TWOJA SZKOŁA BIBLIJNA

Dla zainteresowanych Pismem Świętym

24 grudnia 2016

Adwentowy Blog biblijny

Boże Narodzenie

Rzekł król do proroka Natana: Spójrz, ja mieszkam w pałacu cedrowym, a Arka Boża mieszka w namiocie.
To mówi Pan: Czy ty zbudujesz Mi dom na mieszkanie?

Dziewięć miesięcy. Tyle czasu Syn Boży rozwijał się pod sercem swojej Matki, Miriam. Od pojedynczej komórki przez wszystkie etapy życia płodowego, aż po w pełni ukształtowanego Człowieka, ze wszystkimi organami i narządami.
Zaraz po urodzeniu w tej swojej betlejemskiej grocie Chłopiec przez większość czasu pewnie spał. Chyba że akurat płakał: z głodu, ze zmęczenia lub z miliona innych powodów, dla których noworodki płaczą, tak, że czasem trudno je uspokoić.
Nowonarodzony Bóg-Człowiek nie potrafił mówić, siedzieć, chodzić. Wszystkich ludzkich czynności musiał się jeszcze nauczyć. Przez długi czas, jak inne niemowlęta, był całkowicie zależny od rodziców. Potrzebował ich miłości, czułości, troski i opieki, by prawidłowo się rozwijać. By nie być głodnym, nie marznąć, nie czuć samotności. Kto miał nauczyć Mesjasza chodzenia, ubierania się, samodzielnego jedzenia, jeśli nie Jego Rodzice?
Pewnie, jak każde inne dziecko, Jezus wypowiedział pierwsze słowa w okolicy pierwszych narodzin. Można się domyślać, że było to „Ima” i „Aba”. Jak miał półtora roku, zapewne już składał krótkie zdania. Dlaczego tak? Przecież język i mowa pochodzą od Boga. Przecież Chrystus jest Słowem, które było u Boga, i które było Bogiem. A kiedy wcielił się w człowieka, to poddał się też prawom biologii rządzącym ludzkim życiem i rozwojem.
Święty Łukasz kończy opis wczesnego dzieciństwa Jezusa takim zdaniem: „Dziecię zaś rosło i nabierało mocy, napełniając się mądrością, a łaska Boża spoczywała na Nim”. Tak, jakby chciał powiedzieć, że Chrystus, Syn Boga, był normalnym Dzieckiem i w niczym nie ujawniał swej boskości. Jezus rósł, nabierał mocy, zdobywał wiedzę, tak jakby to nie od Niego pochodziła cała wiedza i cała mądrość świata. Pierwsze trzydzieści lat Jeszuy z Nazaretu było tak zwyczajne i niczym nieróżniące się od życia Jego rówieśników, że niektórzy nie mogli później uwierzyć, że to On jest wyczekiwanym Mesjaszem, właśnie z powodu tej zwyczajności: „Czyż nie jest On synem cieśli?” „Czy Jego Matce nie jest na imię Miriam?”. „Czy może być co dobrego z Nazaretu?”.
Tak miało być. Miała być i grota, i gwiazda, i pasterze, i trzej mędrcy, i nawet Herod ze swoim szaleńczym strachem, żeby wypełnił się Boży plan. Byśmy zrozumieli, poczuli i uwierzyli, jak bezgranicznie kocha nas Bóg. Jak kocha i jak bardzo pragnie obdarzać nas swoimi łaskami, a teraz, w święta Bożego Narodzenia, jeszcze hojniej niż zwykle. Pisze przecież święty Jan: „Z Jego pełni otrzymaliśmy wszyscy łaskę”. Obyśmy tylko chcieli przyjmować Boże dary!
Często przy okazji Bożego Narodzenia życzymy sobie dużo łask Bożych. Ależ On nam ich nigdy nie skąpi! Tylko często przechodzą obok, niezauważone przez nas. Może tym razem powinniśmy życzyć raczej, byśmy potrafili i chcieli przyjmować to wszystko, czym codziennie w swym wielkim miłosierdziu obdarza nas Bóg! Byśmy zwracali większą uwagę na Bożą miłość, którą On nam okazuje na rozliczne sposoby. „Tych zaś, którzy Je przyjęli, [Słowo] obdarzyło mocą, aby się stali dziećmi Bożymi!”. I o to właśnie chodzi w życiu, byśmy zawsze pamiętali, że – tak samo jak Jezus – jesteśmy dziećmi Boga. Na zawsze i na wieki. Amen.

Joanna Czech

 

Piątek, 23 grudnia

wszyscy, którzy o tym słyszeli, brali to sobie do serca i pytali: Kimże będzie to dziecię? Bo istotnie ręka Pańska była z nim.

