, wypełnioną Bożą obecnością. Gdyż On jest święty, udoskonalony przez cierpienie. A przyszedł po to, aby nas uświęcić, bo jedno z Nim jesteśmy.
Jeśli przychodzimy do żłóbka, to zbliżamy się do Tego, który narodził się po to, by nas – swoją męką – uświęcić. Boże Narodzenie jest więc dla nas zapowiedzią naszej świętości. Do tego jesteśmy powołani, do uświęcenia.

 

10 grudnia
Nie aniołom bowiem poddał przyszły świat, o którym mówimy. Ktoś to na pewnym miejscu stwierdził uroczyście, mówiąc: 
Czym jest człowiek, że pamiętasz o nim, 
albo syn człowieczy, że się troszczysz o niego; 
mało co mniejszym uczyniłeś go od aniołów, 
chwałą i czcią go uwieńczyłeś.
Wszystko poddałeś pod jego stopy
. (Hbr 2,5-8)

Pan Bóg ma w swoim niebie aniołów, istoty doskonałe i bezgrzeszne, które nieustannie oddają Mu hołd. Czym więc jest człowiek, który rani Bożą miłość, że On ciągle o nim pamięta, i troszczy się o niego. Nie troszczy się o aniołów, którzy są Mu posłuszni, ale o człowieka, który ma wolną wolę do tego, by Bogu okazywać nieposłuszeństwo, i chętnie z tej swojej swobody korzysta.
Nas przecież też mógł stworzyć aniołami. A jednak stworzył nas ludźmi. I długo nie musiał czekać na skutki swojej decyzji…
Mimo to Bóg nas wieńczy chwałą i czcią. W swoim Synu. Przez to, że Jego Syn przyjął ludzkie ciało, każdy inny człowiek został uczyniony godnym Jego godności.
Jezus często mówił o sobie: Syn Człowieczy. Dlaczego tak bardzo to podkreślał?
Kiedy Piłat pytał Jezusa w Pretorium, czy jest Królem Żydowskim, Chrystus odpowiada mu, że jest Królem – ale nie dodaje, że Królem Żydów, tylko Królem prawdy, a każdy, kto jest z prawdy, słucha Jego głosu (J 18,33-37).
Król jest wyższy od swoich poddanych, ważniejszy od nich, ma nad nimi władzę. Ale królestwo Jezusa nie jest stąd – Jego słudzy nie biją się o Niego, bo On nie ma sług. Skoro jest Synem Człowieczym, to my jesteśmy Jego braćmi. Nie Jego poddanymi. Syn Człowieczy nie przyszedł na świat po to, aby Mu służono, ale aby służyć. I dać życie na okup za wielu (Mt 20,28). Na okup, to znaczy na to, byśmy mieli udział w Jego czci i chwale. Gdyż możemy nazywać siebie braćmi Syna Człowieczego.

 

9 grudnia
Dlatego jest konieczne, abyśmy z jak największą pilnością zwracali uwagę na to, cośmy słyszeli, abyśmy przypadkiem nie zeszli na bezdroża. Jeśli bowiem objawiona przez aniołów mowa była mocna, a wszelkie przekroczenie i nieposłuszeństwo otrzymało słuszną zapłatę, jakże my unikniemy [kary], jeśli nie będziemy się troszczyć o tak wielkie zbawienie? Było ono głoszone na początku przez Pana, a umocnione u nas przez tych, którzy je słyszeli. Bóg zaś uwierzytelnił je cudami, znakami przedziwnymi, różnorakimi mocami i udzielaniem Ducha Świętego według swej woli. (Hbr 2,1-4)

