TWOJA SZKOŁA BIBLIJNA

Dla zainteresowanych Pismem Świętym

8 grudnia 2019

Oddychanie Słowem

Widzieliśmy Pana!

Poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli (J 8,32)

Zbliża się Boże Narodzenie, a po nim koniec roku. Ten czas skłania do refleksji. Chciałabym i ja skorzystać z okazji i zaprosić Czytelników do podsumowania kończącego się roku, ale konkretnie z perspektywy słowa Bożego.
Czym jest słowo Boże w moim życiu? Dlaczego tak uważnie słucham tego, co mówi do mnie Bóg? Dlaczego tak ważne jest dla mnie, by Jego słowa jak najlepiej zrozumieć, by ich nie wypaczyć, by okrywać ich najgłębszy sens? Dlaczego poświęcam czas i energię na studiowanie Bożego słowa? Czym ono dla mnie jest? Dlaczego jest tak ważne w moim życiu?
Czy w słowie Bożym odkrywam prawdę, która nadaje mojemu życiu sens? W zrelatywizowanym i skomercjalizowanym świecie odkrywam, że jedyne, co jest naprawdę, to Bóg. Tylko On JEST; reszta to „dom zbudowany na piasku” (por. Mt 7, 26). Jeśli wiernie wsłuchując się w słowa, które mówi do mnie mój Bóg, odkrywam w nich prawdę, odwieczną, niezmienną, zawsze wierną, to czy ta prawda mnie wyzwala?Jeśli popatrzę na to, kim byłem rok temu i na to, kim jestem teraz, to czy coś się zmieniło? Czy jest we mnie więcej Chrystusa? Czy mój wzrok jest bardziej w Niego wpatrzony niż rok temu? Czy moje myśli są bardziej Nim przesiąknięte? Czy jest we mnie więcej miejsca dla Niego niż przed rokiem? Czy Jego jarzmo jest słodsze, a Jego brzemię lżejsze dla mnie niż przed rokiem? Czy moja więź z Nim jest bliższa, silniejsza, głębsza? Czy On jest dla mnie ważniejszy niż był rok temu?
Kiedy przyjdę, już niedługo, do żłóbka, to przed Kim stanę? Kim dla mnie jest Ten, który się tam dla mnie narodził? Tak na serio, tak naprawdę, Kogo spotkam w tym żłóbku? Czy tylko małe, bezbronne Dzieciątko, które wzrusza? To przecież ten sam Bóg, wszechmocny i nieskończony, który do mnie codziennie przemawia w swoim słowie, przemienia moje życie, pociąga mnie do siebie, prowadzi do świętości, codziennie otula swoją miłością. To ten sam Bóg. Czy spotkam w żłóbku mego Pana?
Życzę Wam, byście w betlejemską noc odeszli od żłóbka przepełnieni taką radością, jaką przepełnili się apostołowie, kiedy w Wieczerniku ukazał się im zmartwychwstały Chrystus. I byście, przepełnieni tą radością, mówili innym, jak wtedy apostołowie: „Widzieliśmy Pana!”
Do usłyszenia w nowym roku.

Joanna Czech

 

Nie ma już Żyda ani poganina, nie ma już niewolnika ani człowieka wolnego, nie ma już mężczyzny ani kobiety, wszyscy bowiem jesteście kimś jednym w Chrystusie Jezusie. (Gal 3,28)

Stolica Królestwa Północnego
Zjednoczone Królestwo Izraela nie przetrwało długo. Pretekstem dla dziesięciu plemion do oddzielenia się od Judy skupionej wokół Jerozolimy i jej Świątyni były podatki i inne ciężary nałożone przez króla Salomona, a jeszcze dośrubowane przez jego syna Roboama. Być może, gdyby Roboam posłuchał rady starców, żeby pójść na ugodę z ludem i przychylić się do jego próśb, zyskałby sobie wierność poddanych i monarchia by przetrwała. A być może wcale nie. Prawdopodobnie różnice pomiędzy potomkami synów Jakuba były już zbyt wielkie i nie do pogodzenia – jak to często w rodzinie bywa. O dalszych dziejach zbuntowanego Królestwa Północnego dowiadujemy się od – raczej nieprzychylnie do niego nastawionych – autorów biblijnych. Widzimy różnice pomiędzy Królestwami Judy i Izraela przede wszystkim na poziomie religijnym. Już pierwszy król państwa północnego, Jeroboam, zbudował w swoim kraju dwa miejsca kultu, w których umieścił złote cielce, sankcjonując w ten sposób bałwochwalstwo, a w efekcie i wielobóstwo. (Na północy dzisiejszego Izraela, u źródeł Jordanu, można oglądać pozostałości starożytnej osady, w której znajdowała się jedna z tych świątyń.) Szósty z kolei król Izraela, Omri, wybudował dla siebie nową stolicę w Samarii. Jego następca, król Achab wzniósł tam pałac z kości słoniowej i wraz z żoną Izebel uczynił z miasta ośrodek kultu bożka Baala. A potem przyszli Asyryjczycy i podbili królestwo, uprowadzając jego najznamienitszych mieszkańców. I tu urywa się ślad po północnych Izraelitach. Mówi się o nich: 10 zaginionych plemion Izraela.

Ziemia Samarytan
Po pewnych czasie dawne terytorium Izraela i Judy, jak i wiele innych krain wokół, dostało się pod panowanie Persów, którzy podzielili swoje przeogromne imperium na mniejsze jednostki administracyjne. Na terenach dawnego królestwa Dawida powstały tzw. mediny: Samaria, Judea i Idumea. Wydawałoby się, że mieszkańcy niewysiedleni do Babilonu powinni z otwartymi ramionami powitać swoich powracających z niewoli pobratymców. Ale tylko by się tak wydawało. Problem polegał na tym, że i jedni, i drudzy: i ci, co od pokoleń mieszkali na ziemiach przodków, i ci, co pielęgnowali swoją tożsamość na uchodźctwie, uważali się za prawowitych potomków Jakuba. No a przecież i jedni, i drudzy nie mogli nimi być… Żydzi powracający z Babilonu, niewątpliwie zamożniejsi, lepiej wykształceni, pragnęli odbudować świątynię w Jerozolimie i wskrzesić w niej kult Boga Jedynego. Ich zdaniem mogli tego dokonać jedynie ci spośród Izraelitów, którzy szczycili się rodowodem niesplamionym małżeństwami z przedstawicielami innych narodów. To z kolei było nie do zaakceptowania dla lokalnych Izraelitów, którzy dawno już zdążyli przemieszać się z sąsiednimi ludami. I tak każdy poszedł w swoją stronę: jedni do Judei, drudzy do Samarii. I Judejczycy i Samarytanie czcili tego samego Boga – jedni w Jerozolimie, a drudzy na górze Garizim; obchodzili też te same święta i każdy miał swoją wersję Pięcioksięgu Mojżeszowego. Pochodzili od tych samych przodków, dzielili (albo nawzajem sobie wydzierali) wspólne dziedzictwo, mieszkali w zasadzie „przez płot” i na dobrą sprawę mieli więcej podobieństw niż różnic. I może dlatego właśnie tak bardzo było im nie po drodze.

