TWOJA SZKOŁA BIBLIJNA

Dla zainteresowanych Pismem Świętym

10 czerwca 2018

Weź się w garść!

ks. Mateusz Tarczyński

Na pytania, czym jest Królestwo Boże i gdzie je można znaleźć, można odpowiedzieć na wiele sposobów. Jednak nie tylko jedna z odpowiedzi jest prawdziwa. lecz wzajemnie się one uzupełniają. Królestwo nie objawiło się nam bowiem jeszcze w swojej pełni – możemy jednak doświadczyć na ziemi jego namiastek.
„Z królestwem Bożym dzieje się tak, jak gdyby ktoś nasienie wrzucił w ziemię. (…) Jest ono jak ziarnko gorczycy; gdy się je wsiewa w ziemię, jest najmniejsze ze wszystkich nasion na ziemi” (Mk 4,26.31). Jezus, mówiąc o Królestwie, ucieka się do metafory – z jednej strony pomaga to uchwycić coś z jego rzeczywistości, z drugiej jednak strony ukazuje niemożność całkowitego pojęcia tej tajemnicy.
Wiemy, że Królestwo Boże jest podobne do ziarna wrzuconego w ziemię. Ale kto jest siewcą? Chrystus. To On ogłosił bliskość i obecność Królestwa. Jest ono jednak rzeczywistością eschatologiczną, czyli wciąż czekającą na swoje wypełnienie. Już teraz możemy je spotkać i zauważyć, ale nie jest to jeszcze pełnia Królestwa Bożego. Dlatego też trzeba strzec się przed pokusą utożsamiania go z jedną ze znanych nam społecznych struktur czy instytucji, które dbają o ziemski dobrobyt człowieka.
Królestwo Boże jest ziarnem. Inaczej mówiąc: Królestwo Boże jest obietnicą, która zaczęła się już wypełniać. Nasienie zostało już wrzucone w ziemię przez Chrystusa, a teraz to my mamy troszczyć się o jego wzrost. Królestwo jest obietnicą powierzoną Kościołowi. Duchowy wzrost wierzących jest wzrostem Królestwa Bożego. Dopóki jednak żyjemy na tej ziemi, nie ujrzymy jego pełni: „Mając ufność, wiemy, że jak długo pozostajemy w ciele, jesteśmy pielgrzymami, z daleka od Pana” (2 Kor 5,6). Wypełnienie obietnicy Królestwa możliwe jest tylko tam, gdzie grzech traci raz na zawsze swoją moc i swoje panowanie – w Ojczyźnie tych, którzy zmartwychwstaną do życia wiecznego.

ks. Mateusz Tarczyński

 

Weź się w garść

Wziąć pełną odpowiedzialność za swoje wybory jest nie lada wyzwaniem. Dla rozwoju życia duchowego czymś nieodzownym jest jednak uznanie własnej wolności w relacji z Bogiem: to JA wybieram, każda decyzja jest MOJĄ decyzją. Bez takiej postawy nawrócenie staje się niemożliwe.
„Niewiasta, którą postawiłeś przy mnie, dała mi owoc z tego drzewa i zjadłem. (…) Wąż mnie zwiódł i zjadłam” (Rdz 3,12.13). Na pierwszy rzut oka widać, jaką piękną „spychologię” uprawiają Ewa z Adamem, szukając usprawiedliwienia dla swojego grzechu. Wpychali im na siłę do buzi ten owoc, a oni tak bardzo nie chcieli go przecież zjeść! Czy to trochę nie przypomina naszych rachunków sumienia?
To właśnie już wtedy, gdy „podsumowujemy” nasze zwycięstwa i porażki, ważą się losy naszego nawrócenia i naszej dalszej relacji z Panem: czy uznamy swoją grzeszność i potrzebę Jego miłosierdzia, czy jednak stwierdzimy, że nasze grzechy to nie do końca nasza wina, więc w sumie nic takiego się nie stało? Gwarantem prawdziwego nawrócenia (czyli takiego, które pozwala z każdego grzechu uczynić szansę na pogłębienie więzi ze Zbawicielem) jest postawa, w której człowiek wypowiada słowa: „Z głębokości wołam do Ciebie, Panie, Panie, wysłuchaj głosu mego” (Ps 130,1-2).
Prawdziwe nawrócenie to nie tylko uznanie własnego grzechu i swojej za niego odpowiedzialności, ale to również głębokie zaufanie w dobroć i przebaczającą miłość Boga: „Wszystkie grzechy i bluźnierstwa, których by się ludzie dopuścili, będą im odpuszczone” (Mk 3,28). Świadomość tego, czym jest Boże Miłosierdzie (albo czym nie jest: nie jest bowiem Miłością, która uwalnia od odpowiedzialności i skutków grzechów), nie osłabia ludzkiej woli w jej walce z grzechem, czyniąc ją zuchwałą w grzeszeniu, ale wzmacnia ją i uzdalnia do przyjęcia i pełnienia woli Bożej. Prawdziwe nawrócenie oznacza wziąć swoje życie we własne ręce, wierząc, że Pan swoją łaską te ręce wzmocni.

ks. Mateusz Tarczyński

 

Skierowani ku niebu 

 „To szabat został ustanowiony dla człowieka, a nie człowiek dla szabatu” (Mk 2,27) Słowa Jezusa z dzisiejszej Ewangelii zdają się być oczywiste. Życie pokazuje jednak, jak bardzo jesteśmy daleko od życia według nich. To tylko jedno zdanie, ale jak wielkie stawia przed nami wyzwanie!
„Nosimy nieustannie w ciele naszym konanie Jezusa, aby życie Jezusa objawiało się w naszym ciele” (2 Kor 4-10). Uświadomienie sobie, że takim samym ciałem, jakim ja jestem, stał się także Syn Boży, pomaga mi spojrzeć na siebie i na drugiego człowieka w całkiem inny sposób. Fakt, że Odwieczne Słowo przyjęło ludzką naturę i przeprowadziło ją zwycięsko przez bramę śmierci, nadaje naszej cielesności szczególny wymiar.
Nie jesteśmy odtąd jedynie kawałkiem mięsa, nawet jeśli uduchowionym, ale odkrywamy w sobie szczególną godność Dzieci Bożych, czyli osób powołanych do życia bez końca. Wszystko to, co dotyczy ziemskiego życia, w Chrystusie nabiera nowego sensu – jest odtąd skierowane ku niebu: „Zewsząd cierpienia znosimy, lecz nie poddajemy się zwątpieniu; żyjemy w niedostatku, lecz nie rozpaczamy; znosimy prześladowania, lecz nie czujemy się osamotnieni, obalają nas na ziemię, lecz nie giniemy” (2 Kor 4,8-9).
W Chrystusie możemy zyskać także nowe spojrzenie na prawo – zarówno to religijne, jak i to regulujące życie społeczne. Gdyby bowiem nie wydarzenie Wcielenia, to dobro ogółu zostałoby zabsolutyzowane, a to oznaczałoby, że nie liczy się konkretny człowiek, lecz bezwzględne prawo jako gwarancja osiągnięcia tego dobra. Słowo Wcielone przynosi jednak na świat inną logikę, w której dobro ogółu osiąga się poprzez troskę o jednostkę – prawo ma służyć człowiekowi, chronić jego godności. Módlmy się o to, byśmy tę logikę miłości każdego dnia na nowo odkrywali i według niej żyli – by nigdy Jezus nie spojrzał na nas z gniewem, zasmucony z powodu zatwardziałości naszych serc (por. Mk 3,5).

ks. Mateusz Tarczyński

 

Nie tylko Trzy Osoby  

Liturgia słowa uroczystości, w której czcimy Trójcę Świętą, rozpoczyna się przypomnieniem Mojżesza o Bożym wybraniu: „Czy słyszał jakiś naród głos Boży z ognia, jak ty słyszałeś, i pozostał żywy?” (Pwt 4,33). Po przyjściu Chrystusa na świat w ludzkim ciele słowa te nabierają jeszcze szerszego znaczenia – Bóg nie tylko pozwala się słyszeć, ale także zobaczyć, dotknąć i… pozbawić życia.
Trójca Święta to nie tylko tajemnica, przed którą mamy uklęknąć i którą mamy się zachwycić, ale to także – a może i przede wszystkim – nasze powołanie. Bóg to jedna Miłość w Trzech Osobach. Nie jest to jedynie Miłość Trzech Osób – jakiś zamknięty krąg, ale nieustające zaproszenie do włączenia się w radość oddawania się jeden drugiemu. Miłość Trójcy to miłość, która nie zamyka się w sobie samej, lecz wciąga innych.
Nie z ludzkiej zuchwałości wynika nasze powołanie do uczestnictwa w życiu Trójcy, lecz z Bożej logiki uniżania się i ogołacania przed człowiekiem: „otrzymaliście Ducha przybrania za synów, w którym możemy wołać: Abba, Ojcze!” (Rz 8,15). Chrystus, stając się człowiekiem i wypełniając swoje paschalne dzieło, otworzył nam drogę do wiecznego życia w jedności z Trójjedynym Bogiem. Wskazał, że nasze podleganie cierpieniu nie przekreśla danej nam obietnicy: „skoro wspólnie z Nim cierpimy, to po to, by wspólnie mieć udział w chwale” (Rz 8,17).
„Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody” (Mt 28,19). Trójca Święta to jednak nie tylko nasze powołanie, ale także wynikające z niego zadanie głoszenia wszystkim ludziom prawdy o tym, że życie z Bogiem to najlepsze, co może spotkać człowieka, gdy zakończy już swoje ziemskie życie. Namiastki tego życia możemy zakosztować już teraz, korzystając z łask udzielanych w sakramentach sprawowanych mocą Trójcy Świętej: w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego.

