TWOJA SZKOŁA BIBLIJNA

Dla zainteresowanych Pismem Świętym

10 kwietnia 2019

Piątkowe zamyślenia

Gotowe jest serce moje

Serce moje jest mocne, Boże, 
mocne serce moje; 
zaśpiewam i zagram. 
Zbudź się, duszo moja, 
zbudź, harfo i cytro! 
Chcę obudzić jutrzenkę. 
(Ps 57,8-9)

Kto był najbliżej Jezusa w Jego cierpieniu, w Jego sponiewieraniu, wtedy, kiedy był najbardziej pognębiony i najsłabszy? Uczniowie uciekli przecież już z Getsemani. Przy Jezusie, do końca Jego męki, najbliżej byli – Jego prześladowcy. Jeśli zgodzimy się – a musimy się zgodzić – że nic, żaden szczegół, w czasie Jezusowej męki nie był przypadkowy, ale zaplanowany i przygotowany już od wieków, to przychodzi do głowy myśl, że Syn Boży, w swoim miłosierdziu, do końca chciał dać szansę tym, którzy Go nie przyjęli, by i ich dotknęła Jego nieskończona miłość, i skruszyła ich serca. Nie po to, by zaprzestali znęcania się nad Nim, ale po to, by Jego obecność, kochająca do ostatniego tchnienia, i ich też poruszyła i pobudziła do życia. Tak mocno ukochał każdego człowieka, że w swojej największej słabości godził się być fizycznie bardzo blisko tych, którzy nie okazali Mu litości. Nie dla siebie, lecz dla nich. By poruszyło się ich serce i trzeciego dnia by i dla nich nastała jutrzenka.
Każdy człowiek czasem cierpi, niewierzący tak samo dotkliwie jak ten, kto jest blisko swojego Boga. Każde jednak cierpienie ma swój kres, w końcu przychodzi ukojenie i poranek po długiej nocy. Różnica jest taka, że kiedy ktoś swoje cierpienie wybiera przeżywać sam, w zaprzeczeniu lub w odrzuceniu Boga, to i świtanie zastaje go w samotności.
Poranek zmartwychwstania rozświetlił się w Jerozolimie dla wszystkich po równo. Można sobie wyobrazić, jak piękny, słoneczny, spokojny był to dzień – dla wszystkich po równo. Każdy mógł się nim cieszyć, niezależnie od tego, gdzie był i do robił trzy dni wcześniej.
Ten, kto mimo bólu i rozpaczy chroni się, jak Dawid ścigany przez Saula, u swego Boga, w cieniu jego skrzydeł (por. Ps 57), zaprasza Boga, by razem z Nim przeżywać swe cierpienie, ten i jutrzenkę będzie przeżywał razem z Bogiem. Taka jest różnica.
Dopóki Jezus przebywał na ziemi w ludzkiej postaci, każdy, kto Go spotkał, miał wybór: przyjąć Go albo odrzucić. Ale po Zmartwychwstaniu On, w swojej Boskiej potędze i chwale, przyszedł już tylko do tych, którzy przyjęli Go jako Człowieka.
W poranek zmartwychwstania moje serce będzie mocne mocą przeżytego wielkiego postu. Mocą wszystkich chwil spędzonych sam na sam z Jezusem, mocą przyjęcia Go do mego życia, mocą zawierzenia Mu we wszystkich moich trudnościach, mocą mego wołania: Zmiłuj się nade mną, Boże w chwilach zwątpienia, mocą trwania przy Nim nawet wtedy, gdy mam świadomość, że lęk bierze nade mną górę.

 

Joanna Czech

Dziesięć talentów

Błogosławcie, a nie złorzeczcie! (Rz 12,14)