Konflikty
Samarytanie i Judejczycy nie tylko się nie lubili, ale też nawzajem zwalczali (mimo że zdarzyło się pewnego razu, że najwyższym kapłanem Judejczyków i kapłanem w nowej samarytańskiej świątyni byli rodzeni bracia). W czasach dynastii hasmonejskiej Żydzi podbili Samarię i zniszczyli jej święte miejsce na górze Garizim. W odwecie Samarytanie zbezcześcili Świątynię Jerozolimską, wnosząc do niej martwe ciała. Żydzi, którzy mieszkali dalej na północ, w Galilei, chcąc udać się na święto do Jerozolimy musieli albo nadkładać drogi, albo iść przez Samarię. Czasem czekało ich mało przyjazne – delikatnie mówiąc – powitanie Samarytan. Samarytanie uważali się za prawowiernych potomków Jakuba, jednak Żydzi im tego „przywileju” odmawiali. Nie uznawali też samarytańskich kapłanów, gdyż ci nie wywodzili się z rodu kapłańskiego. I na to wszystko przychodzi Jezus i prawowiernemu żydowskiemu kapłanowi i lewicie przeciwstawia jakiegoś Samarytanina, który nie wiadomo kim jest, oprócz tego, że bliźnim. I ten Jezus jeszcze ośmiela się mówić, że miłosierdzie jest ważniejsze od Prawa, na którym Żydzi zbudowali swoją religię. Jego poglądy uderzają w podstawy żydowskiej ideologii, więc skąd, w jaki sposób Żydzi mogą Go zaakceptować? Przecież nie takiego Mesjasza się spodziewali, który sobie gawędzi przy studni Jakuba nie dość, że z nieznajomą kobietą, to jeszcze z Samarytanką. I to wcale nie jest najbardziej „skandaliczne” z Jego zachowań…

Joanna Czech

 

Niech pozostaną w twym sercu te słowa, które Ja ci dziś nakazuję. Wpoisz je twoim synom, będziesz o nich mówił przebywając w domu, w czasie podróży, kładąc się spać i wstając ze snu. Przywiążesz je do twojej ręki jako znak. Niech one ci będą ozdobą przed oczami. Wypisz je na odrzwiach swojego domu i na twoich bramach. (Pwt 6,6-9)

Zwoje i kodeksy
W starożytnym Izraelu księgi Biblii żydowskiej powstawały na papirusie lub pergaminie w formie zwoju zapisanego tylko po wewnętrznej stronie. Najstarsze biblijne manuskrypty, pochodzące z III-I w. przed Chr., odnaleziono w Qumran niedaleko Morza Martwego. Chrześcijanie z kolei tworzyli „kodeksy”: zapisywali arkusze pergaminu z obu stron, układali je jeden na drugim, a następnie zszywali po boku. Tak powstał np. słynny Kodeks Synajski: pochodzący z IV w. manuskrypt zawierający w zasadzie kompletne księgi Starego i Nowego Testamentu w języku greckim. Żydzi do tego formatu przekonali się dopiero kilka wieków później: najbardziej znane kodeksy biblii hebrajskiej to Kodeks z Aleppo z X w. i Kodeks Leningradzki z XI w. Oba kodeksy zawierają jeszcze jedną innowację: aparat masorecki, czyli oznaczenie samogłosek, akcentów, znaków przestankowych, końców akapitów itp. „Nowinki” te nie znalazły jednak zastosowania do celów liturgicznych. W synagogach nadal korzystano z tradycyjnych zwojów Tory, pozbawionych masoreckiej notacji (czyli zapisanych z użyciem jedynie 22 znaków odpowiadających hebrajskim spółgłoskom). Najstarszy kompletny zwój Tory (czyli cały Pięcioksiąg w jednym zwoju), znajdujący się w Bibliotece Uniwersytetu w Bolonii, pochodzi z ok. 1190 r. Po rozwinięciu zwój ma długość ok. 36 m! Z kolei najstarszy, pozostający nadal w użyciu zwój Tory pochodzi z 1. połowy XII w. Biblioteka Kongresu w Waszyngtonie zaś szczyci się posiadaniem innego, tysiącletniego zwoju Tory, który jest o tyle wyjątkowy, że jest w całości czytelny „gołym okiem”. Inne, starsze czy z podobnego okresu manuskrypty Biblii hebrajskiej są fragmentaryczne i trudne do odczytania bez użycia specjalnych technologii.

Septuaginta
Liczne diaspory żydowskie, które rozwijały się w zhellenizowanym świecie – jak na przykład w egipskiej Aleksandrii – powoli zapominały swego ojczystego języka. Dlatego bardzo przydatnym dla nich okazał się przekład najpierw Pięcioksięgu Mojżesza, a potem innych pism z języka hebrajskiego na grecki. Septuaginta – bo o niej mowa – powstała prawdopodobnie w II w. przed Chr. Legenda mówi, że jej autorami było 72 uczonych w Piśmie Żydów, stąd nazwa. Ale to raczej tylko legenda. Być może przekład został zlecony na potrzeby słynnej Biblioteki Aleksandryjskiej i być może zlecającym chodziło nie tyle o tłumaczenie świętych pism żydowskich, co żydowskiego prawa. W tamtych czasach nie było niczym nowym tłumaczenie kodeksów prawnych i być może osoby nieznające religii hebrajskiej za taki uważały i ich Pięcioksiąg, który – w dużej mierze – był właśnie spisem Prawa. W efekcie jednak Żydzi żyjący w diasporach, a później również pierwsi chrześcijanie zyskali bezcenne źródło: Słowo Boże zanotowane zrozumiałym dla nich językiem. Pierwszy Kościół korzystał głównie z greckiego przekładu świętych ksiąg – z niego, raczej niż z hebrajskiego oryginału, pochodzi wiele cytatów w Nowym Testamencie. Septuagintę cytują też greccy Ojcowie Kościoła i z niej prawdopodobnie korzystał słynny żydowski filozof z I wieku badający alegoryczne znaczenie Pisma Świętego, Filon z Aleksandrii. Sami Żydzi w końcu odrzucili ten grecki przekład Pism, uznając, że nie do końca odpowiada on oryginałowi. Szczególnie po zburzeniu Świątyni Jerozolimskiej uważali oni za konieczne zachowanie w wiernej pamięci Słowa Bożego w jego najbardziej pierwotnym brzmieniu.

Nowy Testament
Zanim powstał Nowy Testament w takiej postaci, w jakiej jest nam teraz znany, pierwsi chrześcijanie korzystali z żydowskich świętych pism przetłumaczonych na język grecki. Pierwszy zaczął pisać swoje listy św. Paweł, potem kolejno powstawały cztery kanoniczne Ewangelie oraz wiele innych pism. Z czasem pojawiło się ich już tak dużo, że trzeba było zdecydować, które są tymi najbardziej pierwotnymi i wiarygodnymi: tymi, które powstały w kręgach bezpośrednio związanych z apostołami, które pozostawały w powszechnym użyciu w różnych wspólnotach Kościoła i które były zgodne z jego nauczaniem. W ten sposób utworzono kanon Nowego Testamentu. A co z oryginałami ksiąg, które się w nim znajdują? Poginęły – niestety, choć może jednak na szczęście. Najstarsze, fragmentaryczne rękopisy ksiąg Nowego Testamentu pochodzą z III w., natomiast najstarsze, kompletne biblie chrześcijańskie w języku greckim – z przełomu IV i V w. Choć nie mamy oryginałów ksiąg Nowego Testamentu, to manuskryptów (po raz któryś z kolei ręcznie przepisanych kopii) jest bardzo wiele, kilka tysięcy. I nie ma dwóch całkowicie identycznych. Kopiści, przepisując księgi, robili literówki, albo inne drobne pomyłki, czasem gubili niechcący jakieś słowa czy całe linijki (tym bardziej, że tekst był pisany „cięgiem”, bez przerw między wyrazami), a czasem całkiem świadomie poprawiali tekst, który wydawał im się błędnie napisany. Krytyka tekstu biblijnego zajmuje się porównywaniem poszczególnych manuskryptów i docieraniem do oryginalnego brzmienia tam, gdzie są jakieś różnice. Jeśli na przykład w jednym manuskrypcie dany fragment jest bardziej „chropowaty”, a w innym „uładzony”, to można się domyślać, że oryginalny jest ten pierwszy właśnie, który być może kopista uznał za stosowne „udoskonalić”. Można by pomyśleć, że taka drobiazgowość nie jest konieczna, bo większość tych różnic nie ma większego znaczenia dla rozumienia Pisma Świętego. Ale jednak – Słowo Boże jest wiecznie żywe, nie jest zamknięte na głucho pomiędzy twardymi okładkami Biblii i ciągle inspiruje kolejne pokolenia do podążania w głąb za jego brzmieniem. I jego odkrywanie, na różne sposoby, z użyciem również współczesnych technologii, jeśli jest szczerym i wiernym poszukiwaniem Boga, na pewno bliżej do Niego podprowadza.