Dziecko rozwijające się w łonie matki słyszy głosy docierające z zewnątrz i potrafi na nie reagować. Kiedyś, w zaawansowanej ciąży, byłam w kinie na wyjątkowo głośnym filmie. Pamiętam jak dziś, choć minęło już kilkanaście lat, że mój syn przez cały seans rozpychał się po brzuchu i kopał mnie ze wszystkich stron. Widocznie zaniepokoiły go hałasy, do których nie był przyzwyczajony.
Być może niemota Zachariasza miała służyć też temu, by jego syn mógł w ciszy wzrastać pod sercem Elżbiety. Tak, aby od poczęcia był wyczulony na inne dźwięki niż mowa jego rodziców. Czytaliśmy niedawno w Ewangelii, jak na głos Maryjnego pozdrowienia dzieciątko z radości poruszyło się w łonie Elżbiety. Jak słodki i dobry musiał być głos Maryi, skoro wywołał taki skutek. Nic dziwnego, przecież to był głos Matki Syna Bożego, najpiękniejszy i najlepszy na świecie.
Dorosły już Jan Chrzciciel przebywał na pustyni. Jeśli ktoś spędził na pustyni choć kilka godzin, wie, jaka cisza tam panuje. Absolutna i przenikliwa. W pierwszej chwili człowiek przyzwyczajony do nieustannych dźwięków, choćby nawet cichych i odległych, ale jednak dźwięków, może czuć się nieswojo, kiedy uświadomi sobie, że nie słyszy nic, ale to zupełnie nic, żadnych, nawet najlżejszych odgłosów cywilizacji, ani przyrody.
W takiej ciszy do Jana przemawiał Bóg: mówił mu o swoim Synu, który miał wkrótce nadejść. Jan sam nazwał siebie „głosem wołającego na pustyni”. Nie mówił nic od siebie, ale przekazywał to, co usłyszał od „Tego, który go posłał”. Skoro miał być głosem, to musiał mieć bardzo wyczulony słuch, by nie przeoczyć żadnego ze słów, które miał przekazać od Boga narodowi izraelskiemu.
Ósmego dnia po narodzinach ich syna do Zachariasza i Elżbiety przyszli sąsiedzi i krewni, aby – zgodnie z tradycją – obrzezać chłopca i nadać mu imię. Kiedy ojciec napisał na tabliczce, że dziecko ma się nazywać Jan, tak jak polecił anioł, „natychmiast otworzyły się jego usta, język się rozwiązał, i mówił wielbiąc Boga”. Ludzkie słowa zamilkły, po to, by dało się słyszeć Słowo Boże.

Joanna Czech

 

Czwartek, 22 grudnia

To Pan daje śmierć i życie, w grób wtrąca i zeń wywodzi.

 Tylko ten, kto odda wszystko Bogu, niczego dla siebie nie zatrzymując, zyskuje nieskończenie wiele. Nie jesteśmy w stanie wzbogacić się własnymi siłami, bo to, co zdobywamy w wielkim trudzie i przez wiele lat, może przepaść w jednej chwili. Wszystko na tym świecie się kończy. Marność nad marnościami. Tylko ten, kto nie ma nic przed Bogiem, jest naprawdę bogaty! Tylko ten, kto nie ma nic swojego, może z głębi serca zawołać, że Bóg jest najwyższy i wszechmocny. Tak, jak Maryja.
Kiedy nie pokładam ufności we własnych siłach i nie jestem przywiązana do własnych planów i pragnień, kiedy całą nadzieję mam w Bogu i tylko w Nim, i oprócz tej nadziei nie posiadam nic, wtedy mogę powtórzyć za Maryją: „Wielbi dusza moja Pana i raduje się duch mój w Bogu, moim Zbawcy”. I nie tylko powtórzyć, ale też poczuć to w najgłębszej głębi serca i naprawdę przeżyć uwielbienie Boga i radość w Nim.
Maryja całe swoje życie oddała Bogu. Kiedy anioł przyszedł do Niej z propozycją, by została Matką Syna Bożego, Miriam nie kazała mu długo czekać na odpowiedź. Podjęła decyzję bez zastanawiania się: „Niechże mi się stanie według twego słowa ”. Była to decyzja całkowita. Maryja nie postawiła Bogu żadnych warunków, nie zostawiła sobie „furtki” na wypadek, gdyby się rozmyśliła, nie zapytała, co Ona będzie z tego miała. Jej „fiat” było podjęte świadomie i na zawsze. Nie cofnęła się nawet wtedy, kiedy jakiś czas później usłyszała niepokojące proroctwo: „Twoją duszę miecz przeniknie”. Maryja zgodziła się zostać „służebnicą Pańską”, zapominając zupełnie o sobie.
Matka Chrystusa mogła z całą prostotą i bez cienia pychy zawołać: „Oto bowiem błogosławić mnie będą odtąd wszystkie pokolenia”. Nie dlatego, że Ona sama miała dokonać czegoś wielkiego, ale dlatego, że pozwoliła, aby „wielkie rzeczy uczynił Jej Wszechmocny”. Zgodziła się – bez Jej zgody udzielonej w wolności ludzkiej woli nic by się nie stało – by z Jej udziałem Bóg zbawił ludzkość.
Miriam wychwala miłosierdzie Boga, który „przejawia moc swego ramienia”, „wywyższa pokornych”, „głodnych nasyca dobrami”, pamięta o tych, którzy Mu służą i dotrzymuje obietnic. Poznanie Boga i Jego miłosierdzia jest źródłem prawdziwej radości, której nic nie może odebrać Maryi, żadne cierpienia, jakie na Nią czekają. Dlatego trzydzieści trzy lata później będzie miała siłę, by wytrwać pod krzyżem, bo wierzy, że to nie koniec, że Bóg nie dał Jej Syna po to tylko, by umarł pohańbiony, ale by zmartwychwstał i dał życie wieczne wszystkim ludziom, „jak obiecał Abrahamowi i jego potomstwu na wieki”.