W przypowieści o talentach Jezus mówi: Każdemu bowiem, kto ma, będzie dodane, tak że nadmiar mieć będzie. (Mt 25,29)
To teraz mogę się zastanowić, jakie talenty chciałbym „puszczać w obrót”, żeby „z zyskiem odebrać swoją własność”.
Czy chcę puszczać w obrót – przekleństwo?
Czy raczej – błogosławieństwo?
Które z tych dwóch chcę puszczać w obrót – żeby je odebrać z zyskiem?
Kiedy komuś złorzeczę – nawet jeśli gniew mój jest słuszny – to jedynym, co dla siebie zyskuję jest pomnożenie w moim sercu złości, goryczy, żalu, żółci. Każde złe słowo, które przeciwko komuś wypowiadam, prędzej czy później, w taki czy inny sposób wraca do mnie w dwójnasób, zgodnie z tym, co powiedział Jezus: „kto ma, temu będzie dodane”. Jeśli mam w sobie gniew – będzie mi dodany gniew. Jeśli moim talentem jest złorzeczenie – będę nim obracać, by je odebrać z zyskiem.
Tak samo z błogosławieństwem: jeśli będę miał „dziesięć talentów” błogosławieństwa, i będę nimi „obracał”, to drugie tyle wróci do mnie. Wypełniając moje serce radością, pokojem, szczęściem, miłością. Jeśli puszczę w obieg połowę mniej – „pięć talentów” błogosławieństwa, to drugie pięć zyskam.
Stan mojego serca nie jest uzależniony od okoliczności zewnętrznych, ale od tego, co ja sam do siebie dopuszczam i co z siebie – „wypuszczam”.
Kiedy syn marnotrawny staje przed ojcem i mówi: Ojcze, zgrzeszyłem przeciw Bogu i względem ciebie, już nie jestem godzien nazywać się twoim synem (Łk 15,21), to można by sarkastycznie pomyśleć, że przemawia przez niego – głód. Jaka była jego motywacja, by wrócić i błagać ojca o litość? Zastanowił się i rzekł: Iluż to najemników mojego ojca ma pod dostatkiem chleba, a ja tu z głodu ginę (15,17). Mało szlachetna postawa, ale też skrajne wygłodzenie do różnych ekstremalnych rzeczy popycha człowieka.
Ale to był jego problem, syna. Popełnił błąd i będzie musiał stawić czoła jego konsekwencjom.
Ojciec, kiedy zobaczył powracającego, „wzruszył się głęboko”, „weselił się i cieszył”. Mógł unieść się gniewem. Ale wybrał radość. Obrał najlepszą cząstkę, której nie będzie pozbawiony (por. Łk 10,42). A inna sprawa, że i my, jeśli w ogóle mamy teraz życzliwość dla „marnotrawnego”, jeśli dostrzegamy w nim przemianę na lepsze – to tylko dzięki ojcu. Syn sam z siebie nic pozytywnego w Jezusowej przypowieści nie zrobił. A jednak my pamiętamy mu bardziej to, że wrócił, a nie to, dlaczego w ogóle powracać musiał. „Błogosławieństwo” ojca rozlało się więc nie tylko na jego syna, ale też i nam wciąż się udziela: widząc jego miłość do syna, i my w tym młodzieńcu dostrzegamy dobro.
Mam wolną wolę. Zawsze mam wybór: błogosławieństwo czy przekleństwo. To jednak, co wybiorę, zawsze do mnie wróci, w dwójnasób. I dla innych też, moich bliźnich, będzie miało ważne konsekwencje to, co wybiorę, każdego dnia: błogosławieństwo czy przekleństwo.
Jaki mój wybór będzie dzisiaj? I jutro? I po wszystkie dni mojego życia?
Każdemu bowiem, kto ma, będzie dodane, tak że nadmiar mieć będzie…

Joanna Czech

 

Ciąg dalszy

Będziesz miłował Pana, Boga swego, całym swoim sercem, całą swoją duszą, całą swoją mocą i całym swoim umysłem; a swego bliźniego jak siebie samego.  (Łk 10,27)

