TWOJA SZKOŁA BIBLIJNA

Dla zainteresowanych Pismem Świętym

28 marca 2020

Ziemia Święta - miejsca w sercu

Ein Karem – zranione Bogiem

Ze wzgórza Ein Karem rozciąga się malowniczy widok na okoliczne lasy i miejscowości. To miejsce, podobnie jak wiele innych w Ziemi Świętej, z rozgrzanym, nieco przymglonym powietrzem, pachnące śródziemnomorską przyrodą, napawa serce pokojem i koi udręczoną duszę. W tym miejscu, w jego ciszy i bezpieczeństwie, łatwiej można uzmysłowić sobie, że jestem dzieckiem Boga. Że moim Panem jest Bóg, więc czegóż miałbym się lękać.
W Ein Karem spotkały się kiedyś dwie dzielne niewiasty, obie dotknięte Bogiem. Obie zranione Bogiem. Obie nosiły pod sercem nowe życie, nową nadzieję, nową miłość, ale też… zapowiedź nowego cierpienia. Były dzielne i odważne, gdyż bez wahania przyjęły dar Boga: miłość przeszywającą serce mieczem boleści.
Każda przecież miłość, każde przywiązanie, każda przyjaźń wiąże się z nieuchronnym rozstaniem. A każde rozstanie boli. Bardzo boli. Tak bardzo, że aż nawet… można zwątpić w Boga.
W spotkaniu Marii i Elżbiety nie ma jednak ani cienia lęku. Jest za to morze radości. Radują się kobiety, raduje się dzieciątko w łonie Elżbiety. Jest nadzieja, że wszystko dobrze się skończy. Bo przecież naszym Panem jest Bóg. W postawie kobiet nie widać niepokoju o przyszłość; nie myślą, co to będzie, jak to będzie, chociaż przecież i syn jednej, i Syn Drugiej zginą marnie – przynajmniej w oczach świata. Ale oprócz ludzi jest jeszcze Bóg. Oprócz tego, co ludzkie, jest jeszcze to, co Boskie. Bóg, który NIGDY nie opuszcza człowieka. Bóg, który dotyka człowieka i uczy go miłości.
Można pomyśleć: po co kochać, skoro cierpienie, choroba, rozstanie, śmierć, ból. Ale kiedy mielibyśmy nauczyć się miłości, jak nie teraz, w tym życiu? Jeśli tu, na ziemi, nikogo nie pokochamy, to kogo będziemy kochać na wieczność w domu Ojca? Jeśli tutaj nie pożegnamy kogoś bliskiego, bardzo ukochanego, to kto nam potem wyjdzie na spotkanie w królestwie niebieskim, kiedy tam wreszcie dotrzemy, tam, gdzie nie ma już cierpienia ani lęku, a jest tylko sama radość, aż po horyzont, jak okiem sięgnąć.
Dlatego tutaj, teraz, Bóg, który nas niezmiennie kocha, uczy nas żyć NAPRAWDĘ: uczy wybierać to, co ważne, uczy kochać, uczy dostrzegać Jego obecność w każdym wydarzeniu naszego życia, uczy nie lękać się, uczy zawierzać Mu, i powstawać, codziennie na nowo powstawać i wzrastać. Uczy pozwalać obumierać temu w nas, co jest ulotne, nietrwałe, by rodzić się coraz bardziej do życia, do wolności, do miłości, do wieczności.
Czy moje serce jest zranione Bogiem? Czy może zamknąłem przed Nim drzwi?

Joanna Czech

 