 

Środa, 21 grudnia 

Oto On! Oto nadchodzi! 

Maryja, po odwiedzinach anioła, które wszystko zmieniły w jej życiu, „wybrała się i poszła z pośpiechem” do swej krewnej, Elżbiety. Według słów Gabriela kobieta ta spodziewała się dziecka, mimo niepłodności i podeszłego wieku. Skoro anioł o tym powiedział, to znaczyło, że ciąża Elżbiety miała coś wspólnego z Jej własną. Poszła więc, nie tracąc ani chwili.
Żona Zachariasza była już wtedy w szóstym miesiącu, a jej mąż od ponad pół roku pozostawał niemy. Elżbieta musiała mieć świadomość, zważywszy na okoliczności, że w jej życie wkroczył Bóg i że jej syn nie będzie zwyczajnym dzieckiem. Przez dłuższy czas była sama ze swoimi myślami. Zachariasz nie mógł jej nic powiedzieć, nie mógł jej pomóc, jeśli ogarniały ją wątpliwości. Nie miała też do kogo innego się zwrócić, bo nikt nie wiedział o jej ciąży: kobieta kryła się z tym przez pięć miesięcy, jak czytamy w Ewangelii. Z pewnością nie było jej łatwo, nawet mimo tego, że wreszcie nosiła pod sercem upragnione dziecko. Tak zwyczajnie, po ludzku czasami chyba było Elżbiecie – już nie najmłodszej przecież – ciężko w nowej sytuacji.
Wizyta Maryi nie była zapowiedziana. Elżbieta nie spodziewała się gościa, więc nie szykowała się na spotkanie. Nie układała sobie w głowie, co powie, kiedy zobaczy młodszą krewną. A już na pewno nie wiedziała, że Ona też spodziewa się Syna. Nikt z ludzi jeszcze o tym nie wiedział. Nawet Józef, bo inaczej nie puściłby Jej samej w taką drogę.
Czytamy dziś w Ewangelii, że kiedy Maryja weszła do domu Zachariasza, „pozdrowiła Elżbietę”. Tak się robi, jak się do kogoś zachodzi. Powiedziała więc pewnie zwyczajowe „dzień dobry”, nic szczególnego chyba, skoro Ewangelista nie odnotowuje Jej słów. A co na to Elżbieta? Powinna się zdziwić i odpowiedzieć mniej więcej tak: „Co za niespodzianka” i „jak to miło, że nas odwiedzasz”. Ona jednak „wydała okrzyk”, bo na głos Maryi „poruszyło się z radości dzieciątko w jej łonie” i zaczęła błogosławić Matce swego Pana. Pierwsza z ludzi poznała, że Maryja jest Matką Boga, i to bez pośrednictwa anioła, ale za sprawą samego Ducha Świętego, który ją w tej chwili wypełnił.
Wszystko było jasne, Kobiety nie musiały sobie niczego tłumaczyć. Doskonale się rozumiały. Połączyła Je wspólna Tajemnica: Syn Maryi miał zbawić świat, a syn Elżbiety – przygotować naród izraelski na Jego przyjście. Maryja pozostała u krewnej około trzech miesięcy. Na pewno były dla siebie podporą. One obie uwierzyły, że „spełnią się słowa wypowiedziane przez Pana” i były dla siebie nawzajem świadectwem, że to, co zapowiedział Bóg, zaczęło się już spełniać. Dodawały sobie wzajemnie odwagi na różne trudności, od których, jak wiemy z Ewangelii, nie było wolne życie Maryi, a Elżbiety pewnie też. Obie jednak wierzyły, że wszystko, co je spotyka, dzieje się za sprawą Boga, i że tak właśnie musi być.
Wiara pozwala Duchowi Świętemu, by w nas działał. By On sam pouczał nas o rzeczach, które są zakryte dla oczu i rozumu. By nas prowadził drogą, którą Bóg każdemu z nas przygotował od wieków, na długo zanim przyszliśmy na świat. Jedyną i wyjątkową, którą nie może pójść nikt inny. Jeśli nie wybiorę drogi, którą dla mnie przeznaczył Bóg, to na zawsze zostanie ona nieprzebyta. Nikt inny nią nie pójdzie, jeśli ja nie uwierzę, że „spełnią się słowa wypowiedziane mi przez Pana”. Jeśli jednak uwierzę i dam się poprowadzić, to szybko się przekonam, że sam Bóg idzie przede mną i wszystko przygotowuje, bym dała sobie radę. Bym wytrwała do końca, jak wytrwała Maryja. I doczekała się, i ujrzała chwałę swego Syna, po tym, co wycierpiała.
Ale na razie jesteśmy jeszcze „w pewnym mieście w pokoleniu Judy” i przeżywamy, z Maryją i Elżbietą, radość oczekiwania na Zbawiciela, który ma się narodzić już niebawem.

 

Wtorek, 20 grudnia

Dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego.