Jeśli w relacjach z innymi ludźmi, moimi bliźnimi, kieruję się przede wszystkim moim własnym interesem, moimi potrzebami, kiedy w pierwszej kolejności myślę o sobie, to – bardzo wiele tracę, pozbawiam się różnych pięknych możliwości.
Pewien człowiek schodził z Jerozolimy do Jerycha i wpadł w ręce zbójców. Ci nie tylko że go obdarli, lecz jeszcze rany mu zadali i zostawiwszy na pół umarłego, odeszli.  (Łk 10,30)
Ci, którzy obdarli i rany zadali – odeszli. I koniec historii. Kiedy przechodził obok kapłan, zobaczył pobitego i minął. I koniec historii. Tak samo lewita – zobaczył i minął. I koniec historii.
Samarytanin z kolei, kimkolwiek on nie był, gdy zobaczył na pół umarłego, wzruszył się głęboko. I zaczęła się piękna historia – o miłosierdziu. Opatrzył pobitemu rany, zawiózł do gospody i – to jeszcze nie koniec – obiecał, że do niego wróci. Nie wiemy, co się wydarzyło potem, ale na pewno coś musiało się wydarzyć: zakończenie przypowieści jest otwarte. Tam, gdzie jest miłosierdzie, tam zawsze jest też Bóg, i pisze ciąg dalszy historii, której początkiem jest miłość bliźniego, w cudowny sposób, tak jak tylko On potrafi.
Kiedy w moich wyborach kieruję się bardziej dobrem drugiej osoby, nawet jeśli mi trudno i może muszę zacisnąć zęby, muszę świadomie postanowić, że rezygnuję z czegoś dla siebie, żeby innemu coś dać, to – zawsze będzie ciąg dalszy. Który będzie wykraczał poza ramy konkretnej sytuacji. Ciąg dalszy, który stanie się częścią mego życia i będzie kształtował moją osobowość.
Jezus mówi: Bądźcie miłosierni, jak Ojciec wasz jest miłosierny (Łk 6,36). Jeśli jestem miłosierny, jak Ojciec jest miłosierny, to w moim miłosierdziu jest obecny Ojciec, i bierze w swoje ręce moją decyzję, mój wybór, by okazać miłosierdzie; bierze „sprawy w swoje ręce” i przyciąga mnie do siebie, i do mojej odrobiny miłosierdzia dodaje, z właściwym sobie rozmachem, ciąg dalszy.
Kapłan i lewita z Jezusowej przypowieści zostali sami, zdani tylko na siebie, kiedy – chociażby następnym razem to na nich napadli zbójcy. A wokół Samarytanina zaczęła tworzyć się wspólnota: bo i on, i ten pobity, i jeszcze właściciel gospody, i jego rodzina, i pewnie inni goście, którzy tam byli…
Uczony w Prawie, rozmawiający z Jezusem o życiu wiecznym, łączy w jedno dwa przykazania: miłości Boga i miłości bliźniego. I Bóg też tak samo je łączy: Co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili (Mt 25,40). I On sam do mnie przychodzi, za każdym razem, kiedy kocham bliźniego jak siebie samego.

Joanna Czech

 

Bezradność

A oto dwóch mężów rozmawiało z Nim. Byli to Mojżesz i Eliasz. Ukazali się oni w chwale i mówili o Jego odejściu, którego miał dokonać w Jerozolimie. (Łk 9,30-31)

Odzienie Jezusa nie było „lśniąco białe”, kiedy uzdrawiał, wyrzucał złe duchy, rozmnażał chleb, zamieniał wodę w wino czy chodził po jeziorze. Wygląd Jego twarzy odmienił się, Jego szaty zalśniły i otoczyła Go Jego chwała wtedy, gdy modlił się na górze na osobności i rozmawiał z Mojżeszem i Eliaszem o tym, co ma wydarzyć się w Jerozolimie. O tym, jak zostanie opluty, ubiczowany, odziany w purpurę, a potem zupełnie z szat odarty. Jak zostanie całkiem odarty ze wszystkiego, z resztek ludzkiej godności. Rozmawiając o tym właśnie, ukazał się trójce najbliższych uczniów w pełni swojej chwały. Kiedy mówił z Mojżeszem i Eliaszem o tym, że Jego ciało spłynie krwią, wtedy Jego odzienie stało się lśniąco białe. Wygląd Jego twarzy odmienił się, gdy mówił o tym, że Jego twarz nieludzko się zmieni, opluta, obita, opuchnięta, zwieńczona koroną z cierni.
I my jesteśmy wobec tej Jego chwały bezradni. Jezusa, kiedy się modli i rozmawia z Mojżeszem i Eliaszem, osłania obłok z nieba i On jakby już w tym obłoku pozostaje do czasu, aż wszystko się wypełni. Jakby oddzielony już od swoich uczniów i już poza ich zasięgiem. Kiedy Piotr mówi, że postawi Jezusowi namiot, albo że nie pozwoli, by spotkało Go coś złego, albo że nie wyprze się Go, nawet jeśli miałby przypłacić to życiem, to tak naprawdę jest całkowicie bezradny i niezdolny do działania. Jak się wkrótce okaże.
Jezus idzie do Jerozolimy po to, by dokonać tam tego, co dokonać zaplanował. By dokonać swego odejścia. Gdy to się ma już wkrótce wypełnić, głos z obłoku mówi: „To jest Mój Syn, Wybrany, Jego słuchajcie!” (Mt 9,35). Uczniowie nie mieli do odegrania żadnej roli w tym, co się miało wydarzyć, w Jezusa Pasji. Mieli tylko słuchać Bożego Syna. Byli całkowicie bezradni wobec zbawczego planu.
I my też, kiedy stajemy pod krzyżem, musimy w pierwszej kolejności uświadomić sobie własną bezradność. Wobec tak wielkiej miłości, i chwały, która objawia się na krzyżu. W Wielkim Poście musimy przyznać, że nie mamy żadnej mocy sprawczej, że jesteśmy tylko świadkami zbawienia, które się dokonuje. Możemy tylko przyglądać się Bożej chwale, która nam się objawia.
W tej naszej bezradności możemy odnaleźć miłość, którą i my też nosimy w sercu, do Boga i do innych ludzi. I od tej miłości możemy zacząć wszystko od nowa. Jak wtedy, gdy Jezus pytał Piotra nad jeziorem, o poranku, gdy wszystko już się wypełniło: „Czy mnie miłujesz”. W tym miejscu, od tego umiłowania, od nowa, zaczyna się moja rola.