ks. Mateusz Tarczyński

 

Szumy z ziemi

„Kiedy nadszedł dzień Pięćdziesiątnicy, znajdowali się wszyscy razem na tym samym miejscu. Nagle spadł z nieba szum, jakby uderzenie gwałtownego wiatru, i napełnił cały dom, w którym przebywali” (Dz 2,1-2). Apostołowie, którzy doświadczyli Zesłania Ducha Świętego, usłyszeli szum z nieba. Tego dostąpić mogła jedynie wspólnota, która uwierzyła w obietnicę daną przez Zbawiciela, a nadzieję z nią związaną przeżywała, trwając razem na modlitwie.
Obietnica Królestwa, o której mowa, została złożona nie tylko Apostołom, ale także nam wszystkim. Problem jednak w tym, że często wolimy żyć wedle obietnic i nadziei bardzo przyziemnych. Gdy każdy żyje swoją krótkowzroczną nadzieją, trudno jest zebrać się razem. Jedynie nadzieja, która wykracza poza świat i poza czas, ma siłę jednoczenia tych, którzy jej zawierzyli.
I tak, zamiast oczekiwać szumu z nieba, który zapowiadałby przyjście Pocieszyciela, wsłuchujemy się w szumy z ziemi, które mamią nas i zwodzą. Święty Paweł podaje nam dość długą listę tych szumów: „nierząd, nieczystość, wyuzdanie, bałwochwalstwo, czary, nienawiść, spory, zawiść, gniewy, pogoń za zaszczytami, niezgoda, rozłamy, zazdrość, pijaństwo, hulanki i tym podobne” (Ga 5,19-21). Zauważając w swoim życiu te szumy, mogę być pewien, że z pewnością przestałem współpracować z łaską i zamknąłem się na działanie Ducha.
Pan zna nasze serce i wie, czy jest ono otwarte na Jego działanie i jak szeroko. Dlatego zawsze wybiera właściwy czas swojego nawiedzenia: „Jeszcze wiele mam wam do powiedzenia, ale teraz znieść nie możecie” (J 16,12). Obyśmy nie dali się zagłuszyć szumom, które odwracają naszą uwagę od tego, co liczy się naprawdę – od zbawienia. Duch Święty Pocieszyciel to nie nagroda dla najlepszych, ale Dar dla wszystkich, którzy otworzą dla Niego swe serce. Pocieszyciel, bo pomaga wytrwać w pełnej upadków wędrówce do Domu Ojca, mówiąc: „Wstawaj! To już niedaleko!”.

ks. Mateusz Tarczyński

  

Godni zaufania

Przez czterdzieści dni po swoim zmartwychwstaniu Jezus dawał swoim uczniom dowody na to, że naprawdę żyje i że nie przestał być człowiekiem. Po upływie tego czasu „wstąpił do nieba, siedzi po prawicy Ojca” – jak recytujemy w Credo. Do chwały swojego Królestwa Chrystus wstąpił, nie porzucając swojej ludzkiej natury. Przy okazji uroczystości Wniebowstąpienia Pańskiego warto ten fakt bardzo mocno podkreślić.
Odwieczne Słowo Boga nie przyjęło ciała z Maryi tylko na chwilę – by wypełnić na ziemi swoją misję. Ludzka natura została wyniesiona do niebieskiej chwały. W ten sposób Bóg raz na zawsze potwierdził niesamowitą godność każdego człowieka i to, że każdy z nas jest godzien wejść z Nim w bardzo osobistą relację: „Każdemu zaś z nas została dana łaska według miary daru Chrystusowego” (Ef 4,7). Nie mamy wyrzekać się swojej, jak to często nazywamy, ograniczonej natury, ale to właśnie dzięki niej – wcale nie „pomimo”! – możemy sięgnąć nieba, bo Syn Boży stał się człowiekiem i nigdy już nie przestanie nim być!
Na chrześcijaństwo musimy patrzeć poprzez okulary Wcielenia – cała rzeczywistość naszej wiary to nieustanne przenikanie się elementu Boskiego z ludzkim, niekończące się spotkanie wolności Boga z wolnością człowieka, ciągłe udzielanie przez Boga łaski i odpowiedź (bądź jej brak) ze strony człowieka, obietnica dawana prze Boga i pełne nadziei zaufanie (bądź jego brak) ze strony człowieka.
Dlatego też ostatni nakaz, jaki zostawia Jezus Apostołom, to: „Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu!” (Mk 16,15). Głosić ją mają poprzez nauczanie, ale przede wszystkim przez świadectwo – nie wystarczy tylko wiedza, prawdziwa wiara rodzi świadectwo życia. My też mamy być apostołami i głosić Słowo Boże „aż po krańce ziemi” (Dz 1,8). Jezus chce, byśmy byli Jego ustami, które przekażą Dobrą Nowinę innym. Uznał nas godnymi zaufania.

ks. Mateusz Tarczyński

 

Też jestem Człowiekiem

Liturgię słowa VI niedzieli wielkanocnej rozświetla zdanie wypowiedziane przez św. Piotra: „Wstań, ja też jestem człowiekiem” (Dz 10,26). Apostoł nie chciał by Korneliusz padał mu do stóp, okazując w ten sposób szacunek. Jego słowa są tylko z pozoru jedynie grzecznościowym upomnieniem. Jako Namiestnik Chrystusa, choć tytułu takiego nigdy nie używał, św. Piotr wypowiada się w imieniu Zbawiciela wobec całej ludzkości.
Przychodząc na świat, Chrystus pokazał nam, że nie musimy już padać przed Bogiem na twarz – nie oczekuje On od nas gestów, którymi mielibyśmy zasłużyć na Jego względy: „W tym przejawia się miłość, że nie my umiłowaliśmy Boga, ale że On sam nas umiłował i posłał Syna swojego” (1 J 4,10). W relacji człowieka z Bogiem inicjatywa leży po stronie Stwórcy (zob. J 15,16: „Nie wy Mnie wybraliście, ale Ja was wybrałem”), który pragnie głębokiej i bliskiej więzi. Człowiek na tę Jego łaskę ma odpowiedzieć zaufaniem i zawierzeniem, bo „w każdym narodzie miły jest Mu ten, kto się Go boi i postępuje sprawiedliwie” (Dz 10,35).
Choćby wydawało się nam, że Bóg jest raczej kimś niedostępnym, kimś dalekim, to jednak zauważmy, że od ponad dwóch tysięcy lat nieustannie próbuje – poprzez Słowo Boże i sakramenty – udowodnić nam, że jest zupełnie inaczej. Ewangelia jest Dobrą Nowiną o tym, że Bóg przenika naszą codzienność i daje się w pewnym stopniu poznać i dotknąć, chociaż wciąż pozostaje Tajemnicą.
„Już was nie nazywam sługami, bo sługa nie wie, co czyni jego pan, ale nazwałem was przyjaciółmi, albowiem oznajmiłem wam wszystko, co usłyszałem od Ojca mego” (J 15,15). Chrystus mówi do każdego z nas: „Wstań, ja też jestem Człowiekiem”. Jednak jako Zmartwychwstały Pan otworzyłem ci drzwi do zbawienia, będąc pierwszym, który przeszedł drogę prowadzącą ze śmierci do życia.

ks. Mateusz Tarczyński

 