Joanna Czech

 

Oto prawdziwy Izraelita, w którym nie ma podstępu (J 1,47)

Nazwy geograficzne i nazwy narodów odnoszące się w Piśmie Świętym do potomków Abrahama i ich ojczyzny mogą budzić pewną konsternację. Raz jest mowa o Izraelu i Izraelitach, innym razem o Judzie i Żydach, a potem znowu o Hebrajczykach. Jak więc nazywał się kraj, w którym urodził się i dorastał Jezus i kim był On sam? Żydem, Izraelitą, Judejczykiem a może Galilejczykiem? Czy można tych określeń używać zamiennie, czy jednak mają one różne znaczenie? Spróbujmy przyjrzeć się im bliżej, żeby móc lepiej wyobrazić sobie świat, w którym żył i działał Mesjasz.

Izrael
Po pierwsze kto to taki lub co to takiego Izrael? Pierwotnie imię to nadał Bóg Jakubowi, synowi Izaaka, synowi Abrahama. Oznacza ono – jak doskonale wiemy – tego, który walczy z Bogiem. Później terminem Izrael zwykło się określać plemiona wywodzące się od dwunastu synów Jakubowych. Po podbiciu przez Izraelitów ziemi Kanaan każde plemię (oprócz rodu kapłańskiego) otrzymało na własność oddzielne terytorium. Królowi Dawidowi udało się te ziemie zjednoczyć w jedno królestwo o nazwie Izrael, które niestety szybko (po śmierci syna Dawida, króla Salomona) rozpadło się na dwie części: północne królestwo Izraela (10 plemion) i południowe królestwo Judy – od syna Jakuba o imieniu Juda (2 plemiona). Królestwo Izraela, z ostatnią stolicą w Samarii, istniało do 722 r. przed Chr., kiedy zostało podbite przez Asyrię. Jego najznamienitsi mieszkańcy zostali zmuszeni do opuszczenia kraju, a ci, którzy pozostali, stopniowo zmieszali się z innymi, pogańskimi narodami. Na tych terenach znajdowała się też Galilea i późniejsza Samaria, które odgrywają ważną rolę w Nowym Testamencie. Nazwy Izrael i Izraelici nie ograniczają się jednak tylko do regionu geograficznego. Izraelitami w Piśmie Świętym, również w Nowym Testamencie, określa się też wszystkich potomków Abrahama wyznających Boga Jedynego.

Juda, Judea, Żyd
Mniejsze, południowe królestwo Judy ze stolicą w Jerozolimie istniało do 586 r. przed Chr., kiedy zostało najechane przez Babilończyków, co zapoczątkowało okres niewoli babilońskiej. Kilkadziesiąt lat później, po pokonaniu Babilończyków przez Persów, król perski Cyrus II pozwolił Izraelitom powrócić na swoje ziemie. Powstały wtedy dwie prowincje podległe Persom: Samaria i Juda (i wtedy też zrodził się konflikt między mieszkańcami jednego i drugiego regionu, o którym czytamy w Ewangelii). Po hebrajsku Juda to Jehuda, po grecku Joudaia, a po łacinie Judaea – stąd nazwa Judea. Grecy nazywali mieszkańców tych ziem Joudaioi, od czego wywodzi się słowo Żyd. Słowo „Żydzi” często pojawia się w Ewangelii wg św. Jana, czasem w negatywnym kontekście, na określenie tych, którzy sprzeciwiali się Jezusowi i odrzucali Jego naukę. Niektórzy uważają, że termin używany przez Jana – Joudaioi – należałoby raczej tłumaczyć jako Judejczycy, czyli mieszkańcy prowincji Judei, żeby uniknąć antysemickich skojarzeń. Roman Brandstaetter opisuje w swoim Kręgu biblijnym, że jego serdeczny przyjaciel i towarzysz zabaw z dzieciństwa pewnego razu obraził się na niego śmiertelnie i nigdy już więcej się do niego nie odezwał, bo się dowiedział, że Romek zabił Jezusa – skoro jest Żydem.

Galilea
Galilea, jak wcześniej wspomnieliśmy, po podziale zjednoczonej monarchii Dawida znalazła się w północnym królestwie Izraela. Po jego upadku Galilea w zasadzie już nigdy nie należała do państwa żydowskiego. Hasmoneusze co prawda przyłączyli ją do swego królestwa około 100 lat przed narodzeniem Chrystusa, ale i to tylko „na chwilę”. Ludność zamieszkująca Galileę była więc wymieszana: częściowo żydowska, częściowo pogańska, chociaż być może w czasach hasmonejskich, poprzedzających przyjście Mesjasza, była ona zasiedlana przez „rdzennych” Żydów z Judei. Tak czy inaczej Judejczycy – na logikę – mieli prawo powątpiewać, „czyż Mesjasz przyjdzie z Galilei” (J 7,41). Mesjasz musiał się wykazać czysto żydowskim pochodzeniem. A czy w przypadku Galilei, która nie była „od zawsze” żydowska, można było mieć taką pewność? Być może po części dlatego Łukaszowi i Mateuszowi zależało na podkreśleniu prawdziwie żydowskiego rodowodu Jezusa i tego, że narodził się – jak zapowiadały Pisma – w Betlejem, miasteczku w Judzie, z którego pochodził też sam król Dawid.

Hebrajczycy
Ten termin, określający naród izraelski, rzadko występuje w Starym Testamencie. Jest on używany w odniesieniu do tej grupy etnicznej między innymi w kontekście niewoli egipskiej. W Nowym Testamencie słowo „Hebrajczyk” dotyczy Żydów zachowujących swój język, religię i tradycje w odróżnieniu od hellenistów ulegających greckim wpływom. Hebrajczykiem nazywa siebie z dumą święty Paweł. Nie jest do końca pewne etymologiczne pochodzenie tergo słowa.

Palestyna
Nazwa Palestyna pochodzi od Filistynów – narodu, który osiedlił się w Kanaanie, u wybrzeży Morza Śródziemnego mniej więcej w tym samym czasie co naród wybrany. Nazwę tę stosowali Rzymianie na określenie podbitych przez siebie terenów w tej części świata. Współcześni Palestyńczycy to teoretycznie rdzenni mieszkańcy tamtych ziem. Historia jednak zatoczyła koło: obecny konflikt żydowsko-palestyński przypomina po części spór pomiędzy Żydami a Samarytanami sprzed wieków. To bardzo smutne, że najpiękniejsza opowieść pod słońcem – opowieść o wielkim Bożym miłosierdziu i Jego nieskończonej miłości – jest przeniknięta wieloma tragicznymi i bolesnymi wątkami: wojnami, ludobójstwami, wysiedleniami, prześladowaniami, i to nie tylko w czasach biblijnych, ale i współcześnie...

Joanna Czech

 

Nie będziesz miał cudzych bogów obok Mnie! (Wj 20,3)

Być może przyzwyczailiśmy się postrzegać judaizm nieco z perspektywy chrześcijaństwa – wierzymy przecież w tego samego Boga, a nasze Pismo Święte obejmuje też księgi Biblii Hebrajskiej. Jednak judaizm, który wykształcił się, zanim na świat przyszedł Mesjasz, bardziej przypominał inne religie istniejące w tamtych czasach i w tamtych regionach geograficznych.

Jedyny czy Najwyższy?
Przede wszystkim wiara w Boga Jedynego rodziła się w świecie, w którym „obowiązywało” wielobóstwo. Starożytne narody uznawały istnienie rozlicznych bożków, przy czym każda większa zbiorowość – państwo, miasto, naród – miała jakieś bóstwo nadrzędne, które szczególnie czciła. Księgi Pierwszego Przymierza wydają się wskazywać, że – z początku przynajmniej – naród wybrany uważał podobnie: co prawda uznawał, że dla nich samych ich Bóg jest Bogiem Jedynym, ale też nie negował faktu, że inne narody czczą swoje własne bóstwa. I też, niestety, Izraelici wielokrotnie odwracali się swojego Boga, oddając się na służbę różnym „Baalom” i „Asztartom” – bożkom sąsiednich narodów. Starożytna wiara była trochę pretensjonalna: wyznaję tego boga, który w chwili obecnej jest dla mnie najbardziej przydatny. Kiedy Izraelici odchodzili od swego Boga, znęceni „świecidełkami” obcych bożków, popadali szybko w cierpienie i dopiero wtedy sobie przypominali, że to ich Bóg jest Bogiem Najwyższym i Najpotężniejszym. I wcale nie jest to podejście, które istniało jedynie w dawnych czasach! Pierwsze przykazanie pozostaje jak najbardziej aktualne i dzisiaj.

