Czytania liturgiczne: Dz 1,1-11; Ef 1,17-23; Mt 28,16-20
Dzień, kiedy Jezus wstąpił do nieba, wprost, trzeba sobie wyobrazić, by zrozumieć, co wartościowego, co cennego może ten dzień mieć i dla mnie. Trzeba sobie wyobrazić ten dzień, by nie stał się faktem jedynie na dziś, bo jutro nie będzie nawet post factum. By wyobrazić sobie ten dzień, należy posłużyć się doświadczeniem uczniów Jezusa, osób Mu bliskich. Oni poznali Jezusa, będąc obok Niego przez trzy lata. Poznali Go na tyle dobrze, by jednoznacznie ocenić Jego Obecność tak: gdy odszedł okazała się Jego Obecność nieoceniona, bez Niego nie wyobrażali sobie życia. To z Jezusem i z Jego Obecnością związali swoje, wielkie nadzieje na życie wyjątkowe w otoczeniu Mesjasza, Zbawiciela Izraela, Człowieka mądrego w każdej, życiowej sytuacji i wszechmogącego. Takiego Pana chcieli mieć obok siebie, takiemu Panu serdecznie służyli i zakładali, że będą służyć z wielkim powodzeniem dla siebie i całego ludu Izraela. By sobie wyobrazić dzień Wniebowstąpienia i zyskać więcej światła do jego oceny i możliwych pożytków dla siebie, potrzeba jest przypomnieć sobie całą dramaturgię ostatnich dni życia Jezusa przed Jego ukrzyżowaniem i złożeniem Go do grobu.
Było, ale minęło
Czterdzieści dni przed historią opisaną przez Łukasza w Dziejach Apostolskich, a przywoływaną przez Kościół tej Niedzieli, Jezus z Nazaretu, czyniący wcześniej niezwykłe znaki i cuda, nie inaczej, jak mocą z wysoka, przekraczając tym ludzkie wyobrażenia o tym, co jest możliwe dla człowieka z krwi i kości, pozwolił, by zadano Mu śmierć. Gdy to się wypełniło, mała garstka Jego uczniów i przyjaciół, złożyła do grobu śmiertelne członki Jego ciała. Było, ale minęło.
Do ostatniej, czwartkowej wieczerzy, mieli Go za Pana, ale już po złożeniu do grobu Jezusa, nie wiedzieli co myśleć o Nim. A może bardziej jeszcze, bo nie było już z nimi Jezusa, nie wiedzieli, co mają myśleć od teraz o sobie samych. Co mają myśleć o swoich wcześniejszych nadziejach, zasadnych wdawało się, ale z Nim, oczekiwaniach, co myśleć o swoich, uprzednich przekonaniach. Nie wiedzieli już nawet, co myśleć o swojej wierze w Boga Jedynego, której wyobrażenie i wizja, kiedy On był Obecny, jawiły się jasno i wyraźnie. Wcześniej, mieli się za wyróżnionych, gdyż jasno widzieli całą logikę zbawienia, która spełniała się na ich oczach i w Nim. Mieli Go za Syna Bożego. On był dla nich Mesjaszem, widzieli w Nim Zbawiciela pełnego Boskiej mocy. On był Panem.
Potwierdzenie tej ostatniej konstatacji zyskali w dniu, gdy wprowadzali Go na osiołku do Jerozolimy, przygotowującej się na świętowanie. A On był w centrum wydarzeń, witany przez tłumy, jak Pan. A potem, szybko nastąpiły wypadki tragiczne i nawet nie byli pewni, czy Jezus cokolwiek z tego im zapowiadał. Było, ale minęło. Teraz, gdy patrzyli na grób, gdzie Go złożono, wszystko co dobre, a co wiązali z Nim i z Jego Obecnością, z używaną przez Niego mocą z wysoka, którą wydawało się im, że może jej okazywać tylko więcej i więcej, dotarło do tragicznego kresu. Było, ale minęło.