 Joanna Czech

 

Okazje

Jednej godziny nie mogliście czuwać ze Mną? (Mt 26,40)

Czy zbawienie byłoby możliwe w inny sposób, bez krzyża, bez tej okrutnej męki, nieludzkich tortur, jakie musiał przejść Jezus? Bez tego kielicha, który musiał wypić?
Jedno jest pewne – zbawienie nie byłoby możliwe bez miłości. Gdyby Bóg nas nie kochał, każdego człowieka wyjątkowo, niepowtarzalnie i z osobna, to po co miałby szykować nam mieszkania w swoim domu, by mieć nas przy sobie na wieczność?
Bez Jego miłości zbawienie na pewno nie byłoby możliwe!
Dlaczego więc w tak drastyczny sposób? Dlaczego Syn Boży musiał umrzeć w męczarniach, byśmy my mieli życie?
Wydaje się, że Jezus Chrystus, Mesjasz, Syn Boży, Zbawiciel wszystkiego miał w nadmiarze: mógł uzdrawiać bez ograniczeń, gdy Mu przynoszono niezliczonych chorych; mógł rozmnażać chleb bez końca, dla tysięcy i tysięcy zgłodniałych pielgrzymów; mógł nauczać nieprzeliczone tłumy, aż po horyzont, i wszyscy słyszeli Jego głos. Tylko w jednym był ograniczony: miał jedno ziemskie życie, które można było zabić. Tylko to jedno człowiek był w stanie Mu odebrać, więc to jedno, jedyne, czego nie miał w nadmiarze, nam oddał.
Z miłości.
I mimo że to się działo dwa tysiące lat temu, to Jego ofiara z samego siebie wciąż jest żywa – w naszych sercach, w sercach wszystkich tych, którzy szczerze szukają swego Boga. I Jego miłości.
A Jezus daje nam codziennie wiele okazji, byśmy Jego miłości doświadczali, na różne sposoby. Jak w Getsemani taką okazję mieli Piotr i dwaj synowie Zebedeusza, by towarzyszyć Chrystusowi w Jego smutku i lęku, ten jeden jedyny raz, kiedy wydaje się, że okazał słabość. Tyle że z niej nie skorzystali. I już więcej ta sama okazja się nie powtórzyła. Było potem wiele innych, kiedy Jezus przychodził do nich i z nimi był, a oni szli za Nim. Ale ta szczególna modlitwa im umknęła. Bezpowrotnie.
Czy w naszym życiu nie chodzi przede wszystkim o to, by odkrywać Bożą miłość, by ją poznawać i kontemplować, i przez to stawać się pełnym człowiekiem, i mieć udział w szczęściu, którym jest sam Bóg? A tyle okazji bezpowrotnie tracę. Tyle okazji, by być blisko mojego Boga, twarzą w twarz, jak z przyjacielem.
Gdy Syn człowieczy przyjdzie w swej chwale, a z Nim wszyscy aniołowie, wtedy zasiądzie na swym tronie pełnym chwały i powie do mnie:

Bo byłem głodny
byłem spragniony
byłem przybyszem
byłem nagi
byłem chory
byłem w więzieniu
(Mt 25,31-36).

Czy wiem, o czym On mówi? Czy poznaję Go z tej strony? Czy na tyle blisko jestem Pana, by nie bać się Jego słabości? By zrozumieć, że właśnie w ten sposób okazuje moc swojej miłości?
On mi daje codziennie tyle okazji, bym Go poznawał jak najbliżej. Również z tej Jego bezbronnej strony. Abym i ja, w mojej słabości i bezbronności, mógł przyjąć całą potęgę Jego nieskończonej miłości.

Joanna Czech

 

Trud

Nie bój się, odtąd ludzi będziesz łowił (Łk 5,10).