Świątynia i kapłani
Kult świątynny w starożytnym Izraelu również bardziej przypominał praktyki współczesnych mu narodów niż to, co my rozumiemy pod pojęciem nabożeństw. Przede wszystkim Świątynia w Jerozolimie, podobnie jak świątynie pogańskie z tamtych czasów, była dosłownie postrzegana jako dom zamieszkiwany przez Boga. W związku z tym do jej wnętrza mieli dostęp tylko specjalnie poświęceni kapłani. W przypadku świątyń pogańskich w centrum przybytku znajdował się posąg bóstwa, któremu przybytek był poświęcony. Kapłani mieli za zadanie temu bóstwu usługiwać: karmić, poić, kąpać, przebierać. Świątynia Jerozolimska nie posiadała podobizny Boga, ale Boża Obecność zamieszkiwała miejsce Święte Świętych. Jeśli chodzi o kapłaństwo, to w Izraelu było ono dziedziczone i ograniczone do mężczyzn wywodzących się z rodu Aarona, z pokolenia Lewiego, natomiast w innych narodach istniała możliwość nabycia tytułu kapłańskiego w inny sposób – na przykład za pieniądze.

Wiara czy prawo?
Współcześnie słowa: religia i wiara mogą się wydawać synonimami. Na pewno, jeśli się nad tym zastanowić, dla nas w religii najważniejsze jest to, że wierzymy w Boga. Wartość wiary zresztą wielokrotnie podkreślał Jezus. Tymczasem sedno judaizmu leżało nie tyle w wierze, co w przestrzeganiu prawa. Autorytetami religijnymi w starożytnym Izraelu były osoby znające Pismo i potrafiące je interpretować. W czasach Jezusa ta rola należała między innymi do faryzeuszów, do których zwracano się również tytułem „rabbi” – mój nauczycielu. Czego uczyli ci nauczyciele? Nie tyle jak bardziej kochać Boga i bliźniego, co jak dokładniej i pilniej przestrzegać Prawa. Dlatego nie mogło być zgody pomiędzy faryzeuszami a Jezusem, gdyż zasadniczo mówili oni zupełnie o czym innym.

Kiedy czytamy Stary Testament, pewne rzeczy mogą się nam wydawać niezrozumiałe. Może nas czasem oburzać brutalność niektórych praktyk czy dziwić moralność i religijność Izraelitów w starożytności. Musimy jednak pamiętać, że naród wybrany żył w konkretnej kulturze, w konkretnych okolicznościach historycznych i w konkretnym regionie geograficznym. Nie mógł więc być całkowicie zamknięty na zewnętrzne wpływy i musiał się na czymś wzorować w swojej literaturze, architekturze czy chociażby religijności. Izraelici nie byli jakimiś „ufoludkami” z innej planety, ale zwykłym narodem, jak wiele innych wokół nich, z tą tylko różnicą, że to im objawił się Jedyny, Prawdziwy Bóg. Z kolei kiedy przyszedł Jezus, Jego Syn, nauka, którą On głosił była tak rewolucyjna, tak odmienna od wszystkiego, co było Żydom znajome „od zawsze”, że dla wielu okazała się zbyt trudna do przyjęcia. Ale to dla nas nie powinna być nowość: też mamy swoje religijne tradycje, zwyczaje, z którymi być może byłoby nam trudno się rozstać, nawet gdyby stanął przed nami sam Boży Syn i zaczął nas – jak kiedyś Żydów – wzywać do nawrócenia

Joanna Czech

 

Czy jednak Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie? (Łk 18,8)

W krótkim czasie, kiedy Judea, po powstaniu Machabeuszy w połowie II w przed Chr. i za panowania dynastii hasmonejskiej do 37 r przed Chr., cieszyła się niepodległością i wolnością religijną, wśród wiernych Żydów zaczęło dochodzić do podziałów. Z jednej było to reakcją na kontrowersyjne rządy Hasmoneuszy: ten ród kapłański złamał żydowskie prawo, łącząc władzę religijną ze świecką. Nie można było być jednocześnie arcykapłanem i królem, i nie można też było być arcykapłanem, jeśli – tak jak waleczni Hasmoneusze – miało się krew na rękach. Z drugiej zaś strony w naturze ludzkiej chyba leży, że jeśli nie ma wrogów zewnętrznych, przeciw którym można by się jednoczyć, to nadmiar energii znajduje ujście w podziałach wewnętrznych. Nic nowego pod słońcem… W każdym razie kraj, w którym narodził się Mesjasz, był już dosyć zróżnicowany pod względem religijnym. Kim byli ludzie, którzy w czasach Pana Jezusa i w okresie poprzedzającym zburzenie Świątyni Jerozolimskiej uważali się za duchowych przewodników narodu? Pamięć przetrwała o trzech najważniejszych ugrupowaniach, a wiedzę na ich temat czerpiemy głównie z Nowego Testamentu i pism historyka Józefa Flawiusza.

Saduceusze
Każdy, komu jest znana Ewangelia, słyszał o saduceuszach. Wiemy, że nie uznawali oni zmartwychwstania (Mk 12,18-27). Co więcej można jeszcze o nich powiedzieć? Saduceuszami byli najznamienitsi obywatele z kapłańskiego rodu – taka jerozolimska i świątynna elita, arystokracja. Pozostając w opozycji do dynastii hasmonejskiej, uważali się za jedynych prawowitych spadkobierców Mojżesza. Uznawali tylko Pięcioksiąg, odrzucając całkowicie późniejszą tradycję ustną. Dlatego też nie wierzyli w zmartwychwstanie, gdyż nie było o tym mowy w żadnej z pięciu ksiąg Mojżeszowych. Ponadto nie wierzyli w anioły ani demony, w nieśmiertelność duszy ani w przeznaczenie – uważali, że człowiek ma całkowicie wolną wolę, a Bóg w żaden sposób nie wpływa na ludzkie losy. Jako elita należeli do mniejszości – trzymali się Jerozolimy i raczej pozostawali zamknięci w swoim gronie, dlatego i Jezus rzadziej miał okazję się z nimi spotykać.

Faryzeusze
O wiele bardziej popularni byli faryzeusze. Można powiedzieć, że stanowili oni coś w rodzaju klasy średniej w narodzie. Posiadali wykształcenie, znali Pisma i z pewnością byli bliżej ludzi niż saduceusze. Jeśli chodzi o ich przekonania religijne, to oprócz Pięcioksięgu uznawali tradycję ustną: uważali, że Prawo spisane przed wiekami wymaga interpretacji stosownie do zmieniających się potrzeb i warunków życia. Poglądy faryzeuszy były bardziej „nowoczesne” niż saduceuszy: wierzyli w nieśmiertelność duszy, w zmartwychwstanie po śmierci, w istnienie aniołów i demonów. Uznawali też współistnienie Bożego przeznaczenia i wolnej woli człowieka i oczekiwali przyjścia Mesjasza. Po zburzeniu Świątyni linię teologiczną faryzeuszy – w dużym uproszczeniu – przejął judaizm rabiniczny. W Ewangelii Jezus najczęściej konfrontuje się z faryzeuszami właśnie, zapewne dlatego, że byli oni najbardziej liczną grupą, reprezentującą pewien konserwatyzm religijny, któremu Jezus się przeciwstawiał. Faryzeusze, podobnie jak saduceusze, byli przekonani, że to oni są prawowitymi spadkobiercami Mojżesza i „posiadają patent” na interpretowanie Prawa.