Trudno uwierzyć na słowo

To, że każdy chrześcijanin powołany jest do tego, by głosić innym Dobrą Nowinę, wydaje się oczywiste. Problem zaczyna się, kiedy próbujemy określić, kim są ci „inni”, do których mamy pójść z Ewangelią. Jednych spisujemy z góry na stratę: „Nie ma sensu iść do niego ze Słowem, szkoda czasu i sił”. Innym natomiast nie wierzymy, słysząc, że się nawrócili. Na szczęście Ewangelia nie jest tylko w naszych rękach, ale najbardziej troszczy się o nią Ten, o którym ona mówi.
„Kiedy Szaweł przybył do Jeruzalem, próbował przyłączyć się do uczniów, lecz wszyscy bali się go, nie wierząc, że jest uczniem” (Dz 9,26). Trudno dziwić się postawie uczniów, którzy znali Szawła jako prześladowcę Kościoła. Dopiero świadectwo Barnaby, o tym, jak przemawiał on w imię Chrystusa, ich przekonało. Oto usłyszeli o konkretnych czynach świadczących o prawdziwości nawrócenia byłego już prześladowcy.
Czasem jednak najtrudniej jest uwierzyć samemu sobie w prawdziwość własnego nawrócenia. Choć inni widzą w nas „ludzi Boga”, nam samym pamięć o grzechu przesłania podstawność nazywania siebie „należącymi do Chrystusa”. Dlatego św. Jan podpowiada nam, że o prawdziwości i żywotności wiary świadczy zgodność pomiędzy teorią Ewangelii a praktyką życia według niej: „Dzieci, nie miłujmy słowem i językiem, ale czynem i prawdą. Po tym poznamy, że jesteśmy z prawdy, i uspokoimy przed Nim nasze serca” (1 J 3,18-19).
Ewangelią żyje bowiem prawdziwie jedynie ten, kto trwa w Chrystusie i od Niego czerpie siły do głoszenia zbawienia innym: „Podobnie jak latorośl nie może przynosić owocu sama z siebie – jeżeli nie trwa w winnym krzewie – tak samo i wy, jeżeli we Mnie trwać nie będziecie” (J 15,4). Trudno uwierzyć na słowo człowiekowi powołującemu się na Boga. Dużo łatwiej jest uwierzyć Słowu Boga, które widać w czynach tego człowieka.

ks. Mateusz Tarczyński

 

Inne owce 

Przyjście na świat Wcielonego Słowa otworzyło całej ludzkości na oścież bramę do zbawienia, a samego człowieka włączyło w zbawczy dramat, w którym nie jest on jedynie widzem podziwiającym „Bożą sztukę”, lecz jest jednym z aktorów. To, co Boskie, i to, co ludzkie, w Chrystusie zostało ze sobą raz na zawsze połączone. Dla nas to dowód, że Boga możemy naprawdę poznać.
Należy zaznaczyć jednak, że słowo „znać” nie oznacza w Biblii jedynie: „wiedzieć, kim ktoś jest”. Znaczenie tego słowa jest o dużo głębsze – określa się nim bowiem także bardzo bliską relację osób. Dużo bardziej zrozumiałe stają się więc słowa św. Jana: „Świat zaś dlatego nas nie zna, że nie poznał Jego” (1 J 3,1). Świat nie potrafi wejść w prawdziwie bliską relację z chrześcijanami, bo nie jest w takiej relacji z Chrystusem. Przez to chrześcijan nie rozumie i często traktuje jak ciało obce.
Jednak nie oznacza to, że chrześcijanie mają obrazić się na wszystkich i zamknąć się w swoim zamkniętym gronie. Z samej swojej natury chrześcijaństwo jest religią dialogu pomiędzy Boskością a człowieczeństwem – jest ciągłym zstępowaniem z nieba, by ziemię pociągnąć ku niebu. Dlatego też należy odnieść do siebie słowa padające dziś z ust Jezusa: „Ja jestem dobrym pasterzem i znam owce moje, a moje Mnie znają, podobnie jak Mnie zna Ojciec, a Ja znam Ojca. Życie moje oddaję za owce. Mam także inne owce, które nie są z tej zagrody. I te muszę przyprowadzić” (J 10,14-16).
Połączeni z Chrystusem jednym człowieczeństwem, w chrzcie świętym zostaliśmy włączeni także w Jego misję. Wszyscy mamy być dobrymi pasterzami oddającymi życie za współbraci i ciągle wychodzącymi poza swoją zagrodę, by przyprowadzić do Zbawiciela tych, którzy drogi do Niego jeszcze nie znaleźli. Inne owce także potrzebują Pasterza.

ks. Mateusz Tarczyński

 

Nigdy nie jest za późno 

Miłosierdzie Boże to miłość bardzo cierpliwa, wciąż przesuwająca granicę, poza którą nie ma już dla człowieka odwrotu. Miłosierdzie Boże to szansa, która nie może jednak być wykorzystana, jeśli nie zostanie poprzedzona stanięciem w prawdzie o sobie. Miłosierdzie Boże to po prostu Miłość, a ta nie może zostać narzucona wbrew woli, lecz musi zostać przez człowieka wybrana.
Taką właśnie miłość głosi św. Piotr w swojej mowie wygłoszonej po uzdrowieniu chromego. Najpierw bardzo skrupulatnie wylicza Izraelitom ich grzechy przeciw Jezusowi: „wydaliście Go i zaparliście się Go przed Piłatem, gdy postanowił Go uwolnić. Zaparliście się Świętego i Sprawiedliwego, a wyprosiliście ułaskawienie dla zabójcy. Zabiliście Dawcę życia (…)” (Dz 3,13-15). Potem jednak ogłasza im, że nie wszystko jeszcze stracone: „Pokutujcie więc i nawróćcie się, aby grzechy wasze zostały zgładzone” (Dz 3,19).
Oczywiście, ani nawrócenie, ani podjęta przez człowieka pokuta nie powodują odpuszczenia grzechów, ale pozwalają otworzyć się na przyjęcie daru Miłosierdzia. Nawrócenie i pokuta nie mogą być podejmowane jako środek do „uzyskania” odpuszczenia grzechów, lecz jako wyraz nadziei na spotkanie ze Zmartwychwstałym, który „jest ofiarą przebłagalną za nasze grzechy, i nie tylko za nasze, lecz również za grzechy całego świata” (1 J 2,2).
Spotkanie z Tym, który pokonał śmierć, jest tak wielkim wydarzeniem, że uczniowie po prostu nie wierzą własnym oczom: „z radości jeszcze nie wierzyli i pełni byli zdumienia” (Łk 24,41). Miłosierdzie Boże to bowiem miłość, której nie sposób porównać do jakiejkolwiek innej, bo żaden grzech, choćby Izraelitów odrzucających Mesjasza, nie jest na tyle wielki, by raz na zawsze zamknąć człowiekowi drogę do zbawienia. Nie dajmy się oszukać przez grzech, który nam podpowiada, że wszystko już stracone. Dobrą Nowiną przyniesioną przez Chrystusa Zwycięzcę jest bowiem zapewnienie: „Nigdy nie jest za późno!”.

ks. Mateusz Tarczyński

 

Zastrzeżony znak 

Dzisiejsza Niedziela Bożego Miłosierdzia stawia przed nami kilka pytań: po czym poznać Boga? jaki jest szczególny znak, po którym możemy rozpoznać Jego obecność i działanie? Znakiem "towarowym" Boga jest Jego Miłosierdzie. To nieprawda, że Bóg ma dwa oblicza: Sprawiedliwość i Miłosierdzie. Jego Sprawiedliwością jest to, że Miłosierdzie jest dla każdego – nikt, kto Go naprawdę pragnie, nie jest Go pozbawiony.
Wydarzeniem, w którym Miłosierdzie ukazało się najpełniej, jest krzyż. Dlaczego napisałem "wydarzeniem"? Mówiąc o krzyżu Chrystusa nie mamy bowiem na myśli jedynie Jego śmierci, ale całą tajemnicę Wcielonego Słowa: od poczęcia, poprzez mękę, śmierć i zmartwychwstanie, aż po dziś dzień, bo tajemnica ta nie skończyła się, ale wciąż się dzieje. Krzyż natomiast jest słupem granicznym pomiędzy życiem a śmiercią, jest symbolem tego zwycięskiego misterium przejścia przez śmierć do życia.
Ten, który upada pod krzyżem, jest obrazem Boga. Stwórcy pochylającego się nad swoim stworzeniem. Boga uniżającego się, by wejść w głębszą i bardziej namacalną relację z tymi, których stworzył. Boga ogałacającego się ze swojej boskości. Boga miłosiernego. Pod krzyżem upada Boże Miłosierdzie – by być bliżej ziemi, bliżej nas. Boże Miłosierdzie upadające twarzą na ziemię jest dokładnie tam, gdzie znajduje się człowiek pokonany przez grzech – na ziemi. I stamtąd Ono grzesznika podnosi. Dzięki swej pokorze, która pozwala Mu się nad człowiekiem schylić.
Dlatego św. Tomasz mówi: „Pan mój i Bóg mój”. Wypowiada jednak te słowa po stanięciu oko w oko z ranami Jezusa, które stają się znakiem miłości Boga do każdego człowieka. Miłosierdzie jest zastrzeżonym znakiem Boga. Człowiek nie potrafi bowiem być prawdziwie miłosierny tak po prostu sam z siebie, ale zawsze we współpracy z łaską, która do tego uzdalnia. Nasze miłosierdzie, jeśli jest autentyczne, jest zawsze miłosierdziem samego Chrystusa. Kto widzi człowieka prawdziwie miłosiernego, zawsze skieruje swe myśli do Źródła Miłosierdzia.