Tabor - wielka niewiadoma

Góra Tabor jest trochę nierzeczywista. Ni z  tego ni z owego wyrasta pośrodku żyznych, galilejskich pól. Wydaje się być jakby nie na miejscu, z innej bajki jakby.  No ale cóż.
Tak to wygląda, kiedy się patrzy na nią z dołu. Kiedy jednak jest się na jej szczycie, w sumie wcale nie tak wysokim, to wydaje się, jakby się przeniosło w trochę inny świat. Zgiełk życia codziennego zostaje w dole, a tu na górze panuje odwieczny, niczym niezmącony spokój. Kiedy, w tej ciszy i spokoju, w tym takim trochę zatrzymaniu w pół kroku, spojrzy się na otaczający krajobraz, to zwykłe problemy wydają się być równie odległe jak oglądane widoki.
Dlaczego Jezus wybrał to miejsce na swoje przemienienie? I dlaczego tyle innych, ważnych momentów w historii miłości Boga do człowieka wydarzyło się na górze, a nie w dolinie?
Jak się wejdzie na szczyt góry, to już nie ma dokąd iść. W ludzkiej naturze leży, by wciąż dążyć: dalej, wyżej, doskonalej. A stąd, z wierzchołka góry, gdzie jeszcze można się wspiąć?
Człowiek szuka, zdobywa, odkrywa, próbuje zrozumieć, wdrapuje się na szczyty. Człowiek chciałby wiedzieć, kontrolować, planować, przewidywać, móc powiedzieć, co wydarzy się jutro, za miesiąc, za rok. Pokonuje kolejny szczyt, ale na szczycie okazuje się, że jest jeszcze więcej pytań niż odpowiedzi.
Odkąd uczniowie Jezusa poznali swego Mistrza, to już nigdy więcej nie potrafili przewidzieć, co wydarzy się kolejnego dnia: jaki cud, jakie spotkanie, jaka radość, jakie cierpienie. Kiedy Jan, Jakub i Piotr wspinali się z Jezusem na tę górę Tabor, to też nie mogli się spodziewać, w najśmielszych snach, co ich tam może spotkać. Ale czy nie na tym właśnie polegało piękno ich relacji z Synem Człowieczym, że była całkowicie poza ich kontrolą? Każdy kolejny dzień spędzony z Nim musiał być dla nich wielką niewiadomą. To nie oni Jemu narzucali plan dnia. To nie oni mówili: dziś pójdziemy tam i tam i zrobimy to i to. Skąd mogli wiedzieć, jak się potoczą ich losy? Nie wiedzieli, nie przewidywali i nie pojmowali tak do końca tego, co się w ich życiu zadziewało. Dopiero później, kiedy wypełniło się wszystko, co miało się wypełnić, zaczęli powoli rozumieć sens zdarzeń, słów, gestów – że były potrzebne w tym właśnie momencie, w którym się wydarzyły, choć oni sami wtedy jeszcze nie wiedzieli, po co.
A w czym my sami różnimy się od uczniów, że wydaje się nam, że musimy wiedzieć, co będzie, jak będzie, że musimy planować i, co za tym idzie, bez przerwy się zamartwiać, bo przeróżne prognozy zazwyczaj są raczej złe? A jak czegoś nie wiemy, czegoś nie kontrolujemy, to zaczynamy się bać.
A tymczasem wszystkie włosy na naszych głowach są policzone.
Na górze Tabor jest ładny, zadbany ogród. Widać, że ktoś z troską się nim opiekuje. Że ktoś wkłada dużo serca w to, by można było w tym miejscu odetchnąć, poczuć spokój i bezpieczeństwo. I przypomnieć sobie, że nie ma potrzeby tak bardzo się w życiu zamartwiać, wszystkiego lękać, wszystkiego się bać. Że jest dobry Ojciec, który o wszystkim pomyślał, wszystko zaplanował, i który wie doskonale, z niezachwianą pewnością, o będzie jutro, za miesiąc, za rok, za tysiąc lat.
Stojąc tutaj, na górze Tabor, tak trochę wyżej, trochę ponad codzienne sprawy i troski, można głębiej odetchnąć, poluzować uścisk na sterach życia i pomyśleć: On wszystko wie. I to wystarczy. Na górze, patrząc na świat z innej perspektywy niż zwykle, można bardziej i mocniej Jemu zaufać.

Joanna Czech

 