Zbawienie zostało nam dane – zostało ono ogłoszone przez Chrystusa i uwierzytelnione przez Boga. My sami siebie nie bylibyśmy w stanie zbawić. Jednak naszym zadaniem jest troszczyć się o zbawienie, które otrzymaliśmy. Co to znaczy?
Jeśli mam przyjaciela, osobę bliską memu sercu, którą kocham, to ona mi zawsze towarzyszy, we wszystkim, czym się zajmuję i wszędzie, gdzie się znajduję. Zawsze jest obecna w moich myślach, w moim sercu, zawsze otaczam ją swoją troską. Dlatego, że tę osobę kocham, jest dla mnie ważna, zależy mi na niej, zajmuje istotne miejsce w moim życiu.
I tak samo jest z Chrystusem, który obdarza mnie zbawieniem. On pragnie być dla mnie ważny, pragnie, żeby mi na Nim zależało, pragnie zajmować istotne miejsce w moim sercu.
Co z tego, że otrzymałem zbawienie, jeśli ono jest dla mnie całkowicie obojętne? Albo jeśli odkładam myślenie o nim na później, kiedy będę już stary i przyjdzie pora „szykować się na tamten świat”.
Zbawienie już zostało mi dane, już zostało ogłoszone i uwierzytelnione, i może już teraz realizować się w moim życiu, nie czekając na śmierć. Jeśli stanie się ono ważną częścią mojego życia, jeśli będę otaczać je troską, nosić je w swoim sercu – to ono zacznie przemieniać moje istnienie, już tu i teraz. I królestwo Boże zacznie stawać się we mnie. Rozrastać, jak ziarnko gorczycy wrzucone w ziemię, jak zakwas dodany do mąki. I doświadczę pełnej i prawdziwej radości, którą Jezus obiecał w wieczerniku swoim uczniom, już tu na ziemi, nie czekając na śmierć.

 

8 grudnia
Do któregoż z aniołów kiedykolwiek powiedział:
Siądź po mojej prawicy, 
aż położę nieprzyjaciół Twoich jako podnóżek Twoich stóp. 
Czyż nie są oni wszyscy duchami przeznaczonymi do usług, posłanymi na pomoc tym, którzy mają posiąść zbawienie?
(Hbr 1,13-14)

Jezus, umierając na krzyżu, zawołał: „Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mego” (Łk 23,46). Przez cały czas trwania Jego ziemskiej misji Syn Boży pozostawał w jedności z Ojcem, całkowicie posłuszny Jego woli. I dlatego Bóg podniósł Go z martwych. Jezus pokonał śmierć i grzech, bo Jego Ojciec położył nieprzyjaciół pod Jego stopy.
Wolą Bożą względem nas jest, byśmy mieli udział w zbawieniu, które On nam dał. Czyli Jego wolą jest, byśmy się uświęcali: jeśli walczymy z naszymi grzechami, to wtedy właśnie pełnimy Jego wolę. Ale nie jesteśmy w stanie czynić tego w pojedynkę.
Jeśli wydaje się nam, że kontrolujemy jakiś nasz nałóg czy inną niebezpieczną słabość, że możemy sami sobie z nią poradzić, to jest z nami naprawdę źle: „Jeżeli mówimy, że mamy z Nim współuczestnictwo, a chodzimy w ciemności, kłamiemy i nie postępujemy zgodnie z prawdą” (1J 1,6).
Kiedy jednak mamy świadomość, że własnymi siłami nie damy rady pokonać grzechu, to wtedy dajemy Bogu pole do działania: „Jeżeli zaś chodzimy w światłości, tak jak On sam trwa w światłości, wtedy mamy jedni z drugimi współuczestnictwo, a krew Jezusa, Syna Jego, oczyszcza nas z wszelkiego grzechu” (1J 1,7). To krew Syna Bożego oczyszcza nas z grzechu, jeśli wołamy do Niego: „Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną” (Mk 10,47).
Każdy, kto zmagał się kiedyś z jakimś uciążliwym „ościeniem” (2 Kor 12,7), ten wie, jak trudna i nierówna jest to walka. Chociażby uczucie zazdrości: jak wiele zła może ono uczynić w człowieku, jak bardzo go spustoszyć, a jednak jak trudno się z niego wyzwolić – o własnych siłach. Ale Jezus mówi zawsze w takich sytuacjach: „Wystarczy ci mojej łaski” (2 Kor 12,9).
Jeśli o nią prosimy, o tę Jego łaskę, to damy radę, nawet kiedy przyjdzie nam stanąć pod krzyżem i cierpieć – jak Maryja pod krzyżem swojego Syna. Ona nie była sama, była zjednoczona z Synem, a On z Bogiem, swoim Ojcem. Dlatego wytrwała. I my wytrwamy, bo Jego krew oczyszcza nas a z grzechów i mamy z Nim posiąść zbawienie.