Czekamy już na narodziny Jezusa Chrystusa, Mesjasza, Zbawiciela Świata, Księcia Pokoju, Odkupiciela, Króla chwały. On jest Słowem, które było na początku i które jest początkiem każdego człowieka. Jest Słowem, które było u Boga i które Bóg wypowiedział, stwarzając świat, i stwarzając każdego z nas. Bez Słowa, które było Bogiem, nas by nie było.
W Nim jest życie. Każde życie pochodzi od Boga. Tylko On ma moc ożywiania tych, których sam stworzył swoim Słowem. Bóg nas obdarzył życiem, które jest wieczne i nie skończy się tu na ziemi.
Czekamy na Chrystusa, który jest „światłością prawdziwą, która oświeca każdego człowieka”. Bez światła nie utrzymałoby się żadne życie. Wszystkie żywe istoty potrzebują światła, by trwać. Bóg nie tylko stworzył światło, ale jest światłością prawdziwą. Jest innym, doskonalszym światłem, światłem na życie wieczne. Światłem, w którym poznajemy Boga i nasze serce się rozradowuje.
Już za niecały tydzień będziemy świętować na pamiątkę tego, co wydarzyło się dwa tysiące lat temu w betlejemskiej grocie: „Słowo stało się ciałem i zamieszkało pośród nas”. Nieskończony, nieograniczony Bóg stał się śmiertelnym człowiekiem w niedoskonałym ludzkim ciele. Z miłości. By „oświecić każdego człowieka”. Słowo „przyszło do swojej własności”, by każdemu człowiekowi dać dar wiecznego życia i moc, „aby się stali dziećmi Bożymi”. Każdemu, kto zechce Go przyjąć. Bo nie wszyscy chcą. Nie wszyscy wierzą w Jego imię.
Chrystus przychodzi w swojej chwale, „pełen łaski i prawdy” i my, jeśli wierzymy w Jego imię, oglądamy Jego chwałę i otrzymujemy z „Jego pełni” łaskę radości, miłości, pokoju serca i zbawienia na życie wieczne w królestwie niebieskim.

 

Poniedziałek, 19 grudnia

Chłopiec rósł, a Pan mu błogosławił. Duch Pana zaś począł na niego oddziaływać.

 Pan Bóg bardzo starannie przygotowywał swój lud wybrany na przyjście Mesjasza. Dziś czytamy o tym, jak posłał swojego anioła do Zachariasza, kapłana „z oddziału Abiasza”, „sprawiedliwego wobec Boga i nienagannego według wszystkich przykazań i przepisów Pańskich”, by mu oznajmił, że wreszcie zostanie ojcem. Wreszcie, bo Zachariasz i jego żona długo modlili się o syna i byli już oboje „posunięci w latach”.
To nie pierwszy przypadek w historii Izraela, kiedy małżeństwo uważane za niepłodne, co jest „hańbą w oczach ludzi”, miało zostać rodzicami wybitnej i wyjątkowej osoby. Takim długo wymodlonym synem był na przykład Izaak, ojciec narodu żydowskiego, czy Samson, o którym słyszymy w dzisiejszym czytaniu, człowiek o nadludzkiej sile. Również Józef egipski i prorok Samuel byli dziećmi wyproszonymi u Boga przez ich matki. A wszystko po to, by objawiła się chwała Boża w Jego narodzie wybranym. I by wszyscy poznali, że On jest Panem historii. Przecież do Niego „należy ziemia i wszystko, co ją napełnia, świat i jego mieszkańcy”.
Bóg daje nam poznać swoją potęgę przez wydarzenia, których człowiek nie mógłby dokonać. Skoro niepłodna Elżbieta poczęła w swej starości, to dlatego, byśmy wiedzieli, że stało się tak za sprawą Bożą i że mamy do czynienia z czymś wyjątkowym i bardzo ważnym. Jej syn, Jan, miał „przygotować Panu lud doskonały”. Posłał go sam Bóg, by zapowiedział nadejście Mesjasza, który zbawi świat.
Kiedy Zachariasz ujrzał w przybytku anioła, „przeraził się i strach padł na niego”. Gabriel jednak rzekł do niego te same słowa, które od anioła usłyszeli też Maryja i Józef: „Nie bój się!”. Kapłan nie uwierzył w to, co usłyszał od anioła, że urodzi mu się syn, i to w dodatku „wielki w oczach Pana”. Poprosił o znak, że to prawda. I otrzymał znak: stracił mowę i pozostał niemy przez długie miesiące, aż do ceremonii obrzezania syna. Kiedy wreszcie znów mógł mówić, jego pierwsze słowa były wielkim uwielbieniem Boga, który „nawiedził lud swój i wyzwolił go”. Zachariasz już się nie bał! Uwierzył i przestał się bać.

 

Niedziela, 18 grudnia

Oto Dziewica pocznie i porodzi Syna, i nazwie Go imieniem Emmanuel, to znaczy: Bóg z nami.