Esseńczycy
Zupełnie inną kategorię stanowili esseńczycy. Ugrupowanie to całkowicie odcięło się od kultu świątynnego, uznając, że w niczym nie przypomina już on pierwotnego ideału. Esseńczycy żyli we wspólnotach, powiedzielibyśmy dzisiaj – monastycznych. Bardzo dbali o czystość rytualną i ścisłe przestrzeganie Prawa. Wiele czasu spędzali na modlitwie, nie mieli indywidualnej własności – wszystko było wspólne. Wierzyli w zmartwychwstanie, a wszelkie zdarzenia w życiu człowieka przypisywali przeznaczeniu, negując istnienie wolnej woli. Zajmowali się studiowaniem i przepisywaniem Pism. Prawdopodobnie to im zawdzięczamy bezcenne zwoje z Qumran. Oczekiwali końca czasów i ostatecznej bitwy, którą zwyciężą sprawiedliwi, czyli – oni sami. Esseńczycy uznawali siebie za Synów Światłości, a wszystkich, którzy do nich nie należeli – za Synów Ciemności, więc z góry było wiadomo, kto – według nich – zmartwychwstanie, a kto zostanie potępiony na wieki.

Papież Franciszek, odprawiając w Zaduszki Mszę św. w Katakumbach, przestrzegał, by nikt nie uważał siebie za „chrześcijanina wysokiej klasy”. Żadna z powyższych żydowskich grup religijnych nie poznała Mesjasza, gdy przyszedł, a przecież był On Synem posłanym przez Boga, którego wszyscy oni wyznawali. Być może i teraz osoby, które uważają się za „lepszych” chrześcijan od innych i posiadających „jedyną słuszną rację”, najbardziej narażone są na niebezpieczeństwo, że nie poznają Syna Bożego, gdy przyjdzie powtórnie.

Joanna Czech

 

Czy ty zbudujesz Mi dom na mieszkanie? (2 Sm 7,5)

Jezus nie posiadał żadnych nieruchomości na własność. Sam mówił kiedyś, że „Syn Człowieczy nie ma miejsca, gdzie by głowę mógł oprzeć” (Łk 9,58). A jednak w Jego życiu różne domy odegrały ważną rolę.

Betlejem
Jezus urodził się w towarzystwie zwierząt. Być może w Jego czasach nie było to aż tak szokujące i niespotykane, jak nam się dzisiaj wydaje. Domy najbiedniejszych Izraelitów składały się z jednego pomieszczenia, w którym było wydzielone miejsce dla ludzi i dla zwierząt. W ogóle domy w czasach Jezusa służyły głównie za schronienie na noc, natomiast całe życie rodzinne toczyło się na zewnątrz. Być może więc Jezus nie przyszedł na świat w jakimś „skandalicznym” otoczeniu, ale po prostu w najuboższym z możliwych domów, jakie istniały w tamtych czasach, i to być może dość powszechnie istniały (więcej na ten temat można przeczytać w nowym, betlejemskim numerze Galilei, który ukaże się już niebawem).

Nazaret
W Izraelu są dwie pory roku: sucha i deszczowa. I chociaż domy raczej budowano podczas pory suchej, kiedy wyschnięta ziemia przypominała skałę, to mądry budowniczy musiał pamiętać, że gdy przyjdą deszcze, gliniasty czy piaszczysty grunt rozmięknie, a dom postawiony na niepewnych fundamentach rozsypie się. Jezus mówił o tym w jednej ze swoich przypowieści (Mt 7,21-29). Solidne, skaliste fundamenty były więc bardzo ważne, by dom był trwały. Czasem do budowy domów wykorzystywano naturalne jaskinie czy ściany skalne. Tak mógł też wyglądać dom Jezusa w Nazarecie: częściowo zbudowany z kamieni, a częściowo oparty na skale. Pozostałości domu, w którym prawdopodobnie dorastał, odkryto niedawno w Jego rodzinnej miejscowości. Być może Jezus, opowiadając wspomnianą przypowieść o człowieku roztropnym i nierozsądnym, miał w oczach obraz swojego ziemskiego ojca, Józefa, i solidny dom, który ten wybudował dla swojej rodziny – tak solidny, że przetrwał aż do dzisiaj.

Kafarnaum i Betania
Typowym projektem budynku mieszkalnego w Palestynie był dom składający się z czterech pomieszczeń układających się w kształt litery E. Jedna izba była długa na szerokość domu, jej zewnętrzna ściana mogła stykać się na przykład z murem miejskim, a z drugiej strony łączyły się z nią prostopadle dwa wąskie pomieszczenia z dziedzińcem pośrodku. Życie rodzinne toczyło się na dziedzińcu: tam między innymi przygotowywano posiłki. Domy były parterowe i przykryte płaskim, „lekkim” dachem, wykonanym na przykład z gałęzi, gliny i słomy. Dachy często wykorzystywano też jako dodatkową przestrzeń do odpoczynku, spania czy modlitwy – było tam przewiewniej niż w dusznych pomieszczeniach bez okien. Dlatego przy jednej ze ścian domu znajdowały się schody lub drabina, żeby można było łatwo wejść na dach, a nawet coś wnieść, na przykład nosze z paralitykiem (Mk 2,1-12). Ta scena wydarzyła się w Kafarnaum, być może w domu Piotra, którego pozostałości niedawno odkryto. W czasie, kiedy Szymon Piotr żył i gościł w swoim domu Jezusa, budynek ten – jak inne domy w okolicy – był pozbawiony ozdób i udogodnień: wykonany z kamieni, nieotynkowany i bez podłogi, a jedynie z ubitą ziemią służącą za posadzkę.
Można przypuszczać, że dom rodzeństwa: Łazarza, Marty i Marii w Betanii, który Jezus czasami odwiedzał, również był wykonany według tradycyjnego projektu, z trzema zamkniętymi pomieszczeniami i dziedzińcem służącym za kuchnię pośrodku (Łk 10,38-42). Możemy sobie wyobrazić, że gdy Jezus nauczał w jednym z pokoi, z Marią zasłuchaną u Jego stóp, w tym czasie Marta krzątała się po dziedzińcu, gdzie znajdował piec do chleba i pewnie ognisko, i gdzie było duszno i gorąco. Nie słyszała, o czym mówi Jezus – była na zewnątrz, widziała tylko, że goście, którym co jakiś czas donosiła potrawy, wygodnie odpoczywają, kiedy ona haruje. Z pewnością miała więc inny punkt widzenia niż jej siostra.

Jerozolima – Wieczernik, dom Kajfasza, Pretorium
Na Ostatnią Wieczerzę Jezus wybrał sobie dom położony w zamożniejszej części miasta, w tzw. górnej Jerozolimie. Nie wiadomo, kto był właścicielem tego domu, ale budynek musiał należeć do zasobnej osoby, ponieważ, oprócz niezbędnych pomieszczeń, zawierał również dużą, gościnną salę na piętrze, zapewne przewidzianą na częste uczty dla dużej liczby osób.
Ostatnią noc Jezus spędził również w bogatej, willowej dzielnicy Jerozolimy, zamieszkałej przez najznamienitszych obywateli. Domy w tamtej okolicy naśladowały rzymski styl architektoniczny. Były zbudowane wokół dużego, centralnego dziedzińca, podłogi miały wykonane z mozaiki, a ściany pokryte freskami. Nie brakowało też takich niezbędnych elementów, jak łaźnie do  rytualnych oczyszczeń czy piwnice do przechowywania wina i żywności – w jednej z takich piwnic, w domu arcykapłana zamknięto na noc pojmanego Jezusa. Na dziedzińcu tego domu stał zaś Piotr i grzał się przy ognisku.
Zanim wyprowadzono Jezusa na drogę krzyżową, został On postawiony przez Piłatem w jego rezydencji. Wcześniej uważano, że Pretorium znajdowało się na terenie twierdzy Antonia nieopodal Świątyni Jerozolimskiej. Niektórzy badacze dowodzą jednak, że bardziej prawdopodobne jest, że rzymski namiestnik mieszkał w dawnym pałacu króla Heroda Wielkiego. Jeśli tak było, to Jezus wyruszył na swoją mękę z najwspanialszego, najbardziej okazałego i najbogatszego domu w całej Jerozolimie i w całej Judei. Czy nie ma w tym pewnej ironii – ziemska droga Jezusa zawiodła Go od „stajenki” po „pałac”?
W Jerozolimie był jeszcze jeden dom – dom samego Boga. Kiedy Jezus umarł na krzyżu, zasłona, oddzielająca Boga zamkniętego w Jego najświętszym miejscu, rozdarła się na dwoje, z góry na dół. I odtąd domem Boga stał się cały świat, już bez żadnych ścian i rozgraniczeń.