Gdyby nie głęboka relacja braterska z Nim, nie wiedzieliby jedynie, czy dzień Jego śmierci i dni tuż po niej, to czas na rozpacz, czy wstyd. W kilkadziesiąt godzin to, co rosło przez trzy lata z Nim, co rosło dzięki Niemu w duchu Jego uczniów, w ich głowach, w wyobraźni, ale jak też widzieli, co rosło w tysiącach już ludzi w Galilei, w Judei, a wydawałoby się niewyobrażalne z punktu widzenia historii Izraela, to samo działo się nawet w Samarii, zostało unieważnione. Faktów związanych z Jezusem, z Jego drogą na Golgotę nie da się wymazać albo odwołać. A, tym bardziej, że sprowadzały się one do Jego śmierci. Było, a teraz za trzy lata radości bycia obok Niego trzeba będzie im zapłacić, osobiście i zapewne, podobnie tragicznie. W Niedzielę po Jego ukrzyżowaniu, część z nich, już nawet uciekła z Jerozolimy. Dla nich, widać, nawet zdecydowanie: było i minęło.
Było, nie minęło
Uczniowie, kiedy sięgali już dna rozpaczy, wtedy doznali radości. Rankiem w Niedzielę, kobiety u Jego grobu, widziały i rozmawiały z Jezusem. Tego samego dnia, uciekinierzy z Jerozolimy, w tym Kleofas, niegdyś jeden z siedemdziesięciu dwóch, dumnych uczniów rozesłanych, by nauczali i uzdrawiali w Jezusa Imię, w drodze do Emaus spotkali Go żywego. Poznali Go po sposobie, w jaki tłumaczył im Pisma i dlaczego musiało się stać to, przed czym uciekali. A, jeszcze bardziej nabrali pewności, że to On Jest, gdy spożywali wspólnie posiłek, a On łamał chleb. Było, ale nie minęło.
W końcu, Jezus żywy przybył do wszystkich jedenastu, gdy oni z przyjaciółmi Jezusa przebywali w wieczerniku w Jerozolimie, gdzie jak sądzili, wszystko się dokonało tragicznym finałem. Znów był z nimi, ale było to jedynie czterdzieści dni. Był, jak dawniej i jednocześnie był zupełnie przemieniony. Był z nimi, jadł z nimi, rozmawiał z nimi i opuszczał ich. Teraz, odczuwali to, jakby inaczej niż niegdyś, kiedy dla przykładu oni poszli do Sychar po zakupy jedzenia, a On został z Samarytanką przy studni. Albo gdy zostawiał ich w grupie dziewięciu, bo trzech z nich zabierał na Górę Tabor.
Teraz, mieli coraz więcej świadomości co do Niego, kto to Jest: Człowiek żyjący znów obok nich, ale nie tylko, bo istniejący w dwóch wymiarach jednocześnie, a do tego drugiego oni nie mieli dostępu. On miał, a dzięki temu; było, ale nie minęło, bo On Jest.
Mija to, co znów Jest
I teraz, przez czterdzieści dni wszystko to, co niegdyś mieli za dobre, nadzieje i przekonania, oczekiwania i pragnienia, wszystko powróciło. I tej Niedzieli, znów się rozmywa. Teraz, gdy stanęli na zboczu Góry Oliwnej, byli znów smutni. Znów smucą się, bo tak samo się czuli, gdy ostatni raz Go widzieli w Galilei, u brzegu jeziora. Tam rozmawiali, spożyli ostatni posiłek, a On dużo czasu rozmawiał z Piotrem. I rozstali się po raz kolejny. Miało to, co wydawało im się, że znów Jest.
Mimo doznanej radości z Jego Zmartwychwstania i z Jego Obecności, z nowej całkiem wiedzy o tym, co to Jest życie i śmierć Człowieka, teraz stoją na zboczu Góry Oliwnej i znów mają odczucie przemijania. Przemijania znów tego, co wydawało się im, że właśnie odzyskali. Patrzą teraz nieco podobnie na niebo, do którego Jezus właśnie został zabrany, jak na grób, do którego Go złożyli czterdzieści dni wcześniej. I rozważają, czy zniosą brak Jego Obecności, kiedy wiedzą dobrze, że Jest żywy i dla żywych.
Myśleli przez te czterdzieści dni Jego powrotu do przeżywania życia wraz z nimi, że nadzieje, które były w nich niegdyś, może jednak zostaną spełnione już teraz przez Jezusa. Bo przecież, widzieli to dobrze, że Jezus ponownie, był tym Samym Panem, Którym był dla nich do dnia ostatniej wieczerzy.