ks. Mateusz Tarczyński

 

Przaśny chleb

Czyż nie wiecie, że odrobina kwasu całe ciasto zakwasza? Wyrzućcie więc stary kwas, abyście się stali nowym ciastem, bo przecież przaśni jesteście. Chrystus bowiem został złożony w ofierze jako nasza Pascha. Tak przeto odprawiajmy święto nasze, nie przy użyciu starego kwasu złości i przewrotności, lecz na przaśnym chlebie czystości i prawdy” (1 Kor 5,6b-8).
Zawsze porusza mnie ten tekst czytany w Niedzielę Zmartwychwstania Pańskiego. Są to słowa bardzo eucharystyczne. Jeśli ktoś chce poznać głębiej istotę Eucharystii i jej znaczenie dla życia chrześcijańskiego, to powinien do słów św. Pawła wracać bardzo często. Dlaczego czytamy je akurat wtedy, gdy świętujemy zwycięstwo Chrystusa nad śmiercią? Zmartwychwstanie nadaje bowiem Eucharystii sens – ze zwykłego pokarmu (przyznajmy, że dość lichego) staje się ona pokarmem na drodze do życia wiecznego, staje się Chlebem, który karmi duszę, i Winem, które ją poi.
Zmartwychwstanie ukazuje głębszy sens życia człowieka stworzonego na obraz i podobieństwo samego Boga. Życie nie jest bowiem biernym „byciem”, lecz dynamicznym „stawaniem się”. Chrześcijanin jest ciastem na chleb, a jego życie jest ciągłym wyrabianiem tego ciasta i pieczeniem chleba. Aby być podobnym do Chrystusa, człowiek musi stać się niezakwaszonym, przaśnym chlebem. Każdy grzech, jaki pojawia się w życiu człowieka, staje się kwasem, który niszczy podobieństwo do Chrystusa.
Dlatego też liturgia słowa Niedzieli Zmartwychwstania wzywa nas do wyrzekania się grzechu, usuwania go ze swojego życia. Każda Eucharystia rozpoczyna się od uznania własnej grzeszności – nie przez przypadek. Ten sakrament, wespół ze spowiedzią, to spotkanie z Chrystusem wyrabiającym ciasto, czyli z Panem dającym łaskę będącą pomocą w upodobnianiu się do Niego. Zmartwychwstanie to wydarzenie, które nadaje sens naśladowaniu Chrystusa, bo ukazuje jego cel. Chrystus, będąc ciastem bez kwasu grzechu, wyrobionym poprzez swoją Mękę i Śmierć, w Zmartwychwstaniu stał się Chlebem dającym życie.

ks. Mateusz Tarczyński

 

Jedna tajemnica, podwójne oblicze 

Na tydzień przed Wielkanocą obchodzimy w liturgii Niedzielę Męki Pańskiej. Dzień ten odsłania przed nami podwójne oblicze tajemnicy Chrystusa. Z jednej strony uroczysty wjazd Jezusa do Jerozolimy, atmosfera triumfu i radości. Z drugiej strony zmienne nastroje tłumu, który od „Hosanna Synowi Dawidowemu!” przechodzi do „Ukrzyżuj Go, ukrzyżuj!”. I dziś dzieje się podobnie, kiedy Ewangelię mamy często tylko na ustach, a gdy przychodzi nam zmierzyć się z próbą wprowadzenia jej w życie, wolelibyśmy, żeby w ogóle nie istniała.
Triumf Niedzieli Palmowej, choć spektakularny, jest w gruncie rzeczy przelotny. Prawdziwe zwycięstwo odniesie Chrystus na krzyżu poprzez swoją śmierć prowadzącą do wielkanocnego poranka zmartwychwstania. Jest to jednak zwycięstwo narażone na wielkie wątpliwości, bo niepodpadające pod logikę przyczynowo-skutkową, w której śmierć jest zawsze końcem życia. Misterium Paschalne Chrystusa, w obchody którego wchodzimy w Niedzielę Palmową, jest wydarzeniem, w którym intelekt staje bezradny w obliczu tego, co Boskie.
Można usłyszeć czasami zarzut, że chrześcijanie są cierpiętnikami, bo czczą "trupa na krzyżu". Niedziela Męki Pańskiej zdaje się potwierdzać ten zarzut. Jeśli na krzyż nie spojrzymy z perspektywy pustego grobu, to rzeczywiście staniemy się wyznawcami Przegranego. A my wierzymy przecież w Zwycięzcę Śmierci!
Krzyż to znak przypominający nam o tragicznym w skutkach wypadku, który miał miejsce na skrzyżowaniu Nieba z Ziemią. Krzyż to przestroga przed grzechem, ale też wezwanie do przyjęcia Miłosierdzia. Dramat grzechu nie polega bowiem na samym upadku i na jego skutkach. Prawdziwa tragedia rozgrywa się wówczas, gdy człowiek nie chce przyjąć od Boga przebaczenia, bo nie wierzy, że to może mu dać siłę, by kolejny raz nie popełnić już więcej tych samych błędów. Grzech, podobnie jak krzyż, jest tajemnicą o podwójnym obliczu. Jest porażką, która może zostać przekuta w zwycięstwo Chrystusa.

ks. Mateusz Tarczyński

 

 Znak, który znaczy więcej niż znaczy

Wielki Post to nie tylko czas na pobożne refleksje o męce i śmierci Chrystusa. To przede wszystkim czas umierania dla świata, by Jezus ukrzyżowany w naszych grzechach mógł zmartwychwstać w naszym nawróceniu. Na nic zdadzą się modlitewne westchnienia i współczujące cierpiącemu Zbawicielowi łzy, jeśli nie będą one wyrazem naszego żalu nad własną niedoskonałością i całkowitego oddania się Sprawcy „zbawienia wiecznego dla wszystkich, którzy Go słuchają” (Hbr 5,9).
W logice Jezusa z Nazaretu wszystko wydaje się być odwrócone: cierpienie jest dla Niego okazją do zdania się na wolę Ojca, krzyż – chwałą i wywyższeniem, a śmierć – początkiem do nowego życia: „Ten, kto kocha swoje życie, traci je, a kto nienawidzi swego życia na tym świecie, zachowa je na życie wieczne” (J 12,25). Krzyż Chrystusa pozwala każdemu z nas wejść w głębszy wymiar rzeczywistości, wykraczający poza granice tego, co znamy. Krzyż daje nadzieję i otwiera drogę do wypełnienia obietnicy zbawienia.
Od momentu Wcielenia poznanie Boga stanęło dla każdego człowieka otworem, bo Słowo przyjęło ludzkie ciało, wchodząc w historię świata oraz stając się nowym i wiecznym przymierzem między Stwórcą a stworzeniem. Z jednej strony można odtąd określić Jego początek i koniec, z drugiej strony, poprzez swoje zmartwychwstanie wykracza Ono poza granicę tego, co mierzalne i doświadczalne. Krzyż, na którym umiera Syn Boży, staje się znakiem zwycięstwa i miejscem objawienia Bożego Miłosierdzia: „odpuszczę im występki, a o grzechach ich nie będę już wspominał” (Jr 31,34).
W tym wielkopostnym czasie, mając świadomość zbliżającej się wielkimi krokami Wielkanocy, słuchajmy z uwagą słów, które Bóg w liturgii Kościoła do nas kieruje. Każde z nich jest dla nas bowiem szansą na to, by umrzeć dla tego, co w nas grzeszne – co przeczy naszemu powołaniu do świętości.

ks. Mateusz Tarczyński

 