Joanna Czech

 

Jakub był ojcem Józefa, męża Maryi, z której narodził się Jezus, zwany Chrystusem (Mt 1,16)

Zdarzyło mi się niedawno uczestniczyć jako tłumacz w przesłuchaniu pewnego Amerykanina. Miał on na początku podać do protokołu imię ojca. Zaskoczony, dłuższą chwilę szukał w pamięci, jak to też miał na imię ten jego ojciec. Dziwne, prawda? Wydawałoby się, że znajomość imion rodziców jest absolutnym minimum wiedzy o swoich przodkach. Ale co kraj, to obyczaj... Choć można też zauważyć rozwijającą się modę na odszukiwanie własnych korzeni, własnej tożsamości, korzystając ze współczesnych technologii, takich jak badania genetyczne czy chociażby tworzenie drzew genealogicznych za pomocą specjalnych programów internetowych. Dzisiaj jest to o wiele łatwiejsze niż kiedyś.
W starożytności genealogie również były popularne, choć miały inną postać i cel niż nasze „drzewa”. Mogły one stanowić pierwszą próbę zapamiętania i przekazania kolejnym pokoleniom historii danego narodu. Nie obejmowały wszystkich członków rodziny, a jedynie przedstawiały liniowo imiona ojców, którzy „zradzali” kolejnych synów.  Taka liniowa genealogia jest zawarta w Rdz 5, gdzie wymieniono poszczególne pokolenia od Adama do Noego wraz z podaniem liczby lat przeżytych przez każdego z mężów. Nieco bardziej rozbudowany jest rodowód w Rdz 10 – tzw. tablica narodów – który podaje dzieje rodów wywodzących się od trzech synów Noego, praprzodków całej ludzkości.
W księgach Starego Testamentu napotykamy liczne genealogie narodu wybranego, które nie zawsze ściśle się ze sobą pokrywają. Zdarza się, że biblijne rodowody pomijają niektóre pokolenia. W tych spisach nie chodziło tyle o wierne zachowanie w pamięci wszystkich przodków, co raczej o wykazanie ciągłości na przykład linii królewskiej lub kapłańskiej. W Izraelu kapłanami mogli być tylko potomkowie Lewiego.  Po powrocie z niewoli babilońskiej mężczyźni, którzy nie byli w stanie wykazać czystości swego kapłańskiego pochodzenia, byli wykluczani ze stanu kapłańskiego. Genealogie okazywały się też przydatne przy okazji roku jubileuszowego, kiedy anulowano wszystkie długi. Jeśli więc ktoś oddał w zastaw ziemię i chciał ją odzyskać przy okazji jubileuszowej dyspensy, musiał udowodnić na podstawie rodowodu, że wywodzi się z rodu, któremu dane terytorium zostało przyznane przy podziale Kanaanu po zdobyciu go przez Izraelitów. Oczywiście genealogie nie były używane jedynie przez Izraelitów, ale również przez inne, współczesne im ludy, które w ten sposób prowadziły dokumentację swoich rodów królewskich. W Egipcie na przykład rodowody służyły też jako „podstawa opodatkowania”, dlatego czasem uważano za stosowne pominąć tego czy owego znamienitszego przodka, żeby podatek był mniejszy.
Niektóre starożytne genealogie zamiast imion poszczególnych osób mogą podawać nazwy rodzin, plemion, narodów a nawet krain zamieszkiwanych przez daną społeczność, w ten sposób przekazując większą historię, wykraczającą poza dzieje konkretnego rodu. Rodowody mogły też być narzędziem narracji literackiej i np. zawierać tę samą liczbę pokoleń pomiędzy szczególnie ważnymi postaciami (np. 10 pokoleń od Adama do Noego i 10 pokoleń od Noego do Abrahama).  W Biblii genealogie występują nie tylko w Starym Testamencie, ale też w Ewangelii (znaczenie rodowodu Jezusa w Ewangelii wg. św. Mateusza i Łukasza zostało bardzo ciekawie wyjaśnione w nowym numerze Galilei, który ukaże się już niebawem). Dla nas mogą się wydawać nudne i niewiele mówiące, ale dla Żydów współczesnych autorowi Ewangelii były bardzo czytelnym „kodem”: jasno dowodziły, że w Jezusie zawiera się i wypełnia cała historia Izraela i spełniają się proroctwa o Mesjaszu. Każde imię w rodowodzie Jezusa dla Żydów znających Pisma było oddzielnym i wymownym symbolem.
Bardzo dobrze można to sobie wyobrazić na prostym przykładzie: Kiedy czytamy historię rodu obcej, obojętnej nam osoby, to poszczególne imiona nic dla nas nie znaczą. Ale kiedy przyglądamy się swojej własnej genealogii, to każdy przodek stanowi oddzielną historię, która napawa nas dumą i powoduje wzruszenie i radość, że do tak znamienitej rodziny należymy. Podobnie pierwsi uczniowie Jezusa, słuchając odczytywanego uroczyście Jego rodowodu, musieli odczuwać podniosłość wydarzeń, które stały się ich udziałem i radość z tego, że też należą do „wybranej rodziny” i są częścią historii, która zmienia postać całego świata.
Żydowscy nauczyciele twierdzili, że genealogie są dowodem Bożej wierności. Niektórzy uważali nawet, że wszystkie małżeństwa i „zrodzenia” w historii naszych przodków są większym cudem niż przejście przez Morze Czerwone: jestem tym, kim jestem, ponieważ Bóg mnie takim zaplanował na wiele pokoleń wstecz, na długo zanim powstał świat.

Joanna Czech

 

Postanowiłem więc i ja zbadać dokładnie wszystko od pierwszych chwil. (Łk 1,3)