 

7 grudnia
Tyś, Panie, na początku osadził ziemię, 
dziełem też rąk Twoich są niebiosa. 
One przeminą, ale Ty zostaniesz 
i wszystko jak szata się zestarzeje, 
i jak płaszcz je zwiniesz, 
jak odzienie, i odmienią się. 
Ty zaś jesteś Ten sam, a Twoje lata się nie skończą. 
(Hbr 1,10-12)

Łatwo jest myśleć: Bóg jest odwieczny, niezmienny i nieskończony. Ale trudniej, kiedy tę prawdę trzeba zaakceptować i przyłożyć do własnego życia. Kiedy na przykład kończy się jakiś jego etap. Kiedy coś, co mi dawało radość i zdawało się być sensem mojego istnienia, nagle „zwija się jak płaszcz”. Kiedy coś, na czym swoje życie budowałem, okazuje się nie być skałą, ale piaskiem.
I wtedy trzeba nie dopuścić do siebie rozpaczy. Nie myśleć, że to koniec, że już nic pięknego w życiu mnie nie czeka, że nigdy się z moją stratą nie pogodzę. Że to nie krok do przepaści, ale wręcz przeciwnie – krok wyżej, bliżej Boga. Że On naprawdę jest zawsze ten sam, i że ja w Nim trwam wiecznie; choć moje życie ciągle się odmienia, to się nie kończy.
A jednak nie jest wcale łatwo nie trzymać się kurczowo tego, do czego się przywiązałem. Kiedy nie wiem, co mnie czeka, to muszę zawierzyć Bogu na słowo, że jest to coś tak pięknego, że nie potrafię sobie tego teraz nawet wyobrazić.
Kiedy ktoś wspina się na górę, to dopóki nie wejdzie na jej szczyt, nie wie, co stamtąd zobaczy. Ale jeśli już się wcześniej było w górach, to się wie, że widok ze szczytu na pewno będzie cudowny. Po to ludzie się wspinają: dla zachwycających widoków, których nie ma nigdzie indziej.
I tak samo jest z zaufaniem Bogu: nie wiesz, co cię czeka na szczycie góry, ale wiesz, że to, co On dla ciebie tam przygotował, na pewno jest przecudowne. Choć droga wydaje się trudna. Chociażby jak droga Abrahama na górę Moria. Rozsądek mógł mu podpowiadać, że powinien wziąć swego syna i uciekać z nim jak najdalej, ale jednak uwierzył Bogu. I się nie zawiódł. A jego wiara została mu poczytana za zasługę, i stał się ojcem wielu narodów.
Bóg jest ten sam i Jego lata się nie kończą. I tylko w Nim ja mogę mieć udział w wieczności.

 

6 grudnia
Tron Twój, Boże na wieki wieków, 
berło sprawiedliwości berłem królestwa Twego. 
Umiłowałeś sprawiedliwość, a znienawidziłeś nieprawość, 
dlatego namaścił Cię, Boże, Bóg Twój 
olejkiem radości bardziej niż Twych towarzyszy.
(Hbr 1,8-9)

Bóg jest światłością i nie ma w Nim żadnej ciemności (1J 1,5). Pan jest sprawiedliwy i nie ma w Nim nieprawości (Ps 92,16). Dlatego, kiedy Syn Boży zaprasza człowieka, by za Nim poszedł, to w człowieku płonie serce (Łk 24,32), bo czuje, że On jest drogą, prawdą i życiem (J 14,6), i że to On ma słowa życia wiecznego (J 6,68).
I dlatego, jeśli ktoś posłyszy głos tego wołania, i otworzy przed Bogiem swoje serce, Bóg do niego wejdzie i będzie z nim wieczerzał, a on z Bogiem (Ap 3,20). I wtedy wypełni go Boża radość, i radość jego stanie się pełna (J 15,11).
Ale Jego głos może być trudny, może wydawać się niemożliwy do spełnienia. I wtedy serce płonie w jedną stronę, a rozsądek każe w drugą – „do Tarszisz”, jak Jonasz, czyli na koniec świata, daleko od Pana (Jon 1,1-3). Tyle, że tam nie ma radości. Na końcu takiej drogi jest żal i zgorzknienie, że aż dla człowieka lepsza wydaje się śmierć niż życie (Jon 4,3).
Syn Boży umiłował sprawiedliwość, a znienawidził nieprawość. I człowieka też prowadzi drogą sprawiedliwości. A sprawiedliwość prowadzi do pokoju, a pokój do radości, a radość do poznania Boga, a poznanie Boga do szczęścia wiecznego. Do życia w obfitości.