Bycie rybakiem to z całą pewnością nie jest praca za biurkiem! To ciężka, fizyczna harówka, niezbyt wdzięczna i pewnie nie zawsze satysfakcjonująca. Często pewnie jest tak, jak mówi Szymon Jezusowi: „całą noc pracowaliśmy i niceśmy nie ułowili” (Łk 5,5).
Czego więc można się spodziewać po „łowieniu” ludzi? To też na pewno nie będzie lekkie, łatwe i przyjemne zajęcie.
Kiedy ktoś pierwszy raz poznaje Jezusa, i się w Nim zakochuje, to cały świat wokół niego śpiewa radosne pieśni. Ale przychodzi taki czas, kiedy już jestem na to gotowy, że On mówi do mnie: „weź swój krzyż i chodź za Mną”. I wtedy zaczyna się „połów”. Ciężka, żmudna praca, szara codzienność, zmęczenie, samotność, brak satysfakcji.
Mi się może wydawać, że w moim trudzie każdego dnia nie ma żadnego sensu, bo JA nie doznaję przyjemności. Ale przecież Jezus uprzedzał. Nie mówił: Choć, poskaczemy sobie po zielonych pastwiskach (w każdym razie jeszcze nie teraz). Ale powiedział: Chodź, idziemy łowić ludzi.
A podczas takiej ciężkiej, fizycznej pracy nie ma miejsca za bardzo na okazywanie sobie względów i czułości. Za to bardzo ważne jest wzajemne zaufanie i świadomość, że jeden może na drugim polegać. I to nie jest tak, jak mi się może wydawać, że moja przyjaźń z Jezusem osłabła, wygasła, bo już nie odczuwam takich przyjemnych wzruszeń, jak kiedyś. Wręcz przeciwnie: On już mi na tyle ufa, na tyle dobrze mnie zna, na tyle wie, że może na mnie polegać, że mnie bierze na swojego „wspólnika”.
Kiedy sieci Szymona zaczęły się rwać od nadmiaru ryb, wtedy jego wspólnicy natychmiast ruszyli z pomocą. I to jest przyjaźń o wiele głębsza, o wiele pewniejsza, o wiele piękniejsza niż tylko wtedy, gdy przyjaciele są ze sobą dla samej przyjemności.
Popatrz na Jezusa na krzyżu. Może w tej chwili to On bardziej Ciebie potrzebuje niż Ty Jego.
W Wielkim Poście odmawiamy sobie różnych rzeczy. I to nie jest tylko sztuka dla sztuki. Chodzi też o to, że bardzo uwalniające jest, kiedy przestaję myśleć tylko o sobie, w pierwszej kolejności o własnych potrzebach. Kiedy mi się wydaje, że bez czegoś nie mogę żyć, a potem jednak się okazuje, że owszem, mogę, i że nawet jest mi z tym bardzo dobrze. Zawsze, kiedy czegoś brakuje, człowiek zaczyna się rozglądać za czymś innym, co może to zastąpić. A w Wielkim Poście na pierwszy plan wysuwa się krzyż. A na krzyżu Syn Boży. Więc może to na Nim zatrzyma się mój wzrok. Może inaczej spojrzę na moją przyjaźń z Nim. Nie z perspektywy, co On mi może dać, ale co możemy RAZEM zrobić. On i ja.
A On mówi do mnie z tego krzyża, jak kiedyś do Szymona: „Nie bój się!”.

Joanna Czech

Zobacz

 

Słówko na dziś

j. grecki
γραμματεύς pisarz (grammateus)

j. hebrajski
xm;f' radować się (samah)

 

Artykuły

» więcej artykułów

Szkoła Biblijna Archidiecezji Gdańskiej

Zajęcia we wtorki:
Gdańskie Archidiecezjalne Kolegium Teologiczne (aula)
ul. Armii Krajowej 46
81-365 Gdynia

Zajęcia w środy:
Wydział filologiczno-historyczny Uniwersytetu Gdańskiego (aula)
ul. Wita Stwosza 55
80-952 Gdańsk

Telefon

+48 507 923 209

E-mail

kontakt@szkolabiblijna.gda.pl

Numer konta:

SANTANDER
17 1090 1102 0000 0001 3465 7428

W tytule przelewu prosimy podać:
Imię i nazwisko z dopiskiem Szkoła Biblijna
Koszt: 120 zł / semestr

Używamy plików cookies Ta witryna korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności i plików Cookies .
Korzystanie z niniejszej witryny internetowej bez zmiany ustawień jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików Cookies. Zrozumiałem i akceptuję.
62 0.20827889442444