Powoli kierujemy się już do Nazaretu i Betlejem, by doświadczyć cudu narodzenia Boga-Człowieka. Zostawiamy tradycje, które przysłaniają prawdziwe piękno Bożego Narodzenia i przeżywamy to wszystko, co NAPRAWDĘ, bardzo konkretnie i bardzo realnie wydarzyło się dwa tysiące lat temu w małej palestyńskiej miejscowości, i w czym brały udział konkretne i jak najbardziej rzeczywiste osoby.
Na przykład Józef z pokolenia Dawida, cieśla, mąż Maryi. Na obrazach jest często przedstawiany jako dobrotliwy, może trochę zrezygnowany starzec, jakby był tłem dla reszty swojej Rodziny. Jednak on był człowiekiem z krwi i kości, miał swoje uczucia, plany, swoje życie, które pewnego dnia, zupełnie niespodziewanie, legło w gruzach. Miał już wszystko poukładane: praca, dom, żona, z którą jeszcze co prawda nie mieszkał – takie były wtedy zwyczaje – ale już byli ze sobą związani „na dobre i na złe”.
I nagle okazuje się, że jego Żona jest w ciąży. I że to nie jest jego Dziecko! Koniec świata! Na szczęście – dla Maryi – Józef „był człowiekiem sprawiedliwym”. Nie wpadł w szał na wiadomość o niespodziewanym Dziecku. Nie myślał w pierwszej kolejności o sobie i swojej zranionej dumie, ale przede wszystkim chciał zadbać, by Jego żonie nie stałasię krzywda. Gdyby Ją tak zostawił  i gdyby ludzie dowiedzieli się o Jej ciąży, to by Ją zwyczajnie ukamienowali. Tak się wtedy robiło. Zamierzał więc „oddalić Ją potajemnie”, zapewne w przekonaniu, że to najlepsze, co może w tej sytuacji zrobić.

Bóg jednak zamierzał inaczej. Nie pierwszy raz wkraczał w historię w sposób, który dla ludzi jest trudny do pojęcia. Jak wtedy, kiedy kazał Noemu zbudować łódź pośrodku suchego lądu. Czy kiedy obiecał uczynić starego, bezdzietnegoAbrahama ojcem wielkiego narodu, liczniejszego niż gwiazdy na niebie i ziarnka piasku na pustyni. Czy kiedy polecił Mojżeszowi prowadzić lud Izraela do Ziemi Obiecanej, chociaż to przedsięwzięcie całkowicie przeczyło ludzkiej logice.
Być może Józef, syn Dawida, miał te wydarzenia w pamięci i dlatego uwierzył w to, co mu powiedział we śnie anioł: że „Maryja znalazła się brzemienną za sprawą Ducha Świętego”. I że „porodzi Syna”, któremu Józef „nada imię Jezus” i który „zbawi swój lud od jego grzechów”. I żeby się nie bał wziąć jej do siebie. Żeby się nie bał! Józef uwierzył, choć miał prawo pomyśleć, że to niemożliwe, bo przecież nigdy jeszcze nic podobnego się nie wydarzyło. Uwierzył i uczynił tak, jak mu polecił anioł Pański: „wziął swoją Małżonkę do siebie”. Nie bał się. Zrobił, co do niego należało, a Bóg zatroszczył się o całą resztę.
Bóg może absolutnie wszystko i jeżeli ktoś ogranicza Jego potęgę, to tylko człowiek, kiedy nie wierzy w Jego miłującą i miłosierną wszechmoc. Kiedy bardziej wierzy w to, co mu podpowiada strach niż w to, że Bóg kocha i zawsze jest blisko!

 

Sobota, 17 grudnia

Niech Jego imię trwa na wieki.

 Bóg jest wieczny. Zawsze był, zawsze jest i zawsze będzie. Nasze tysiąc lat to u Niego jak jeden dzień. Jego przymierze z człowiekiem jest niezachwiane i wypełnia się tak, jak Bóg zapowiedział, we właściwym czasie. Nie ma nic przypadkowego w Bożym działaniu.
W dzisiejszej Ewangelii czytamy: „Od Abrahama do Dawida jest czternaście pokoleń; od Dawida do przesiedlenia babilońskiego czternaście pokoleń; od przesiedlenia babilońskiego do Chrystusa czternaście pokoleń”.  Wszystkie wydarzenia z życia narodu wybranego, które poprzedziły narodziny Jezusa, były przygotowaniem na przyjście Zbawiciela świata. Każda z osób wymienionych w rodowodzie Jezusa jest ważna, każda miała swój udział w urzeczywistnianiu zbawczego planu. Każda wypełniała Bożą wolę tak, aby wszyscy ludzie mogli mieć nadzieję na życie wieczne w królestwie Ojca.
Dużo zastanawiałam się nad tym, po czym mogę poznać, czy wypełniam wolę Boga. Czy kiedy podejmuję jakąś decyzję, albo dokonuję wyboru, to jest to zgodne z Jego wolą? Czy to, czym się zajmuję, moja praca, zainteresowania, jest tym, do czego On mnie powołał? I nie potrafiłam znaleźć odpowiedzi na te pytania.
W odkrywaniu Bożej woli chodzi raczej o coś innego niż prawidłowe rozwiązywanie „testu wielokrotnego wyboru”. Jeśli wszystko, co robię, powierzam Bogu, jeśli proszę, by mi towarzyszył,  by przemieniał i uświęcał moje wysiłki, jeśli ufam Mu we wszystkim, co dotyczy mojego życia, to wtedy właśnie zaczynam wypełniać Jego wolę. Co mogę ja, a co może On? Bóg jest wszechmogący i nawet z moich błędów,porażek czy złych wyborów potrafi wyprowadzić wielkie dobro. Jeśli moją wolą będzie, by Bóg był we wszystkim, co robię, to wtedy On będzie działał przeze mnie i będzie się urzeczywistniać Jego wola w moim życiu.
Kiedy Bóg stworzył człowieka, powiedział: czyńcie sobie ziemię poddaną. Nasz Ojciec dał nam cały świat, byśmy go urządzali tak, jak będziemy potrafili najlepiej. Dał nam też wolność i możliwość decydowania, byśmy mogli byćodpowiedzialni za nasze czyny. Byśmy przeżyli życie mądrze, pięknie i twórczo, zmieniając rzeczywistość wokół nas na lepszą. Każdego z nas obdarzył różnymi talentami, byśmy je wykorzystywali do dobrych rzeczy. Każdemu z nas przygotował też szczególnie i niepowtarzalne powołanie, które ma znaczenie w Bożym planie zbawienia. On nas zaprasza bardzo dyskretnie i delikatnie do podjęcia tego powołania. Tak układa różne okoliczności, byśmy sami odkryli, że jest bardzo piękne i że właśnie temu chcemy poświęcić nasze życie. Jak Maryja, kiedy z radością wykrzyknęła swoje „fiat” aniołowi.