 

5 grudnia
Skoro zaś znowu wprowadzi Pierworodnego na świat, powie: 
Niech Mu oddają pokłon wszyscy aniołowie Boży!
(Hbr 1,6)

Moje spotkanie z Chrystusem, twarzą w twarz, jest nieuchronne. Zdarzy się prędzej czy później, w godzinę mojej śmierci lub w ostatecznej godzinie czasu. Kiedy przed Nim stanę, kiedy On przede mną stanie, to co Mu powiem? Kiedy już nic nie będę mógł przed Nim ukryć?
Czy powiem: Panie, Ty wszystko wiesz – Ty wszystko o mnie wiesz, Ty wiesz, że Cię miłuję. (J 21,17)
Czy może: Oto Twoja mina zawinięta w chustce, lękałem się Ciebie całe moje życie. (Łk 19,20-21)
Kiedy Go ujrzę, w blasku Jego odwiecznej chwały, czy rozraduje się moje serce i oddam Mu pokłon razem z aniołami? Nie ze strachu przed Jego nieskończonym majestatem, nie z obawy przed Jego sądem, ale dlatego, że umiłowała Go moja dusza i z utęsknieniem czekałem na to spotkanie.
Kiedy mam świadomość własnej słabości, kolejnych upadków, kiedy mam chęć się poddać, wycofać, to czy mimo to nadal czekam na Jego przyjście? Czy wierzę niezłomnie w Jego miłosierdzie dla mnie? Niewidomy Bartymeusz, wołając za Jezusem: ulituj się nade mną, Synu Dawida, (Łk 18,38), przede wszystkim wierzył, że Jezus MOŻE go uzdrowić. Czy ja też w to wierzę, że mnie też MOŻE uzdrowić, i że ja też oddam Mu pokłon, kiedy przyjdzie, i będę Go uwielbiać?

 

Wtorek, 4 grudnia
Do którego bowiem z aniołów powiedział kiedykolwiek: 
Ty jesteś moim Synem, 
Jam Cię dziś zrodził?
I znowu: 
Ja będę Mu Ojcem, 
a On będzie Mi Synem. 
(Hbr 1,5)

Bóg, stwarzając świat, dokonał podziału: oddzielił światłość od ciemności, wody pod sklepieniem od wód ponad sklepieniem, ziemię od morza. W tym podzielonym świecie stworzył człowieka. Człowiek w swoim sercu nosi odwieczną tęsknotę za Bogiem, swoim Stwórcą. Nosi pragnienie, by do Niego powrócić, by na nowo zjednoczyć się z Miłością, która go powołała do istnienia.
Pośrodku tajemnicy miłości Boga do człowieka i człowieka do Boga stoi Boży Syn. Bóg zrodził Syna i jest Mu Ojcem. Syn Boży na nowo wszystko w sobie jednoczy, to, co na ziemi, i to, co w niebie (Ef 1,10). W swoim Synu Bóg wybrał nas przed założeniem świata, byśmy „byli święci i nieskalani przed jego obliczem” (Ef 1,4).
Kiedy Bóg dokonywał podziału, żeby stworzyć świat, to nie oddzielił całkowicie. To, co zostało podzielone, pozostało nadal zjednoczone w Jego Synu. Grzech, którym człowiek ostatecznie sam oddzielił się od Boga, i śmierć, która jest skutkiem grzechu, zostały pokonane przez Bożego Syna, który w sobie wszystko jednoczy: ziemię z niebem i człowieka z Bogiem.
„Ty jesteś moim Synem, Jam Cię dziś zrodził”. To, co podzielone, jest zjednoczone w Chrystusie, i dlatego nie muszę niczego się lękać. Jestem wybrany i umiłowany. Każdy włos na mojej głowie jest policzony, a Pan czuwa nad każdym moim wyjściem i powrotem. Nie muszę niczego się lękać, bo Boży Syn mnie pociąga, do jedności z Nim.

 

3 grudnia
Wielokrotnie i na różne sposoby przemawiał niegdyś Bóg do ojców przez proroków, a w tych ostatecznych dniach przemówił do nas przez Syna. Jego to ustanowił dziedzicem wszystkich rzeczy, przez Niego też stworzył wszechświat. Ten [Syn], który jest odblaskiem Jego chwały i odbiciem Jego istoty, podtrzymuje wszystko słowem swej potęgi, a dokonawszy oczyszczenia z grzechów, zasiadł po prawicy Majestatu na wysokościach. On o tyle stał się wyższym od aniołów, o ile odziedziczył wyższe od nich imię. (Hbr 1,1-4)