Czasem rodzic pisze list do dziecka o sprawach, których ono jeszcze na razie nie jest w stanie zrozumieć, do których musi dojrzeć. Rodzic o tym wie i z wielką troską i czułością dobiera słowa, kochając dziecko teraz i w przyszłości, kiedy będzie ten list czytać. Trochę podobnie jest ze słowem Bożym, które Ojciec pisze do nas, z troską i czułością, czekając, aż pewnego dnia odkryjemy Jego list. Słowo Boże, już odkryte, staje się relacją między Bogiem a mną, inną każdego dnia. W takim sensie ja też, po części, jestem jego współautorem, sprawiając, że słowo Boże staje się w moim życiu, każdego dnia na nowo i inaczej. I po części ja też staję się tym słowem. Może dlatego tak lubimy słuchać wykładów biblijnych, że one są o nas samych. Kiedy ktoś opowiada o Biblii, to opowiada też o tym, kim ja jestem, o słowie Bożym, które indywidualnie ożywa we mnie, stając się częścią mnie samego, bez której po pewnym czasie już nie wyobrażam sobie życia.
Ale są też jeszcze autorzy, którym przypadło w udziale spisanie poszczególnych ksiąg Pisma Świętego, tej tradycji, która w przypadku Pierwszego Przymierza była przekazywana ustnie przez pokolenia, a w przypadku Ewangelii – głoszona przez bezpośrednich świadków.
Imiona czterech Ewangelistów utrwaliły się już w bardzo wczesnej tradycji chrześcijańskiej – same Ewangelie nie zostały podpisane przez ich autorów. Jeśli chodzi o kolejność powstawania Ewangelii kanonicznych, to dzisiaj badacze uważają, że pierwsza światło dzienne ujrzała Ewangelia wg św. Marka: jest ona najkrótsza i napisana nieco „kulejącą” greką. Marek spisał Ewangelię „pod dyktando” św. Piotra, którego był uczniem i towarzyszem. Pozostali dwaj synoptycy, Mateusz i Łukasz, pisząc swoje „wersje” Ewangelii, polegali w dużej mierze na Piotrowym świadectwie zawartym w pierwszej Ewangelii, rozbudowując tę historię (obie Ewangelie są dwukrotnie dłuższe od Markowej) i nieco „poprawiając” stylistycznie.
O powstaniu dwóch pierwszych Ewangelii dowiadujemy się od żyjącego na przełomie I i II w. św. Papiasza, który wspomina o Marku i Mateuszu w swoim dziele Kyriakon logion exegesis. Święty ten był też przyczyną pewnego zamieszania co do chronologii powstawania Ewangelii. Stwierdził on, że na początku o Jezusie napisał Mateusz, i to po hebrajsku. Uznano więc, że pierwsza była Ewangelia wg św. Mateusza, spisana po hebrajsku i że hebrajski oryginał, przetłumaczony później na grekę, bezpowrotnie zaginął. Dziś jednak badacze uważają, że Papiaszowi chodził o inne dzieło Mateusza: że zanim jeszcze powstała pierwsza Ewangelia, spisał on po hebrajsku słowa (loggia) Jezusa. Następnie Marek napisał po grecku Ewangelię, która zyskała „popularność” wśród chrześcijan w I. wieku, a dopiero później Mateusz, korzystając z wcześniejszych loggiów i relacji św. Piotra spisanej przez Marka, napisał swoją Ewangelię – już od razu po grecku. Do Ewangelii Mateusza bardzo chętnie sięgali Ojcowie Kościoła w II w.
Mateusz sam był uczniem Jezusa, a jednak pisząc o Nim, polegał nie tylko na własnej pamięci, ale też na przekazanym przez Marka (który nie był jednym z Dwunastu) świadectwie Piotra. Dowodzi to, jak wielkim autorytetem musiał cieszyć się Wielki Rybak wśród wyznawców Chrystusa, ale też, że Mateuszowi nie zależało na tym, by „zaistnieć” jako uczeń Jezusa, który może miał jakieś lepsze źródła, który może wiedział o Jezusie to, czego nie wiedział św. Piotr. Autorom Ewangelii chodziło o jak najwierniejsze przekazanie świadectwa o życiu i nauce Mesjasza, nie o to, by samym przy okazji zyskać sławę.
Następny w kolejności Ewangelista Łukasz również nie tworzy własnej wersji wydarzeń (choć, jak sam wspomina na początku, „Wielu już starało się ułożyć opowiadanie o zdarzeniach, które się dokonały pośród nas” (Łk 1,1)). Jemu również nie zależy, by zabłysnąć jako autor Ewangelii, ale „abyś się mógł przekonać o całkowitej pewności nauk, których ci udzielono” (1,4). Pokazuje to, jak ważna dla pierwotnego Kościoła była pamięć o Jezusie i jak wielką wagę przykładano do tego, by jak najwierniej zachować i przekazać kolejnym pokoleniom Jego naukę: taką, jaka ona była naprawdę, bez upiększeń, bez rozbudowywania historii w miarę upływu lat (jak na przykład czynią to tzw. ewangelie apokryficzne).
Każda z czterech Ewangelii powstała w konkretnym kontekście historycznym (zburzenie Świątyni Jerozolimskiej, prześladowania pierwszych chrześcijan) i jest skierowana do konkretnej grupy odbiorców (Mateusza do Żydów, pozostałe do chrześcijan wywodzących się z pogan), każda ma też swoje indywidualne cechy (rabiniczna retoryka Mateusza, sekret mesjański Marka, intymność Jana), ale wszystkie przekazują tę samą prawdę i wzajemnie się uzupełniają. 

Joanna Czech

 

To wszystko mówił Jezus tłumom w przypowieściach, a bez przypowieści nic im nie mówił. (Mt 13,34)

Gdyby Jezus przyszedł na świat dzisiaj, na pewno używałby innych środków przekazu niż 2 tysiące lat temu w Palestynie. Raczej nie chodziłby, jak wtedy, od miejscowości do miejscowości, bo trudno sobie wyobrazić, żeby ludzie nam współcześni – my sami – podążali za Nim tłumnie wszędzie tam, dokąd by się udawał, by słuchać Jego nauki.
Dwa tysiące lat temu w Palestynie w zasadzie jedynym, szeroko dostępnym środkiem przekazu było słowo mówione. Dlatego Jezus mówi bezpośrednio do swoich uczniów i do tłumów, przyzwyczajonych do słuchania i zapamiętywania tego, co usłyszeli.
Można powiedzieć, że w swoich mowach Jezus stosuje pewne techniki, by osiągnąć zamierzony cel: zaciekawić, zaintrygować, zmusić do myślenia. Często używa jaskrawych kontrastów, nieoczekiwanych porównań, obrazowych hiperboli, retorycznych pytań; wszystko po to, by „obudzić” słuchaczy, by Jego słowa nie wpadły jednym uchem i wypadły drugim, ale by zostały w sercu i głowie, nie dając spokoju i każąc szukać zrozumienia.
Jezus mówi do tłumów „w przypowieściach”. Greckie słowo parabole oznacza porównanie lub analogię. Hebrajskim odpowiednikiem tego terminu jest mashal, co można przetłumaczyć jako przysłowie, zagadkę, porównanie lub powiedzenie mędrca. Takie opowieści pojawiają się w wielu starożytnych kulturach, gdzie często mają charakter baśniowy. Są też obecne w tradycji żydowskiej, również w księgach Starego Testamentu, przy czym – w odróżnieniu od innych tradycji – bohaterami hebrajskich przypowieści są ludzie. Przypowieściami posługiwali się też rabini. Jezus w swoich historiach używa podobnych wzorów i czasem wykorzystuje „gotowe”, znane już schematy. Jego przypowieści wyróżniają się jednak tym, że, po pierwsze, są skierowane do „niewykształconych” słuchaczy: rolników i rybaków z Galilei, a po drugie, podważają tradycyjne wartości religijne, i to czasem w dość szokujący sposób.
Jezus często używa obrazów rolniczych, ale być może rolnicy, słuchając Go, mogliby uznać, że zupełnie nie zna się na uprawie ziemi czy hodowli zwierząt. Który pasterz, na przykład, rzeczywiście zostawiłby całe stado bez opieki, by szukać jednej zgubionej owcy, która prawdopodobnie już dawno została pożarta przez dzikie zwierzęta lub połamała sobie nogi? Być może dla słuchaczy przypowieści Jezusa były prowokacyjne, ale czy Jemu nie chodziło właśnie o to?
W Nowym Testamencie nikt oprócz Jezusa nie posługuje się przypowieściami. Badacze Pisma Świętego uważają to za dowód na ich autentyczność: Jezus musiał rzeczywiście sam je opowiadać, bo komu później przyszłoby do głowy „wkładać” w Jego usta historie, jakich nie było w innych pismach. Niektórzy naukowcy twierdzą z kolei, że interpretacje przypowieści nie pochodzą od Jezusa, ale są późniejszym dodatkiem. To jednak też wydaje się mało prawdopodobne: w starożytnych źródłach przypowieściom zazwyczaj towarzyszy ich wyjaśnienie, gdyż inaczej pozostałyby niezrozumiałe i do niczego by nie służyły. Jezus często tłumaczy swoje przypowieści na osobności uczniom. My dzisiaj już wiemy, że aby zrozumieć Jezusa, nie wystarczy pozostawać gdzieś daleko, „w tłumie”, ale trzeba podejść jak najbliżej, usiąść u Jego stóp, wśród najbliższych uczniów, i nauczyć się Go słuchać i – słyszeć.
Jezus sam niczego nie napisał – oprócz kilku słów na piasku pewnego razu. Historia Jego życia i Jego nauka też pierwotnie były powtarzane ustnie przez bezpośrednich świadków. Kiedy później – w 2. połowie I w. – powstały spisane Ewangelie, to na początku też głównie ich słuchano: raz, że księgi (wtedy jeszcze zwoje) były bardzo drogie, a poza tym mało kto umiał czytać. Ewangelię odczytywano więc podczas spotkań pierwszego Kościoła, zapewne w prywatnych domach chrześcijan, gdyż nie było jeszcze specjalnych świątyń. Już w drugim wieku na zgromadzeniach uczniów Jezusa oprócz ksiąg Pierwszego Przymierza  czytano też pisma, które później weszły do kanonu Nowego Testamentu. Ewangelia miała więc na początku nie tyle czytelników, co słuchaczy. Jej pierwsze „egzemplarze” zapisywały się w umysłach przyzwyczajonych do słuchania i zapamiętywania całych opowieści. Takie „księgi” nic nie kosztowały, a jednocześnie były bezcenne! Możemy się w tym względzie wiele nauczyć od pierwszych chrześcijan.
(na podstawie Cultural Backgrounds, Study Bible, Bringing to Life the Ancient World of Scripture)