Wywyższony nie po to, by zawstydzić 

Jezus podobny do węża wywyższonego na pustyni? Czy nie oburza nas to, że Pan porównuje się do jakiegoś gada? Odłóżmy na chwilę na bok nasze zdziwienie i zastanówmy się głębiej nad znaczeniem słów, które Chrystus wypowiada do nas w IV niedzielę Wielkiego Postu.
„Jak Mojżesz wywyższył węża na pustyni, tak trzeba, by wywyższono Syna Człowieczego, aby każdy, kto w Niego wierzy, miał życie wieczne” (J 3,14-15). Słowa Jezusa odwołują się do wydarzeń, które miały miejsce podczas wędrówki Izraelitów przez pustynię po wyjściu z Egiptu. Zaczęli oni szemrać przeciw Bogu i Mojżeszowi. Dotknęła ich wówczas plaga jadowitych węży. Wielu zmarło od ukąszeń, co sprawiło, że zrozumieli swoje złe postępowanie.
Mojżesz, na polecenie Boga, sporządził węża z brązu, podniósł go wysoko na palu, a każdy ukąszony, który spojrzał na niego, pozostał przy życiu. Musiało to być trudne doświadczenie – patrzeć na symbol swojego cierpienia. Było to jednak spojrzenie uzdrawiające. Stanięcie oko w oko ze swoim koszmarem wyzwalało Izraelitów nie tylko z duchowej niewoli grzechu, ale także z fizycznej niewoli plagi.
Krzyż nie jest znakiem, na który mamy bać się spojrzeć. Mamy nań patrzeć z zaufaniem, choć widzimy w nim cenę, jaką zapłacił Zbawiciel za nasze grzechy. Krzyż nie jest znakiem naszego potępienia, lecz dowodem na to, że z każdej śmierci można powstać do życia. Nie jest ważne, jak bardzo zbłądziliśmy – jest zawsze droga powrotu do Ojca, a krzyż jest drogowskazem stojącym na niej. Krzyż nie ma nas zawstydzić, lecz ma nam przypomnieć o tym, że „Bóg, będąc bogaty w miłosierdzie, przez wielką swą miłość, jaką nas umiłował, i to nas, umarłych na skutek występków, razem z Chrystusem przywrócił do życia” (Ef 2,4-5).

ks. Mateusz Tarczyński

 

Wiara, która szuka zaufania 

Prawdziwie chrześcijańską jest wiara, która szuka zrozumienia. Człowiek obdarzony przez Boga rozumem i wolną wolą nie byłby sobą, gdyby nie zadawał pytania „dlaczego?” również w odniesieniu do rzeczywistości wiary. Istnieje jednak niebezpieczeństwo, że poszukiwanie zrozumienia ograniczymy jedynie do poszukiwania dowodów i argumentów. Tymczasem nie ma prawdziwej wiary bez wymagającego zaufania przejścia przez śmierć. Nie ma wiary bez krzyża.
„Gdy Żydzi żądają znaków, a Grecy szukają mądrości, my głosimy Chrystusa ukrzyżowanego, który jest (…) mocą Bożą i mądrością Bożą” (1 Kor 1,22-23.24). Dla Żydów Bóg to Ten, który objawia swoją moc w historii Izraela, który wyprowadza go „z ziemi egipskiej, z domu niewoli” (Wj 20,2), który konkretnymi znakami potwierdza swoją obecność pośród ludu. Natomiast, według przedstawicieli kultury greckiej, Bóg jest przede wszystkim Absolutem – niekoniecznie osobowym bytem, który jest źródłem i szczytem wszelkiej doskonałości, jakkolwiek się ją nazwie (Mądrość, Dobro, Prawda, Piękno…).
To wyjaśnia, dlaczego Chrystus „jest zgorszeniem dla Żydów, a głupstwem dla pogan” (1 Kor 1,23). Wszechmocny, który umiera, i Doskonały, który wchodzi w niedoskonałość świata. Taki Bóg jest nie do przyjęcia dla człowieka, który szukając zrozumienia wiary, dochodzi do miejsca, poza którym jest ona możliwa jedynie jako zaufanie Osobie. Bo wiara chrześcijańska to nie tylko ta, która szuka zrozumienia, ale to przede wszystkim wiara, która szuka zaufania.
Dlatego też krzyż jako miejsce porażki i śmierci Jezusa-Człowieka staje się największą próbą wiary, natomiast jako zwyciężony przez zmartwychwstanie – największym argumentem za jej prawdziwością i dowodem wszechmocy i doskonałości Boga. W Wielkim Poście nie oczekujmy nadzwyczajnych znaków Bożego działania, bo większego niż wydarzenie Jezusa Chrystusa nie otrzymamy. Raczej korzystajmy z sakramentów, które mówiąc choć trochę o tym, jaki Bóg jest i jak działa, umożliwiają nam prawdziwe z Nim spotkanie.

ks. Mateusz Tarczyński

 

Zmiana perspektywy

W wielkopostnej duchowej podróży, która prowadzi nas na Golgotę, mijamy po drodze jeszcze dwie inne góry: Morię i Górę Przemienienia. Na pierwszej z nich Abraham składa w ofierze Izaaka, na drugiej – nazywanej Taborem – Jezus przemienia się wobec uczniów. Obie są dla nas jedynie przystankami w drodze na Miejsce Czaszki, rzucają jednak ważne światło na wydarzenie, które dokonało się na krzyżu.
Napisałem wyżej, że Abraham złożył Izaaka w ofierze. Wielu mogłoby się oburzyć, bo przecież ostatecznie Izaak nie ginie, a w jego miejsce zabity zostaje znaleziony w zaroślach baran. Jednakże Abraham nie odmawia Bogu ofiary, choć Jego żądanie wydaje się być zbyt wielkie. Można powiedzieć, że w swoim sercu złożył już ofiarę z syna, który był jego oczkiem w głowie, jego tak bardzo oczekiwanym potomkiem. Powrócił do prawidłowej i pierwotnej hierarchii wartości – Bóg na pierwszym miejscu, ponad wszystkim i wszystkimi.
Zupełnie inaczej kończy się historia innego Ojca, który jednak nie odmawia ofiary ze swego Syna… Zanim jednak ów Syn oddał swoje życie, zabrał najbliższych uczniów na górę, gdzie wobec nich się przemienił. To wydarzenie miało rzucić światło na to, co dopiero ma się stać: śmierć i powstanie z martwych. Tabor zmienia bowiem perspektywę patrzenia na paschalne wydarzenie dokonane przez Jezusa. Istotnie, świętując Wielkanoc, nie wspominamy dobrego człowieka, Jezusa z Nazaretu, niesłusznie skazanego na śmierć krzyżową, który został wynagrodzony przez Boga za tę dobroć powrotem do życia. Nie, nie i jeszcze raz nie!
Na Golgocie umarł Bóg-Człowiek. Na krzyżu zawisło Ciało, które trzeciego dnia wyszło z grobu i więcej doń nie powróciło. Włócznią przebite zostało serce, które stało się niewyczerpanym źródłem łask dla wierzących w Chrystusa. To zupełnie zmienia perspektywę. Chrześcijanie to nie zwolennicy idei, ale świadkowie Zmartwychwstałego. Chrześcijanie to ci, którzy zrozumieli naukę Góry Przemienienia.

ks. Mateusz Tarczyński

 

Sprzymierzeniec

Można by pisać wiele, czym jest Wielki Post: czasem pokuty, skromniejszych posiłków, głębszych modlitw, hojniejszej pomocy wobec potrzebujących... Zbyt rzadko mówimy jednak o Wielkim Poście jako o czasie powrotu do Boga – nie tylko w zewnętrznych dziełach pokutnych, ale przede wszystkim poprzez przeorientowanie całego naszego życia w świetle Ewangelii.
„Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię!” (Mk 1,15). Te słowa Jezusa będą powtarzane przez Kościół aż do skończenia świata. Są one bowiem przypomnieniem, że życie człowieka jest nieustanną walką o to, by upodobnić się do Chrystusa, Człowieka Doskonałego. Wszelkie niepowodzenia wynikają z tego, że zapominamy o przymierzu, które Bóg zawarł z nami przez Jego Krew.
Pan wielokrotnie zawierał przymierze ze swoim narodem wybranym, z Izraelem. Czy nie wystarczyło raz? Bogu by wystarczyło, lecz to ludzie co rusz od Niego się odwracali. A On, miłosiernie, wciąż odnawiał swoje przymierze. To tak jakby sprzymierzyć się z kimś podczas wojny, by wspólnymi siłami pokonać wroga, lecz podczas walki sprzymierzeniec łamie umowę i zaczyna kolaborować z przeciwnikiem. Bóg jednak bez ustanku przypominał Izraelowi, kto jest jego prawdziwym wrogiem – zło i grzech.
Jezus Chrystus jest Tym, którego zapowiadało każde kolejne przymierze zawierane przez Boga z Jego ludem: „Łuk mój kładę na obłoki, aby był znakiem przymierza między Mną a ziemią” (Rdz 9,13). Ręce Chrystusa wyciągnięte na krzyżu są łukiem, który Bóg położył na obłokach jako znak wiecznego przymierza – jako przypomnienie, że naszym wrogiem jest grzech, a w walce przeciw niemu On nie odstępuje nas na krok: „Chrystus raz jeden umarł za grzechy, sprawiedliwy za niesprawiedliwych, aby was do Boga przyprowadzić” (1 P 3,18). Niech zatem wielkopostne wezwanie do nawrócenia i wiary w Ewangelię będzie dla nas motywacją do podjęcia na nowo starań o powrót do Ojca.