 

Piątek, 16 grudnia

Niechże cudzoziemiec, który się przyłączył do Pana, nie mówi tak: „Z pewnością Pan wykluczy mnie ze swego ludu!”.

 Stosunkowo łatwo jest uwierzyć, że Bóg kochawszystkich ludzi na świecie. O wiele trudniej przyznać, że kocha MNIE osobiście. Bez problemu można przyjąć prawdę, że Jego Syn, Jezus Chrystus, umarł na krzyżu i zmartwychwstał, żeby dać zbawienie wszystkim ludziom na świecie. Gorzej idzie uświadomienie sobie, że umarł konkretnie za MNIE. Można całe życie wierzyć abstrakcyjnie, w Boga, który jest wszędzie: w Kościele, w Piśmie Świętym, w świętych ludziach,  w historii, w przyrodzie… tylko nie we MNIE.
Czym innym jest chodzić na Mszę, czytać Biblię, modlić się, a czymś zupełnie, całkowicie odmiennym jest uzmysłowić sobie, i zaakceptować, że Bóg jest ze mną w każdej sekundzie mego życia. Towarzyszy każdej mojej myśli, wszystkim moim decyzjom, radościom, problemom. Moim pięknym chwilom i wszystkim upadkom.
Jezus mówi w dzisiejszej Ewangelii o Janie Chrzcicielu: „On był lampą, co płonie i świeci, wy zaś chcieliście na krótki czas radować się jego światłem”. Skoro prorok Jan, człowiek tylko, był światłem dającym radość, to o ile bardziej Jezus, Syn Boga żywego jest źródłem prawdziwego i niekończącegosię szczęścia!
Zupełnie nie ma powodu, żebyśmy ograniczali się w przyjmowaniu szczęścia, którym hojnie obdarza Zbawiciel. Żebyśmy przychodzili po Jego radość tylko od czasu do czasu, w niedzielę lub święta. Dlaczegóżby nie pozwolić, by towarzyszyła nam codziennie, bezustannie? Jeśli Jezus przychodzi do nas, wkracza w nasze życie, to po to, by zostać w nim na zawsze, by już się z nami nie rozstawać. Uczniowie, których powołał, towarzyszyli Mu 24 godziny na dobę. Byli cały czas razem, wszystko robili wspólnie: pływali łodzią, jedli posiłki, wędrowali z miejscowości do miejscowości. Mieszkali pod jednym dachem. I tak samo Jezus jest ze MNĄ we wszystkim, czym się zajmuję.
Nie ma powodu, żebyśmy sami sobie wmawiali: jestem taki, że Bóg na pewno mnie nie kocha. Jestem dla Niego cudzoziemcem. Absolutnie tak nie jest! To właśnie JA jestem ukochanym dzieckiem Boga. On MNIE obdarzył życiem, ukształtował MNIE cudownie z wielką czułością i troskliwością, w wyjątkowy i niepowtarzalny sposób. Nie ma na całym świecie drugiego człowieka, który mógłby Mu MNIE zastąpić, który mógłby zająć w sercu Boga miejsce, jakie On przeznaczył specjalnie dla MNIE. Któż mógłby być cudzoziemcem dla Stwórcy, który jest Ojcem wszystkich ludzi? I MOIM Ojcem, na zawsze i na wieki.

 

Czwartek, 15 grudnia

Z ogromną miłością cię przygarnę, mówi Pan. Miłość moja nie odstąpi od ciebie.
Boże mój i Panie, będę Cię sławił na wieki.