Nazaret - bazylika

No cóż… Do Ziemi Świętej na razie nie pojedziemy. Ani specjalnie donikąd chwilowo. Ale przecież Jerozolima jest najbardziej i najbliżej w sercu. Jerozolima, miasto pokoju. Ziemia Święta, ziemia pokoju. Tego pokoju, spokoju ducha teraz nam bardzo mocno potrzeba.
Szósta rano. Za oknem arabskiego hostelu w starej części Nazaretu pieje kogut. Na zewnątrz powietrze jeszcze jest rześkie, ale słońce wdrapuje się już po kamiennych murach budynku, by za godzinę, dwie przypomnieć o sobie z całą mocą.
Wąskie uliczki starego miasta są teraz puste i lśniące czystością, świeżo uprzątnięte. Bazary pozamykane. Zaułki tak podobne do siebie, że łatwo zgubić drogę. Ale tu nie jest donikąd daleko; w końcu, nawet jak ktoś specjalnie nie ma orientacji w terenie, i tak wychodzi się na plac, nieproporcjonalnie duży do rozmiarów miasteczka, otoczony murem, a za murem – Bazylika Zwiastowania Pańskiego.
O tej porze, o poranku, można zapomnieć, że Nazaret jest celem niekończących się pielgrzymek. Wędrowcy ze wszystkich części świata jeszcze nie wylali się ze swoich hoteli. W kościele też pusto. Za chwilę na ołtarzu przy grocie – domu Maryi, zanim jeszcze zamieszkała z Józefem, będzie sprawowana Najświętsza Ofiara. Oprócz kapłana i kilku sióstr zakonnych nie będzie prawie nikogo.
To najpiękniejsze chwile w tym mieście. Takie, które na długo zapadają w serce. Jest coś wyjątkowego i odwiecznego w Mszy Świętej, tej ogromnej tajemnicy, celebrowanej w miejscu, w którym anioł zwiastował młodej dziewczynce, że zostanie Matką Boga. Wydawałoby się, że na tej Eucharystii o świcie, w domku Matki Bożej, powinny być tłumy, a jest pusto. Pusto, cicho, a jednocześnie bardzo uroczyście, tak uroczyście jak podczas największego święta.
Jest coś bardzo poruszającego w tym, jak kapłan, ze spokojem i starannością, powtarza po kolei słowa i gesty, którymi Kościół od wieków, z niezachwianą ufnością, modli się do swojego Boga, do Ojca. Nie robi tego „pod publikę”, bo prawie nikogo tu nie ma. Wierność kapłana dla świętej liturgii, żeby nic z niej nie uronić, niczego nie przeoczyć, mimo że patrzy i słucha tylko kilka osób, przypomina, w tym pustym, cichym miejscu, że to Bóg pierwszy jest wierny samemu sobie:
Bo góry mogą ustąpić
i pagórki się zachwiać,
ale miłość moja nie odstąpi od ciebie
i nie zachwieje się moje przymierze pokoju,
mówi Pan, który ma litość nad tobą (Iz 54,10).
Na zewnątrz, poza murami świątyni, Nazaret w międzyczasie się budzi. Zaczyna się kolejny dzień. Nieliczni mieszkańcy i liczni turyści spieszą, by wykonać swój plan działania na dziś. Tyle jest do zrobienia, tyle jest do zwiedzenia. Przy domku Maryi za chwilę zaczną zbierać się tłumy. Dzień jak co dzień. A jednak w sercu jest jakoś inaczej. Ta cisza, ta inność, ten odwieczny spokój Eucharystii zostaje, zasiewa się jak ziarno w sercu. Zapewne kiedyś przyniesie owoce, kto wie, może nawet obfity plon.

Joanna Czech

 

Zobacz

 

Słówko na dziś

j. grecki
διδάσκω uczę (didasko)

j. hebrajski
vr:y" dziedziczyć (jarasz)

 

Artykuły

» więcej artykułów

Szkoła Biblijna Archidiecezji Gdańskiej

Zajęcia we wtorki:
Gdańskie Archidiecezjalne Kolegium Teologiczne (aula)
ul. Armii Krajowej 46
81-365 Gdynia

Zajęcia w środy:
Wydział filologiczno-historyczny Uniwersytetu Gdańskiego (aula)
ul. Wita Stwosza 55
80-952 Gdańsk

Telefon

+48 507 923 209

E-mail

kontakt@szkolabiblijna.gda.pl

Numer konta:

SANTANDER
17 1090 1102 0000 0001 3465 7428

W tytule przelewu prosimy podać:
Imię i nazwisko z dopiskiem Szkoła Biblijna
Koszt: 120 zł / semestr

Używamy plików cookies Ta witryna korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności i plików Cookies .
Korzystanie z niniejszej witryny internetowej bez zmiany ustawień jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików Cookies. Zrozumiałem i akceptuję.
62 0.14382600784302