Joanna Czech

 

Początek Ewangelii o Jezusie Chrystusie, Synu Bożym (Mk 1,1)

Ewangelia o Jezusie Chrystusie, Synu Bożym jest jedyna w swoim rodzaju i nieporównywalna do żadnej innej księgi. A jednak – jako gatunek literacki – w pewnym sensie przypomina dzieła biograficzne, które powstały w podobnym okresie. Autorzy Ewangelii musieli przecież posługiwać się pewnymi konwencjami, by być zrozumiałymi dla adresatów. Być może typowe cechy biografii z tamtego czasu jeszcze bardziej uwiarygodniają autentyczność Ewangelii kanonicznych, na przykład w porównaniu do tekstów apokryficznych czy gnostyckich, które powstały o wiele później i według innych schematów literackich (gdyby ktoś jeszcze takiego uwiarygodnienia potrzebował).
W starożytności często upamiętniano życie ważnych postaci z nieodległej przeszłości w formie biografii. Różniły się one jednak znacznie od tego, co współcześnie rozumiemy pod tym pojęciem. Przede wszystkim były dużo krótsze niż znane nam powieści biograficzne – mniej więcej podobnej długości jak Ewangelie. Po drugie nie musiały zaczynać się od dzieciństwa bohatera i niekoniecznie były ułożone w porządku chronologicznym. Autorzy biografii układali materiał tematycznie, według obranego przez siebie schematu (np. z podziałem na mowy, dzieła, podróże, dokonane cuda itp.), stąd nie powinna nas dziwić odmienna kolejność wydarzeń u poszczególnych Ewangelistów.
Zadaniem biografii było nie tylko opisanie życia bohatera, ale też przekazanie pewnej moralnej lekcji. Biografowie opierali się jednak na faktach i wystrzegali „naciągania” rzeczywistości do osiągnięcia zamierzonego celu. Od biografów, podobnie jak od historyków, wymagano rzetelności. Pisząc o bohaterach z dalekiej przeszłości, zastrzegali więc, że pewne informacje mogą być jedynie legendą. Jeśli jednak biografia dotyczyła osoby, która żyła w ostatnich kilkudziesięciu latach i wciąż pozostawała w żywej pamięci świadków, było wystarczająco dużo źródeł pewnych i wiarygodnych informacji. Starożytne biografie były więc zdecydowanie literaturą faktu, nie fikcji. Możemy się więc spodziewać tego samego po Ewangeliach: nie ma powodu, by ich autorzy próbowali łamać konwencje i dodawać do biografii swojego Mistrza niesprawdzone czy mało prawdopodobne informacje.
Starożytni historycy, w tym również biografowie, tworzyli swoje dzieła z poczuciem moralnej odpowiedzialności. Opisywane przez nich wydarzenia miały być dla czytelników lekcją, jak należy postępować, a czego unikać. Podobnie Ewangelie zawierają teologiczne przesłanie, które może i powinno wywierać wpływ na życie tych, którzy je czytają.
Oczywiście Ewangelie w pierwszej kolejności dotyczą Osoby Jezusa. W starożytności powinnością uczniów było opowiadanie o mistrzu, powtarzanie jego nauki, wspominanie jego dokonań. Apostołowie i pozostali uczniowie Jezusa nie różnili się w tym zbytnio od naśladowców innych nauczycieli w tamtych czasach. Taki był zwyczaj, by zachować pamięć o wybitnej osobie, i dzięki temu uczniowie Jezusa też wiedzieli, co mają robić, by pamięć o Mesjaszu przetrwała.
(na podstawie Cultural Backgrounds, Study Bible, Bringing to Life the Ancient World of Scripture)

Joanna Czech

 

Szymon odpowiedział: «Przypuszczam, że ten, któremu więcej darował» (Łk 7,43)

Znamy doskonale scenę z domu faryzeusza Szymona, kiedy do Jezusa przychodzi kobieta, „która prowadziła w mieście życie grzeszne”. Kobieta ta, nieznana z imienia, reaguje całą swoją osobą na Osobę Boga-Człowieka. Dla odmiany faryzeusz, którego imię znamy, zachowuje rezerwę i chłód w stosunku do Syna Bożego. Gdy Jezus zadaje mu pytanie o to, co jest najważniejsze w życiu, ten – nie rezygnując z faryzejskiej postawy – odpowiada: „przypuszczam”. Żeby nie było, że przyznaje Jezusowi rację, czy że daje Mu się za sobą pociągnąć, czy że Jezus otwiera w jego sercu jakieś zabarykadowane drzwi.
Szymon chyba nigdy nie żył naprawdę: nie kochał aż do cierpienia, nie upadł aż do bólu, nie pozwolił sobie na luksus przyjęcia przebaczenia grzechów. Bo zdanie wypowiedziane przez współbiesiadników: «Któż On jest, że nawet grzechy odpuszcza?» można odczytać jako: „Kim On jest, że śmie oskarżać mnie o błędy?”.
Szymon nie żył nigdy naprawdę. Zawsze był tylko faryzeuszem – rolą, którą przyjął, nie dzieckiem Bożym, którym stworzył go Bóg na swój obraz i podobieństwo, z miłości.
Kiedy czytamy Pismo Święte, to pewnie czasem zastanawiamy się, czy Słowo Boże nie wymieszało się trochę ze słowem ludzkim: bo może jakieś niekonsekwencje, bo historie trudne do zrozumienia. Ale to właśnie „podwójne autorstwo” Biblii uświadamia nam, że Bóg nas stworzył, kochanymi i chcianymi, i w pełni nas akceptuje takimi, jakimi jesteśmy, ze wszystkimi naszymi słabościami. I że nie wymaga od nas rzeczy niemożliwych, ale do nas przychodzi i się objawia w taki sposób, w jaki jesteśmy w stanie Go zrozumieć.
Studiowanie historycznego, geograficznego, kulturowego i socjologicznego kontekstu biblijnego pomaga nam lepiej zrozumieć i docenić piękno relacji, jaką Bóg nawiązuje z człowiekiem od stworzenia świata, i jaką człowiek podejmuje, wciąż i wciąż, niezależnie od tego, gdzie i kiedy się znajduje. Pismo Święte zostało spisane pod natchnieniem Ducha Świętego przez ludzi pełnych pasji, którzy, stojąc przed Bogiem, nie „przypuszczają”, ale kochają całym sercem, całym umysłem, całą wolą i ze wszystkich sił. Którzy nie trzymają Boga na dystans, ale przyjmują z radością do swojego życia, nie zastanawiając się nad możliwymi konsekwencjami. Nie próbują znaleźć furtki, jak by tu uciec od Boga, który mówi: „Pójdź za mną”, „zostaw wszystko, co masz” i „nie lękaj się”, ale natychmiast, „z pośpiechem” wstają i idą. Co nie znaczy, że nagle stają się&nb

Zobacz

 

Słówko na dziś

j. grecki
δικαιόω usprawiedliwiam (dikaio)

j. hebrajski
lyix; siła (hajil)

 

Artykuły

» więcej artykułów

Szkoła Biblijna Archidiecezji Gdańskiej

Zajęcia we wtorki:
Gdańskie Archidiecezjalne Kolegium Teologiczne (aula)
ul. Armii Krajowej 46
81-365 Gdynia

Zajęcia w środy:
Wydział filologiczno-historyczny Uniwersytetu Gdańskiego (aula)
ul. Wita Stwosza 55
80-952 Gdańsk

Telefon

+48 507 923 209

E-mail

kontakt@szkolabiblijna.gda.pl

Numer konta:

SANTANDER
17 1090 1102 0000 0001 3465 7428

W tytule przelewu prosimy podać:
Imię i nazwisko z dopiskiem Szkoła Biblijna
Koszt: 120 zł / semestr

Używamy plików cookies Ta witryna korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności i plików Cookies .
Korzystanie z niniejszej witryny internetowej bez zmiany ustawień jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików Cookies. Zrozumiałem i akceptuję.
62 0.11596703529358