ks. Mateusz Tarczyński

 

Dotknąć trędowatego 

W czasach Jezusa wobec trędowatych stosowano przepisy znane już od czasów Mojżesza: „Trędowaty (…) będzie miał rozerwane szaty, włosy nieuczesane, brodę zasłoniętą i będzie wołać: Nieczysty, nieczysty! (…) Będzie mieszkał w odosobnieniu. Jego mieszkanie będzie poza obozem” (Kpł 13,45-46). Tym bardziej szokuje zachowanie Pana wobec trędowatego, który przychodzi do Niego, jak gdyby nigdy nic, prosząc o oczyszczenie: „Jezus, zdjęty litością, wyciągnął rękę, dotknął go” (Mk 1,41)
Trąd symbolizuje także sytuację, w jakiej znajduje się grzesznik. Wydaje się, że czasem zapominamy, iż wraz z przyjściem Jezusa na świat zaczęło obowiązywać Nowe Prawo: prawo miłości i miłosierdzia. Łatwiej nam kogoś wykluczyć z powodu jego złego postępowania niż wyciągnąć do takiego człowieka rękę i dotknąć go – innymi słowy: spotkać się z nim i pomóc mu podnieść się z upadku grzechu. Ciekawe, że człowiek trędowaty z dzisiejszej Ewangelii miał zmysł obecności uzdrawiającego Boga, który zaprowadził go właśnie tam, gdzie nie zostanie odrzucony – do Jezusa. Człowiek dotknięty grzechem, cierpiący z tego powodu, jest w stanie „wyczuć” miłosierdzie.
Uświadomienie sobie, że wszyscy jesteśmy grzesznikami, może nam pomóc zobaczyć w trędowatym nie tylko innych, ale i nas samych, którzy po upadku szukamy przebaczenia. Owszem, otrzymawszy je, mamy świadczyć o nieskończonym Bożym miłosierdziu, ale zobowiązani jesteśmy też do złożenia ofiary „na świadectwo dla nich” (Mk 1,44). Tą ofiarą jest życie według Ewangelii – najmocniejszy dowód na działanie Boga w świecie.
Kto spotkał Jezusa naprawdę, nigdy nie będzie dla innych zgorszeniem, lecz przykładem do naśladowania. Oczywiście, naszym dobrym przykładem nikogo nie zbawimy, ale możemy innych pociągnąć do Tego, który zbawia. Pisze o tym św. Paweł: „staram przypodobać wszystkim pod każdym względem, szukając nie własnej korzyści, lecz dobra wielu, aby byli zbawieni. Bądźcie naśladowcami moimi, tak jak ja jestem naśladowcą Chrystusa” (1 Kor 10,33-11,1).

ks. Mateusz Tarczyński

 

 Teściowa, która jest wzorem 

„Biada mi bowiem, gdybym nie głosił Ewangelii!” (1 Kor 9,16). Te słowa są z jednej strony zachętą do głoszenia Dobrej Nowiny, z drugiej jednak – są wezwaniem do podjęcia niezwykle wymagającego zadania, w którym bardzo łatwo można się pogubić. Na głoszących Ewangelię czyha bowiem wiele zasadzek.
Przed chęcią zdobycia popularności i bycia podziwianym przestrzegała nas już liturgia słowa tydzień temu. Kolejną zasadzką, bardziej niebezpieczną, jest wykorzystywanie Ewangelii do własnych celów – by dobrze się urządzić. Wydawać by się mogło, że to niebezpieczeństwo dotyczy jedynie księży czy katechetów, którzy zajmują się głoszeniem Słowa Bożego „zawodowo”. Jednakże na baczności musi mieć się każdy chrześcijanin, bo okazji do tego, by Ewangelia mi się „przydała”, jest w życiu bardzo wiele.
Zdarzają się w życiu również takie sytuacje, w których Ewangelia jest dla nas po prostu „kulą u nogi”. Wolelibyśmy nie mieć z nią nic wspólnego. I rzeczywiście, czasem nie przyznajemy się do własnej wiary tylko dlatego, że chcemy uniknąć kłopotów czy nieprzyjemności. Przemilczamy pewne sprawy, bo chcemy mieć „święty spokój”. Tyle że ani to nie będzie spokój, ani tym bardziej święty.
Jezus w swojej publicznej działalności uciekał od sytuacji, które mogłyby prowokować złe rozumienie Jego nauki. Dlatego też, co podkreśla szczególnie ewangelista Marek, zabraniał uzdrowionym mówić o cudach, które dla nich zdziałał. Nie chciał bowiem, by Jego mesjańską misję rozumiano w sposób polityczny. Liczne uzdrowienia i tak już przysporzyły mu rozgłosu, a spragniony kolejnych znaków lud histerycznie reagował na Jego obecność.
W dzisiejszej Ewangelii pojawia się jednak osoba, która zareagowała na cud uczyniony jej przez Jezusa w sposób właściwy – teściowa Szymona: „I usługiwała im” (Mk 1,31). Służba wobec bliźnich jest owocem prawdziwego spotkania z Jezusem. Kto nie jest sługą, ten nie może nazywać siebie głosicielem Ewangelii.

ks. Mateusz Tarczyński

 

Zmiękczacz twardych serc

Św. Paweł jednym zdaniem oddaje odczucia wielu chrześcijan pojawiające się często po zetknięciu i zmierzeniu się ze słowem Bożym: „Mówię to dla waszego pożytku, nie zaś, by zastawiać na was pułapkę; ale po to, byście godnie i z upodobaniem trwali przy Panu” (1 Kor 7,35). Czego ten Pan Bóg ode mnie chce? Czyż nie za dużo oczekuje? Czyż nie wymaga ode mnie zbyt wiele? Logikę i wymagania Ewangelii zrozumiem dopiero wtedy, gdy uświadomię sobie, że gra toczy się o wielką stawkę – o moje zbawienie.
Duch nieczysty, którego w synagodze wyrzuca Jezus, wykrzykuje znamienne słowa: „Czego chcesz od nas, Jezusie Nazarejczyku? Przyszedłeś nas zgubić” (Mk 1,24). I trzeba powiedzieć, że mówi on prawdę: Jezus przyszedł zgubić duchy nieczyste, które są w każdym z nas. Nie chodzi tu o ducha nieczystości rozumianej w kontekście seksualności, lecz o ducha, który nie pozwala mieć człowiekowi czystego serca, czyli takiego, którego uwaga jest skierowana wyłącznie na Boga: „Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą” (Mt 5,8). Jezus chce po prostu dać nam okulary – Ewangelię – przez które będziemy widzieli świat z Jego perspektywy.
Słowo Boże przestrzega dziś także tych, którzy głoszą Dobrą Nowinę, by nie pragnęli złudnej popularności i poklasku, by nie chcieli być podziwiani za swój wysiłek: „(…) jeśli który prorok odważy się mówić w moim imieniu to, czego mu nie rozkazałem, albo wystąpi w imieniu bogów obcych, taki prorok musi ponieść śmierć” (Pwt 18,20). Przestroga ta skierowana jest do każdego z nas – na mocy chrztu wszyscy zostaliśmy wezwani do głoszenia Ewangelii. Przede wszystkim jednak własnym życiem, bo świadectwo życia chrześcijan jest namacalnym dowodem na to, że życie według Ewangelii jest możliwe – zmiękcza twarde serca tych, którzy uznali naukę Jezusa za utopię.

ks. Mateusz Tarczyński

 