A teraz, patrząc w niebo, okazuje się, że to, czego doświadczali w duchu tuż po Jego ukrzyżowaniu: odczuwanie braku Jego Obecności, nie minęło. Jedyna, choć bardzo istotna różnica była taka, że teraz nie bali się już tak śmiertelnie.
Jedno minęło, ale na co innego mają czekać
Patrząc w niebo, stojąc pośród drzew oliwnych, gdzie niegdyś Jezus lubił się modlić, uczniowie znów zastanawiają się, co mają myśleć o Nim. A może znów, raczej, co mają myśleć o sobie i swoim, dalszym życiu. Stali rozmyślając o tym, jaki wcześniej był powód tego, że On, Pan i wszechmogący Mesjasz, pozwolił się pojmać i zabić. Wcześniej, bo trzy lata wcześniej w Galilei, wzywał ich wszystkich po imieniu, by z Nim byli, a on pozbawił ich teraz, świadomie, Swojej Obecności. Teraz wrócił, okazał się pełnym mocy Istnienia, ale znów ich pozbawiał Swojej Obecności. To, jaki jest teraz powód, by znów pozostawić ich samymi sobie, by musieli przeżywać swoje życie bez Obecności Pana, jeszcze nie było dla nich jasne i nie wiedzieli, jak i czy się z tym pogodzą.
Wyrwał ich wtedy z zamyślenia głos, zapewniający, że Jezus, takim jak Go widzieli przed chwilą, powróci. Tak, ten głos dawał im do zrozumienia, że to jest ten rodzaj władzy, na jaką Pan zwracał im nieustannie ich uwagę, nauczając innych i ich, co to jest przeżywanie Boga w Duchu i prawdzie. Przekraczając granicę dwóch wymiarów istnienia ludzkiego, On zyskał władzę nad Swoim Istnieniem, stał się Panem Istnienia. To zapewne, był powód tego, że wiele mówił do nich o królestwie Bożym, o królestwie, które nie jest z tego świata, o Ojcu, Który Jest w niebie, o mieszkaniach, które przygotowuje w niebie dla nich. Tak zwracał ich uwagę na to, że to, czego doświadczają zmysłami, nie jest jedynym sposobem na pozyskanie wiedzy, na przezywanie istnienia własnego, a nawet, że to tylko stopnie do drugiego wymiaru istnienia, w którym Jest jego źródło.
Teraz, widząc Go wstępującego do nieba, zastanawiają się, jak do Niego dołączyć w tamtym, drugim wymiarze. Jak to zrobić, przypominając sobie Jego życie w ciele, praktycznie we wszystkim podobne do ich życia, przecież. Co mogłoby je upodobnić na tyle silnie, wprost utożsamić, by finał ich życia był podobny: istnienie nieograniczone, bez strachu, obaw, ryzyka, bólu, cierpienia, troski i zła, znoszonego od innych. I, co najważniejsze, w Jego Obecności, bo Jest dobry.
Tylko, pewnie nieobca była dla nich ta wątpliwość: czy to wszystko musiało się stać, czego doświadczyli. Czy Wniebowstąpienie Jezusa było konieczne, niezbędne, by i te nadzieje mogły się spełnić dla nich tu i teraz. Miast pozostać z nimi, w ich życiu, Jezus wstępujący do nieba nakazał im czekać. Mają zatem czas i na rozważania tego, co znów się stało, czego On od nich oczekuje i czemu ma to służyć. Oby tylko nie zabrakło im cierpliwości, bo On przykazał im nie odchodzić z Jerozolimy. Mają czekać na spełnienie się obietnicy Boga, a jest nią Duch Święty. Nie wiedzą jeszcze, co to jest, jak się to stanie. Wiedzieli tylko, że to, co ma się stać, przyjdzie do nich z góry, jak moc do Jezusa, kiedy stawał przed Janem Chrzcicielem.