Kto spotyka Chrystusa – osobiście i w bardzo realny sposób dotyka Jego obecności – prędzej czy później doświadcza Jego przedziwnej miłości. I to raczej prędzej niż później. Jest to miłość, która przemienia całe życie i sprawia, że pragniemy ciągłej bliskości Tego, w którego wierzymy ze wszystkich sił i którego coraz mocniej kochamy.
Jezus mówi: „Oto stoję u drzwi i kołaczę: jeśli kto usłyszy mój głos i drzwi otworzy, wejdę do niego i będę z nim wieczerzał, a on ze Mną”. On kołacze do drzwi – do serca – każdego człowieka bez wyjątku. Jednak nie każdy Mu otwiera. Jak faryzeusze i uczeni w Prawie, którzy „udaremnili zamiar Boży względem siebie, nie przyjmując chrztu” od Jana Chrzciciela, a w konsekwencji odrzucili też Mesjasza, Syna Boga żywego. A On mówi o tych, którzy otwierają swoją rzeczywistość na bliskość Jezusa: „będę z nim wieczerzał, a on ze Mną”.
W niebie dopełni się Ostatnia Wieczerza, podczas której Jezus dał nam swoje Ciało, byśmy je jedli i swoją Krew, byśmy ją pili. W królestwie Boga już nie będzie świątyni i nie będzie Eucharystii, nie będzie potrzebna, bo już nic nas nie będzie oddzielało od Chrystusa. W wiecznym raju nie będziemy przebywać gdzieś obok Boga, ale zostaniemy całkowicie z Nim zjednoczeni, przeniknięci Jego miłością. Wtedy w pełni poznamy i uwielbimy Bożą miłość, która jest sensem i celem całego naszego istnienia na ziemi. Która nas powołała do życia i bez której nie byłoby żadnego z nas. Gdyby Bóg nas nie kochał, to by nas nie stwarzał. Jego miłość jest więc nieodłączną częścią tego, że jesteśmy.
„Mówi twój Bóg: Na krótką chwilę porzuciłem ciebie, ale z ogromną miłością cię przygarnę”. To porzucenie jest tutaj, kiedy jesteśmy oderwani od Boga, który nas kiedyś, kiedy sam zechce, przygarnie na wieki, z ogromną miłością. Wtedy „poznam tak, jak i zostałem poznany”. Poznam Boga, kim JEST i poznam siebie, kim naprawdę jestem – w Nim, kiedy stanę się częścią Jego JEST, na zawsze. I to dopiero będzie prawdziwe życie!

 

Środa, 14  grudnia

Ja jestem Pan, i nie ma innego.

 Każdy człowiek został obdarzony wolną wolą. Przede wszystkim możemy sami decydować, w co będziemy wierzyć czy nie wierzyć. Jeśli chcemy, możemy przeżyć życie tak, jakby po śmierci nie miało być już nic. Możemy tak postępować, jakbyśmy byli zdani tylko na własne siły i tylko na sobie mogli polegać. Jakby nie było Boga, który nas stworzył i ukochał, i zaprasza do wiecznego szczęścia w swoim domu. Możemy tak żyć, jakby to było całkowicie nieistotne, że On jest Ojcem nas wszystkich i przygotował dla nas królestwo niebieskie, które jest ostatecznym celem naszego istnienia.
A jednak to On jest jedynym Panem, „On Bóg, który ukształtował i wykończył ziemię, który ją mocno osadził, który nie stworzył jej bezładną lecz przysposobił na mieszkanie”. Tylko On jest Bogiem „i nikt inny!”. I woła dziś do nas: „Nawróćcie się do Mnie, by się zbawić”. To od nas zależy, czy chcemy być zbawionymi. W naszej wolnej woli decydujemy czy wierzymy, w Boga i Bogu, czy Mu ufamy i czy pragniemy wiecznego szczęścia w Jego domu.
Jezus, kiedy żył na ziemi, nikogo nie przymuszał, by uznał w Nim Mesjasza. Czynił dobrze wszystkim, uzdrawiał, oczyszczał, wskrzeszał z martwych. Jego dzieła świadczyły o Nim. Mówił jednak: „błogosławiony jest ten, kto we Mnie nie zwątpi”. Od nas zależy czy uwierzymy, że Jezus jest Chrystusem, Zbawicielem świata, Synem Boga żywego. I od nas zależy też czy ta prawda jest dla nas ważna, czy ma realny wpływ na nasze życie, czy zmienia nas i naszą codzienność, czy jest najgłębszym sensem naszego istnienia. Czy raczej jest gdzieś obok, tak jakby nie miała większego znaczenia.
Wcale nie jest łatwo iść za Chrystusem. Jego droga, którą chce prowadzić tych, którzy w Niego nie wątpią, jest drogą krzyżową. Jan Chrzciciel, prorok zapowiadający przyjście Mesjasza, zginął w więzieniu przez ścięcie głowy. Apostołowie, wszyscy oprócz Jana, umarli śmiercią męczeńską za głoszenie Ewangelii. Dzisiaj też w różnych częściach świata Chrześcijanie cierpią za wiarę. Trudno to zrozumieć. Jednak błogosławiony, kto nie zwątpi w Jezusa. Jeśli w Niego wierzymy, to On nas zapewnia, że pewnego dnia staniemy przed Jego tronem, a On nas „poprowadzi do źródeł wód życia i każdą łzę otrze Bóg z naszych oczu”. „I śmierci już odtąd nie będzie, ani żałoby, ni krzyku, ni trudu”, kiedy Jezus przyjdzie i „uczyni wszystko nowe”. Jeśli w to wierzymy, bardzo mocno, jeśli ani chwili nie wątpimy, to bramy raju stoją przed nami otworem.