Wyjść poza schemat

Dzisiejsze czytania mszalne pełne są wezwań do nawrócenia. Jonasz wzywa do nawrócenia mieszkańców Niniwy, św. Paweł – Koryntian, a Jezus, idąc przez Galileę, woła: „Czas się wypełnił i bliskie jest królestwo Boże. Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię!” (Mk 1,15). Na czym jednak ma polegać nawrócenie, o którym tyle dzisiaj mowa?
Z pomocą przychodzą nam słowa św. Pawła: „Przemija bowiem postać tego świata” (1 Kor 7,31). Słowo „postać” odpowiada, w greckim oryginale, słowu „schema”. Narzuca się od razu skojarzenie ze słowem „schemat”. Możemy powiedzieć zatem, że nawrócenie będzie taką zmianą myślenia (postrzegania rzeczywistości; odbierania tego, co nas otacza), która pozwoli nam wyjść poza schematy funkcjonujące w tym świecie. Schematy, według których działamy na co dzień, nie biorą często pod uwagę przemijalności ziemskiej rzeczywistości.
Tylko uświadomienie sobie bliskości Królestwa Bożego pozwala zdobyć się na taką zmianę myślenia. Bliskość ta rozumiana jest jednak nie w sensie czasowym, lecz egzystencjalnym. Królestwo Boże nie jest jedynie nagrodą, którą wierni Bogu otrzymają kiedyś na końcu czasów, lecz jest już teraz obecne, choć nie w pełni. Wraz z przyjściem Chrystusa na świat postrzeganie tego, co ziemskie, diametralnie się zmieniło, bo wskazał On cel – życie wieczne w Królestwie Bożym. Wszystko inne jest tymczasowe i towarzyszy nam w drodze do celu, będąc pomocą lub przeszkodą.
Nie dziwmy się więc mieszkańcom Niniwy, że potrzebowali nawoływań tylko jednego proroka, by się nawrócić. Mogli go zlekceważyć, ale uświadomili sobie, że przez ziemskie przyjemności stracili z oczu sprawy Boże. Nie dziwmy się też Szymonowi i Andrzejowi, którzy, pamiętając Chrystusowe wezwanie do nawrócenia i wiary w Ewangelię, nie wahali się, lecz „natychmiast, porzuciwszy sieci, poszli za Nim” (Mk 1,18). Mogli wygodnie ułożyć sobie życie, lecz wyszli poza schematyczne ludzkie myślenie. I z pewnością na tym nie stracili.

ks. Mateusz Tarczyński

Proste znaki, wielki dar

W Niedzielę Chrztu Pańskiego wspominamy wydarzenie chrztu Jezusa w Jordanie. Jednak ta liturgiczna uroczystość ma zwrócić naszą uwagę przede wszystkim na nasz własny chrzest i na to, co wynika z faktu, że jesteśmy ochrzczeni i nosimy imię chrześcijan, czyli tych, którzy należą do Chrystusa. Większość z nas przyjęła sakrament chrztu nieświadomie, będąc jeszcze niemowlęciem bądź dzieckiem. Nie zwalnia to nas jednak ze zdobywania coraz większej wiedzy na temat tego, czym jest ten dar, do czego nas uzdalnia, a do czego wzywa. Przyjmując chrzest, staliśmy się dziećmi Bożymi, czyli kimś, wobec kogo Bóg, tak samo jak wobec Jezusa podczas chrztu w Jordanie, wypowiada słowa: „Tyś jest mój Syn umiłowany, w Tobie mam upodobanie” (Mk 1,11).
Bóg, udzielając wielkiego daru chrztu, używa do tego prostego znaku wody. Każdy człowiek wie, jak woda wygląda i jak smakuje, każdy człowiek wody pragnie i wody potrzebuje do tego, by żyć. Jest ona zatem czymś bardzo prostym, znanym, powszechnym, a zarazem całkowicie koniecznym. Skład chemiczny? Dwa atomy wodoru i jeden atom tlenu – H2O. Prostota, przez którą Bóg działa wspaniałe rzeczy.
Bóg nie lubi wielkich liczb, skomplikowanych wzorów, wybujałych form. Chrzest z wody, Eucharystia z chleba (mąka, woda i trochę soli) i wina, zbawienie przez krzyż (dwie drewniane belki)... Trójca Święta to też mała liczba Osób („tylko” trzy), ale ogromna Miłość, która nie potrafiła się w niej pomieścić, dlatego wylała się na świat najpierw jako moc stwórcza, a potem w wydarzeniu Jezusa Chrystusa. I nadal wylewa się na wierzących w działaniu sakramentalnym i pozasakramentalnym Ducha Świętego. Ta wielka Miłość w prostych formach nosi imię dobrze nam znane: Miłosierdzie Boże.

ks. Mateusz Tarczyński

 

Poprzez czas do wieczności

Początek nowego roku kalendarzowego skłania do refleksji nad czasem – nieodłączną częścią naszego życia. Dzięki czasowi doświadczamy następstwa wydarzeń. Wraz z jego upływem starzejemy się i przemija nasze życie. Czas to nasze przekleństwo, które nie pozwala nam zobaczyć świata i ludzi takimi, jakimi są naprawdę, bo widzimy jedynie co i jakie jest teraz, w danym momencie. Czas może być jednak także nośnikiem nadziei. Jest jednym z największych darów, jakie otrzymaliśmy od Boga, będąc jednocześnie także zadaniem. Dobrze wykorzystany czas daje szczęście i przybliża nas do życia z Bogiem tam, gdzie traci on swoje władanie. Natomiast stracony czas rodzi w nas smutek na zawsze zaprzepaszczonej szansy.
Czas sprawia, że przeżywamy życie jako etapy drogi. Początek roku może nam więc pomóc odpowiedzieć na pytanie: na jakim etapie swojej drogi jestem obecnie? To także moment spojrzenia wstecz na miniony rok i przyjęcia postawy Maryi, która „zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu” (Łk 2,19). Takie podejście do wydarzeń minionych pozwala spojrzeć na przeszłość z perspektywy Boga i podjąć wyzwanie kolejnych dni z większą otwartością na Bożą wolę i z większym zaufaniem wobec Opatrzności.
Upływ czasu uświadamia nam ograniczoność naszego człowieczeństwa. Równocześnie możemy raz po raz zachwycać się i zadziwiać tym, że Bóg zechciał tej ograniczoności się poddać w osobie Jezusa Chrystusa, „swojego Syna, zrodzonego z niewiasty, zrodzonego pod Prawem, aby wykupił tych, którzy podlegali Prawu, abyśmy mogli otrzymać przybrane synostwo” (Ga 4,4-5). Bóg chciał mieć na ziemi swój początek i koniec, chciał przyjąć ludzkie ciało i w tym ciele doświadczyć dramatu śmierci. Wkroczywszy w historię świata i przebywszy drogę poprzez czas otworzył go na wieczność, ukazując bezkresny horyzont świata, w którym nie ma już żadnego „przedtem” i „potem”, lecz wieczne „teraz” w Bogu.

ks. Mateusz Tarczyński

 

Impreza urodzinowa bez Jubilata?

W tym roku IV niedziela Adwentu zbiega się z dniem Wigilii Bożego Narodzenia. Właśnie tego dnia w liturgii padają słowa skierowane przez Boga do Dawida: „Czy ty zbudujesz Mi dom na mieszkanie?” (2 Sm 7,5). Dawid miał dobre intencje, jednak zapomniał, kto jest kim. Zapomniał, że to Bóg sam sobie wyznacza na ziemi swój „dom”, czyli sposób, w jaki chce spotkać się z człowiekiem. I ten swój „dom” znalazł z ludzkim ciele.
„Kiedy tam [w Betlejem] przebywali, nadszedł dla Maryi czas rozwiązania. Porodziła swego pierworodnego Syna, owinęła Go w pieluszki i położyła w żłobie, gdyż nie było dla nich miejsca w gospodzie” (Łk 2,6-7). Co roku słyszymy te słowa, które odczytywane są czy to podczas wieczerzy wigilijnej w naszych domach, czy też podczas pasterki w kościele. Słyszymy i być może oburzamy się na tych, którzy nie przyjęli Świętej Rodziny pod swój dach: „Jak tak mogli?! Jak mogli być aż tak nieczuli, tak podli?!”.
Oburzenie, owszem, słuszne. Czy jednak jego adresatami powinni być wyłącznie mieszkańcy Betlejem sprzed dwóch tysięcy lat? A może ta opowieść jest jedynie obrazem tego, co dzisiejszy świat robi z Bożą Dzieciną w dniu pamiątki Jej narodzenia? Czy jest możliwe Boże Narodzenie bez choinki, bez bombek, bez światełek, bez opłatka, bez kolęd, bez prezentów? Nie wyobrażamy sobie takich Świąt… A czy są możliwe bez Jezusa, który de facto ma wówczas swoje urodziny? Czy jest możliwa impreza urodzinowa bez Jubilata?
Wydaje się, że świat już dawno udzielił swojej smutnej odpowiedzi... Wybiera Kevina, który jest sam w domu, zapominając o Jezusie, który został sam w swoim żłóbku. Niech w tegoroczną Uroczystość Narodzenia Pańskiego wybrzmi w nas bardzo mocno pytanie: czy potrafimy wyobrazić sobie święta bez Sprawcy świątecznego zamieszania?

ks. Mateusz Tarczyński

 