Syn Boży jest odblaskiem chwały Boga, odbiciem Jego istoty. Swoją godnością przewyższa wszystkich – i najpotężniejszych z ludzi, i nawet aniołów. I oto Ten, który zasiada po prawicy Majestatu na wysokościach, przychodzi na ziemię, by stać się człowiekiem, takim jak inni.
Syn Boży, który jest dziedzicem wszystkich rzeczy i przez którego Bóg stworzył wszechświat, i który wszystko podtrzymuje słowem swej potęgi, ten Syn Boży, wszechmocny, Pantokrator, mieszka w moim sercu. Bo tego właśnie pragnie. Tak mnie umiłował.
Jeśli pomyślę, że Jezus rodzi się nie w jakiejś odległej grocie, nie gdzieś na zewnątrz, poza mną, ale najbliżej, w moim sercu, to przecież to wszystko zmienia! Boże Narodzenie ma się wydarzyć we mnie, nie wokół mnie. Tajemnicę narodzenia Syna Bożego mogę zrozumieć tylko w sobie. Jestem wolny, bo takim uczynił mnie Bóg. I w mojej wolności mogę przyjąć do siebie Jego Syna, wszechpotężnego, władcę całego świata. Lub zamknąć przed Nim drzwi.

 

2 grudnia
Panie, moje serce się nie pyszni 
i oczy moje nie są wyniosłe. 
Nie gonię za tym, co wielkie, 
albo co przerasta moje siły. 
Przeciwnie: wprowadziłem ład 
i spokój do mojej duszy. 
(Ps 131,1-2)
Jak niewiele trzeba, żeby do serca wprowadzić niepokój. Wystarczy jakiś jeden, i to irracjonalny lęk. Ot chociażby, że mi nie starczy pieniędzy do pierwszego. Zazwyczaj jakoś starcza, ale i tak, gdy środki na koncie szybko się kurczą, zaczynam się bać, obliczać, przewidywać. I się denerwuję. A jak się denerwuję, to zaczynam też złościć się na bliskich. Ich zachowanie mnie irytuje. Rozdrażniam się i krzyczę, często na wyrost, bez powodu, tylko dlatego, że nie potrafię zapanować nad lękiem, który już zdążył urosnąć do pokaźnych rozmiarów. I potem tego żałuję, czuję gniew – już na siebie, że znowu dałem się tak łatwo ponieść. Że nie powinienem. Że nie daję rady. I znowu jestem zdenerwowany. Spirala się nakręca.
W Adwencie bardzo ważne jest, żeby – jak mówi psalmista – wprowadzić ład i spokój do duszy. I żeby to uczynić świadomie, takie sobie robiąc postanowienie na cztery najbliższe tygodnie: będę codziennie, z rozmysłem, po trochu budować spokój serca. Bo na końcu Adwentu czeka mnie cicha noc, Syn Boży przyjdzie do mnie, w łagodnym powiewie, by wypełnić moje życie swoją radością, która jest ponad wszystko, i której nie ma końca.

Od czego więc zacznę? Od którego lęku? Która część mego życia najpilniej teraz  potrzebuje, bym w niej zaprowadził pokój?
W tym roku w rozważaniach adwentowych będzie nam towarzyszył List do Hebrajczyków. Księga ta przedstawia Chrystusa jako najwyższego Arcykapłana, który złożył za nas ofiarę doskonałą, raz i na zawsze. Będziemy więc w tym czasie adorować Syna Bożego, naszego Zbawiciela i Odkupiciela. Który na świat przychodzi, z szalonej miłości – do nas wszystkich.

Joanna Czech

Zobacz

 

Słówko na dziś

j. grecki
γλῶσσα język (glossa)

j. hebrajski
hn"[' odpowiadać (ana)

 

Artykuły

» więcej artykułów

Szkoła Biblijna Archidiecezji Gdańskiej

Zajęcia we wtorki:
Gdańskie Archidiecezjalne Kolegium Teologiczne (aula)
ul. Armii Krajowej 46
81-365 Gdynia

Zajęcia w środy:
Wydział filologiczno-historyczny Uniwersytetu Gdańskiego (aula)
ul. Wita Stwosza 55
80-952 Gdańsk

Telefon

+48 507 923 209

E-mail

kontakt@szkolabiblijna.gda.pl

Numer konta:

SANTANDER
17 1090 1102 0000 0001 3465 7428

W tytule przelewu prosimy podać:
Imię i nazwisko z dopiskiem Szkoła Biblijna
Koszt: 120 zł / semestr

Używamy plików cookies Ta witryna korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności i plików Cookies .
Korzystanie z niniejszej witryny internetowej bez zmiany ustawień jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików Cookies. Zrozumiałem i akceptuję.
62 0.1701807975769