Ucieszyłem się, gdy mi powiedziano: „Pójdziemy do domu Pana”.
Już stoją nasze stopy w twoich bramach, Jeruzalem.
Za każdym razem, kiedy słyszę te słowa, ogarnia mnie wielkie wzruszenie. Każdy, kto choć raz był w Jerozolimie, wie, że to miasto jest zupełnie wyjątkowe. I już zawsze będzie za nim tęsknił.
Tak samo każdy, kto choć raz spotkał Jezusa, nie potrafi przestać o Nim myśleć i pragnąć, by znów móc być blisko Niego. Dlatego uczniowie Chrystusa, po Jego śmierci, zmartwychwstaniu i wniebowstąpieniu, z utęsknieniem czekali Jego powrotu. Spodziewali się, że paruzja nastąpi jeszcze za ich życia. Niczego innego nie pragnęli.
Jakoś tak jednak stopniowo przestaliśmy wyczekiwać ponownego przyjścia Mesjasza. „Koniec świata” kojarzy nam się głównie z różnymi nieszczęściami. A przecież to ma być „godzina powstania ze snu”. Kiedy Syn Człowieczy wróci na ziemię, by zabrać nas do swego królestwa, to dopiero wtedy zacznie się prawdziwe życie. Dopiero tam, w raju, będziemy naprawdę szczęśliwi.
Poznamy Boga takim, jaki JEST. I to będzie źródłem niewyobrażalnej i niekończącej się radości. Tak wierzymy.
Dobrze, że jest adwent. Dobrze, że czytania z tego okresu przypominają, że „zbawienie jest bliżej nas”. „Noc się posunęła, a przybliżył się dzień”.
Jezus mówił siostrze Faustynie, że zanim przyjdzie, aby osądzić ludzkość, pragnie, aby cały świat poznał ogrom Jego miłosierdzia. On nie chce nikogo potępiać, ale żeby każdy był zbawiony. W domu Jego Ojca jest mieszkań wiele. Dla każdego starczy miejsca.
Ja, kiedy myślę o niebie, to wyobrażam sobie święte miasto Jeruzalem: „Stanie się na końcu czasów, że góra świątyni Pana stanie mocno na wierzchu gór i wystrzeli ponad pagórki. Wszystkie narody do niej popłyną, mnogie ludy pójdą i rzekną: Chodźcie, wstąpmy na Górę Pana do świątyni Boga Jakubowego!”. Czy to nie cudowne?
Niech więc tak się stanie! Marana tha. Przyjdź, Panie Jezu!
Joanna Czech