Czekali na Ducha tak, jak na Obecność ich Pana
Wtedy, gdy Jezus odchodzący do nieba do nich mówił o chrzcie Duchem, może przypomnieli sobie, bo część z nich w tym zdarzeniu uczestniczyła osobiście, że gdy Jezus został ochrzczony wodą przez Jana w Jordanie, to jednocześnie zapamiętali jeszcze jedną przemianę Jezusa z tego dnia. Było to wtedy, gdy Bóg zesłał właśnie na Jezusa Swojego Ducha, a On Go przyjął. Mieli świadomość, że to się dokonało, bo zapamiętali wtedy głos donośnie brzmiący, choć byli przekonani, że to był głos z nieba, zapamiętali głos Boga mówiący o Jezusie jako o Jego Synu umiłowanym. Znakiem tego wybrania, była gołębica, jaka ukazała się nagle nad głową Jezusa. Teraz zrozumieli, że i oni mieli doświadczyć czego, co byłoby z tym podobne. A jeśli tego samego byliby doświadczyli, co rozpoczęło nadzwyczajne znaki i cuda w życiu Jezusa, to ich przeżywanie codzienności mogło się podobnie odmienić, mogłoby się upodobnić do przeżywanego przez Jezusa Jego Istnienia w ciele.
Wtedy zrozumieli też to, w czym teraz uczestniczyli na zboczu Góry Oliwnej, w pobliżu ukochanej przez Jezusa Betanii, gdzie On ożywił Łazarza, leżącego już wtedy cztery dni w grobie. Zrozumieli patrząc w niebo, że dopełniło się mesjańskie zadanie Jezusa. On, wziął na Siebie, osobistą odpowiedzialność za Dobro Boga w Jego życiu i był Dobru Boga wierny, aż do końca. Przeżywał Swoje Istnienie w Duchu Ojca, to widzieli i tego mogą być świadkami. A teraz, gdy On wstępuje do nieba i Jest w Ojcu, to Ducha Dobra, Którym Jezus przeżywał Swoje Istnienie Jezus może zesłać, podarować innym. Zrozumieli, że w Jego dyspozycji Jest Duch Dobra Boga i Nim się im udzieli, bo są: Bóg Ojciec i Syn Boży, duchowo już jedno. Kiedy to uczyni Jezus, ten Sam Duch będzie z nimi, gdy Jego nie będzie wśród nich. A to może znaczyć, że On będzie wszędzie tam, gdzie będzie każdy z nich, z osobna.
W tym jest Jego władza jako Pana, Któremu zawierzyli i w Którego wierzyli. Jezus, biorąc Ducha Bożego nad Jordanem, wziął odpowiedzialność za Istnienie, Które Jest dobre z natury i Jest Dobrem, bo jest jedno: całe i każde istnienie Jest ze Stwórcy. Przed nimi, kiedy wezmą Ducha, jest to samo zadanie. Jeśli będą tego samego Ducha, to w tym Duchu weźmie każdy z nich, osobiście i indywidualnie odpowiedzialność za Dobro: własne i innych, na podobieństwo tej odpowiedzialności, jaką wziął przed nimi na Siebie Jezus.
Odpowiedzialność wsparta o Ducha
Wydaje się to wszystko, co odnosi się do Apostołów i ich relacji do Jezusa, takie oczywiste. Jest oczywiste, ale tylko wtedy, gdy traktować to jako część tego, co minęło i jest biblijnym, minionym faktem. Wszystko to, co się wydarzyło wtedy im wspólnie, kiedy dotarli do doświadczenia Ducha, uważali od wtedy, że wprost musiało się wydarzyć w ich życiu. Bogu dziękowali w duchu, że taki był Boży Plan co do nich, ale od doświadczenia Ducha. Bóg ten sam, ale wiara inna, bo jak doświadczenie Boga w duchu. Zrozumieli bowiem, na czym polegało to, co do zesłania Ducha uważali za przedziwne rozumienie odpowiedzialności za Dobro wszystkich ludzi w filozofii życia ich Pana, Jezusa.
Żyjący teraz, jednak, żyją tu i tym, co konieczne teraz i nie jest to tym samym i takim samym, jak za dni Jezusa i Jego uczniów. A jednak, Paweł Apostoł tekstem swojego listu, jaki Kościół przywołuje tej Niedzieli, wzbudzić może wątpliwości, czy to, co ich dotyczyło, dotyczy też nas. Bo, może wystarczy deklarować wiarę w Boga Jedynego. List Pawła jest tym istotniejszy, że on, trochę, jak my, świętujący tę Niedzielę, nie miał okazji poznawać Jezusa tak, jak Apostołowie przez trzy lata wspólnego przebywania z Jezusem. Paweł, nie doświadczył zesłania Ducha Świętego razem z nimi w wieczerniku, w wielki Dzień Pięćdziesiątnicy. Był wtedy w Jerozolimie, jak można sądzić, ale też, można założyć, że przygotowywał się do odbycia podróży do Damaszku. I on brał na siebie odpowiedzialność za wiarę w Boga Jedynego i dopiero wtedy Go poznał, osobiście. Gdy otrzymał i On Jego Ducha, zrozumiał, co znaczy odpowiedzialność za Dobro innych i własne.