 Nie mogę się już doczekać

Jeśli chcemy przeżyć Adwent sensownie i dojrzale, musimy bardzo mocno wsłuchać się w Słowo Boże w tym czasie czytane i głoszone. A ono wzywa nas do nawrócenia. W żadnym wypadku nie kłóci się to jednak z radością, tak mocno przez wielu kaznodziejów w Adwencie podkreślaną. Bo przecież nawrócenie ma doprowadzić chrześcijanina do największej z możliwych radości – radości przebywania z Panem. Adwent jest zatem czasem radosnego oczekiwania na spotkanie z Najwyższym. Jest radością z czekania. Jest mądrą radością, która z jednej strony przygotowuje do spotkania, a z drugiej – nie może się go już doczekać.
Można z całą pewnością powiedzieć, że całe nasze życie jest Adwentem, czyli czynnym czekaniem na Przychodzącego. Co mam robić, gdy na Niego czekam? Jan Chrzciciel podpowiada nam z mocą: „Prostujcie drogę Pańską!” (zob. J 1,23). Św. Paweł tłumaczy szerzej, co to znaczy: „Zawsze się radujcie, nieustannie się módlcie! W każdym położeniu dziękujcie (…). Ducha nie gaście, proroctwa nie lekceważcie! Wszystko badajcie, a co szlachetne - zachowujcie! Unikajcie wszystkiego, co ma choćby pozór zła” (1 Tes 5,16-18.19-22).
Obchodzona dzisiaj przez nas III Niedziela Adwentu, obleczona w szaty liturgiczne koloru różowego, czyli zmieszania fioletu czasu nawrócenia z bielą świątecznej radości, jest nazywana Niedzielą Różową lub – z łaciny, od słów antyfony na wejście: „Gaudete in Domino”, czyli „Radujcie się w Panu” – Niedzielą Gaudete. Nie mamy wyzbywać się w Adwencie radości. Nie może ona jednak wypływać z faktu wcześniejszego rozpoczęcia świętowania Bożego Narodzenia – w handlu bowiem Święta trwają już na dobre – lecz ma być radością tego, kto czeka, ale wie, że nie jest jeszcze gotowy przyjąć Gościa, dlatego potrzebuje jeszcze trochę czasu, by lepiej się przygotować.

ks. Mateusz Tarczyński

 

Bądź jak Jan 

Na adwentową scenę wkracza dzisiaj postać Jana Chrzciciela: „Wystąpił Jan Chrzciciel na pustyni i głosił chrzest nawrócenia na odpuszczenie grzechów” (Mk 1,4). To mężczyzna, który dobrze zna swoje miejsce i swoją rolę. Zadaniu wyznaczonemu mu przez Boga podporządkowuje całe swoje życie. Jest głosem nawołującym do nawrócenia, by nadchodzące Słowo Boga mogło zostać przyjęte.
„Początek Ewangelii (…). Oto Ja posyłam wysłańca mego przed Tobą; on przygotuje drogę Twoją” (Mk 1,1-2). Początkiem Dobrej Nowiny nie jest dopiero przyjście Jezusa. Jest nim już Jan Chrzciciel, zwiastun nadchodzącego Pana, i chrzest nawrócenia, który głosi. Aby spotkać się z Jezusem, nie wystarczy jedynie z Nim przebywać czy rozmawiać. Aby spotkać się z Nim naprawdę, potrzebne jest nawrócenie, czyli zmiana myślenia: bo nie stoi przede mną zwykły człowiek, którego historię dobrze znam, ale Bóg-Człowiek, który, wkroczywszy we Wcieleniu w historię świata, swoim Zmartwychwstaniem przekroczył ją i ukierunkował ku wieczności.
W Adwencie uczymy się przeżywać wiarę cierpliwie, jako rzeczywistość dynamiczną, w której nie ma prostego „kiedyś” i „potem”, ale nieustanne „teraz”. Wiara, z jednej strony, pcha chrześcijanina ciągle ku przyszłości zwanej Królestwem Niebieskim. Z drugiej strony, odwołuje się wciąż do początków, do momentu nawrócenia oraz do miejsca i czasu spotkania z Panem, gdzie i kiedy wszystko się zaczęło. Życie wiary nie jest więc zaliczaniem kolejnych etapów, ale ciągłym rozszerzaniem się serca, by pomieścić w nim jeszcze więcej Boga.
Dlatego wciąż potrzebujemy Janów Chrzcicieli, czyli osób i wydarzeń, które będą nam przypominać o przychodzącym Panu. Co więcej, sami jesteśmy wezwani do tego, by przygotowywać Jezusowi drogę do ludzkich serc. Jan Chrzciciel to nie tylko historyczna postać, prorok, po którym idzie mocniejszy (zob. Mk 1,7), ale to zadanie dla każdego, kto już w swoim życiu spotkał Pana.

ks. Mateusz Tarczyński

 

To przecież takie oczywiste!

Jakie jest pierwsze moje skojarzenie, kiedy słyszę słowo „Adwent”? Czas radosnego oczekiwania na przyjście Pana. Tymczasem we fragmencie z Ewangelii wg św. Marka, czytanym w I niedzielę Adwentu, z ust Jezusa czterokrotnie, różnie koniugowany, pada czasownik „czuwać”. Rozpoczęty właśnie okres liturgiczny ma nam nie tylko pomóc w lepszym przeżyciu nadchodzących świąt Bożego Narodzenia, ale przede wszystkim uświadomić, bądź przynajmniej przypomnieć, że żyjemy w czasach ostatecznych.
Chyba zbyt bardzo przyzwyczailiśmy się do myśli, że kiedyś nadejdzie koniec świata. Kiedyś. W jakiejś nieokreślonej przyszłości. Zapewne mamy jeszcze dużo czasu. Zagubiliśmy w sobie tzw. eschatologiczne napięcie – pomiędzy tym, co już się stało, a co jeszcze się ostatecznie nie dopełniło. Czasy ostateczne to te, w których widzimy „już” Wcielonego Słowa, Boga, który wkroczył z impetem w czas i historię. Czasy ostateczne to jednak także te, w których doświadczamy „jeszcze nie” paruzji, czyli ponownego przyjścia w chwale Zwycięzcy Śmierci, Zwycięzcy Czasu, Wiecznego.
Stąd dzisiejsze wołanie Chrystusa: „Uważajcie, czuwajcie, bo nie wiecie, kiedy czas ten nadejdzie!” (Mk 13,33). Jezus tymi słowami nie chce nas nastraszyć końcem świata. Bo dla tych, którzy są Mu wierni, jest to czas upragniony. Nie pozostawia nas samych, zdanych jedynie na siebie, lecz każdemu wyznacza zajęcie (por. Mk 13,34) i umacnia nas aż do końca, abyśmy byli bez zarzutu w dzień Pana naszego Jezusa Chrystusa (por. 1 Kor 1,8).
Adwent ma nas rozbudzić z letargu oczywistości. Bo przecież dla każdego chrześcijanina tak bardzo oczywistym jest, że Pan przyjdzie powtórnie! Tylko dlaczego często sposób, w jaki żyjemy, zaprzecza temu, co wyznajemy? Zajmujemy się i zachwycamy sprawami i rzeczami przemijającymi, a umyka nam to, co wieczne. Tracimy z oczu cel: zbawienie. Prorok woła: „Obyś rozdarł niebiosa i zstąpił!” (Iz 63,19). Obyś, Panie! Nie zwlekaj. Przyjdź.

ks. Mateusz Tarczyński 

 

 Zbyt zajęci kochaniem

W ostatnią niedzielę roku liturgicznego celebrujemy Uroczystość Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata. Jednak dzisiejsze czytania ukazują nam Syna Człowieczego nie tylko jako Władcę i Sędziego historii, ale także jako Pasterza oddzielającego owce od kozłów. Podstawą do tego eschatologicznego sortowania stada jest miłość bliźniego.
Syn Człowieczy prowadzący sąd nad zgromadzonymi przed Nim wszystkimi narodami, jest zarazem Pasterzem, który pierwszy dał przykład służby i miłości troszczącej się o dobro drugiego: „Zagubioną [owcę] odszukam, zabłąkaną sprowadzę z powrotem, skaleczoną opatrzę, chorą umocnię, a tłustą i mocną będę ochraniał” (Ez 34,16). Nie jest tyranem czy wyniosłym wła

Szkoła Biblijna Archidiecezji Gdańskiej

Zajęcia we wtorki:
Gdańskie Archidiecezjalne Kolegium Teologiczne (aula)
ul. Armii Krajowej 46
81-365 Gdynia

Zajęcia w środy:
Wydział filologiczno-historyczny Uniwersytetu Gdańskiego (aula)
ul. Wita Stwosza 55
80-952 Gdańsk

Telefon

+48 507 923 209

E-mail

kontakt@szkolabiblijna.gda.pl

Numer konta:

Bank Zachodni WBK S.A.
17 1090 1102 0000 0001 3465 7428

W tytule przelewu prosimy podać:
Imię i nazwisko z dopiskiem Szkoła Biblijna
Koszt: 120 zł / semestr

Używamy plików cookies Ta witryna korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności i plików Cookies .
Korzystanie z niniejszej witryny internetowej bez zmiany ustawień jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików Cookies. Zrozumiałem i akceptuję.
65 0.12325406074524