To stąd, jego doświadczenie wiary w Jezusa, jego doświadczenie wzięcia Ducha, jest tak istotne dla żyjących teraz, poznających Pana Jezusa tylko z Biblii. Kiedy Paweł spotkał Jezusa żywego pod Damaszkiem, tam został napełniony też Duchem, tym Samym, Którego doświadczyli Apostołowie. To Duch wspólny Boga Jedynego i Syna Człowieczego, Którego on wcześniej prześladował i Jego naśladowców. Wtedy też, cała wiedza, jaką posiadał już, a był uczonym w Piśmie, ułożyła się w dobrą i logiczną całość.
Zrozumiał, że potrzeba jest być tego Samego Ducha, Którego był Jezus, by zyskać istnienie przemienione, odczucie spełnienia i sensu, by zyskać władzę nad swoim istnieniem. A wcześniej, by zyskać właściwą perspektywę patrzenia i widzenia własnego życia i życia innych. Teraz, łatwiej jest zrozumieć wielką wagę słów Pawła, jakie zapisał w swoim liście do Efezjan: „Bóg Pana naszego, Jezusa Chrystusa, Ojciec chwały, niech da wam ducha mądrości i objawienia w głębszym poznawaniu Jego samego. Niech da wam światłe oczy serca, byście wiedzieli, czym jest nadzieja, do której On wzywa, czym bogactwo chwały Jego dziedzictwa wśród świętych i czym przeogromna Jego moc względem nas wierzących – na podstawie działania Jego potęgi i siły”.
Życie to samo, ale przemienione Obecnością
Paweł pisał o duchu mądrości i duchu głębokiego objawienia do ludzi takich, jak my, którzy nie poznali Jezusa osobiście, którzy nawet nie poznali tych, którzy Jego znali osobiście. Taka jest wartość Ducha, dla życia osobistego i dla istnienia własnego, które w dobrym sensie staje się przemienione. Przez Ducha Obecności, wiara staje się doświadczeniem Jezusa. Życie jest wtedy nie tyle zmienione, tak od ręki i tak głęboko, że tworzyć mogłoby to wrażenie utraty własnego życia, a nawet istnienia. Nadal będzie to przeżywanie własnego istnienia w wymiarze materialnym, jak co dzień dotąd. A jednocześnie, w sposób niewidoczny dla innych, będzie przywiązane Duchem do odczuwania wewnętrznego spokoju. Będzie przemieniane Duchem do doświadczenia własnego istnienia, które na pewno (!) nie skończy się śmiercią.
Tego właśnie Paweł był pewien, bo spotkał Jezusa żywego pod Damaszkiem, gdy był pewien, że leży w grobie, nieopodal Golgoty. A potem spotkał też tych, którzy widzieli wszystko, co odnosiło się do Jezusa i żywego, i umęczonego na krzyżu i zmartwychwstałego. A, oni potwierdzili wiedzę, jaką zyskał Paweł wraz z Duchem o Jezusie i o tym, jak przeżywać istnienie własne na sposób duchowy i nie rozmijając się z prawdą o Bogu. Paweł, nadal po tym doświadczeniu Obecności Jezusa, a zatem tak, jak wcześniej będąc gorliwym faryzeuszem, z takim samym, wielkim zaangażowaniem pracował dla Imienia Bożego. Ale teraz, już w Duchu i prawdzie.
Śpieszył się dotrzeć do jak największej liczby osób, bo zyskał świadomość, że i oni mogą dzięki jego świadectwu, dzięki jego nauce doświadczyć Dobra i Obecności. A, do spełnienia się tego, co prawdziwie dla każdego człowieka dobre, powinni wziąć odpowiedzialność osobistą za Dobro, dla Dobra własnego i swoich bliskich. Zaczynając od prośby o Ducha i biorąc Ducha do siebie.
Andrzej Roter