 

Wtorek, 13 grudnia

Wtedy bowiem przywrócę narodom wargi czyste, aby wszyscy wzywali imienia Pana i służyli Mu jednomyślnie.

 Nie ma takiego grzechu, którego Bóg nie mógłby wybaczyć w swoim niepojętym miłosierdziu. Wystarczy wierzyć, że jest to możliwe. Jezus mówi: „Komu wiele przebaczono, ten więcej miłuje”. Rozumie to zdanie każdy, kto był na dnie i doświadczył przebaczającej i przemieniającej miłości. Kto tak bardzo sam sobą pogardzał, że nie oczekiwał, że kiedykolwiek spotka go bezinteresowna dobroć i troska drugiego człowieka. Albo Boga-Człowieka. Ktoś taki ze wszystkich sił odwzajemnia okazaną mu miłość, gdyż ma świadomość, że została mu dana całkowicie za darmo i że zupełnie na nią nie zasługiwał.
Dlatego, jak czytamy w dzisiejszej Ewangelii, celnicy i nierządnice wchodzą przed innymi do królestwa niebieskiego. Bóg jest w stanie podnieść człowieka z każdego upadku, każde, najgorsze nawet zło przemienić w dobro, pociągnąć do świętości największego grzesznika. Trzeba tylko uwierzyć, że On właśnie taki jest: miłosierny bez granic. I że kocha. Że właśnie mnie bardzo mocno kocha, w każdej sekundzie mojego życia, i jeśli tylko zechcę, wypełni je swoją niepojętą miłością i zaczną dziać się cuda. Tak, jak nam mówi dzisiejszy psalm: „Spójrzcie na Niego, a rozpromienicie się radością”. I jeszcze: „Pan jest blisko ludzi skruszonych w sercu”.
Z nami jest tak, jak z Apostołami dwa tysiące lat temu. To Jezus pierwszy przychodzi, do każdego z nich z osobna, i zaprasza, by do Niego dołączyli. Oni odrywają się od swoich spraw i idą za Nim, choć jeszcze Go nie znają. I dalej już wszystko należy do Chrystusa: stopniowo pokazuje swoim towarzyszom, kim JEST, a oni rozpalają się coraz większą miłością do swojego Mistrza. Po pewnym czasie nie potrafią już bez Niego żyć. Z rybaków i celników stają się głosicielami dobrej nowiny o zbawieniu.
Do nas też Jezus zawsze przychodzi pierwszy. Czasem niespodziewanie i – mogłoby się wydawać – w najmniej odpowiednim momencie, i mówi: Pójdź za Mną. Nic więcej, tylko tyle: Pójdź za Mną, bez żadnych wyjaśnień. Jeśli uwierzymy, że to zaproszenie jest prawdziwe i skierowane do nas osobiście, to On nas będzie pociągał do siebie coraz bardziej, oczyszczał, uświęcał i przepełniał swoją miłością. Ponieważ On, Bóg, jest „Alfa i Omega, Pierwszy i Ostatni, Początki i Koniec”, On jest Ten, „Który jest, Który był i Który przychodzi, Wszechmogący”, to w Nim i tylko w Nim odnajdziemy prawdziwe i niekończące się szczęście.
Jezus mówi: „Oto przyjdę niebawem”. A kto słyszy te Jego słowa, „niech powie: «Przyjdź!»”.

 

Poniedziałek, 12 grudnia

Oto Król twój przychodzi do ciebie łagodny.

Dzisiaj spotykamy Jezusa nauczającego w świątyni jerozolimskiej. Dzień wcześniej wjechał do miasta na oślicy witany przez tłumy wołające „Hosanna Synowi Dawida!”. Kiedy wszedł do świątyni, wyrzucił z niej „wszystkich sprzedających i kupujących”, a następnie uzdrawiał niewidomych i chromych.
Działalność Nazarejczyka nie podoba się arcykapłanom i starszym ludu. Jezus burzy rzeczywistość, do której przywykli. Widzą cuda, które czyni i słuchają Jego nauczania, utwierdzając się coraz bardziej w przekonaniu, że należy usunąć Chrystusa, gdyż zagraża światu, który wokół siebie zbudowali.
To prawda. Kiedy Jezus wkracza w życie człowieka, wszystko się zmienia. On wywraca naszą codzienność do góry nogami. Wyrywa z rutyny, przyzwyczajeń, przeróżnych zniewoleń i zakłamań. Ściąga maski i pozory, za którymi się chowamy. Ten proces wcale nie jest łatwy i przyjemny, ale prowadzi do wolności. I radości.
Arcykapłani nie potrafią znaleźć dobrej odpowiedzi na pytanie Jezusa „Skąd pochodził chrzest Janowy: z nieba czy od ludzi?”. Że z nieba, to nie wierzą, ale nie odważą się powiedzieć, że od ludzi – boją się tłumu. Jeśli ktoś żyje w pozorach, nie w prawdzie, ciągle czegoś się boi. Świat zbudowany na kłamstwach w każdej chwili grozi zawaleniem.
Jezus zaś jest prawdą. Jeśli ktoś na Nim oprze swe życie, nie musi niczego się bać, bo On jest prawdą odwieczną, która nigdy się nie zachwieje. Jest Bogiem wiernym i żadne z Jego słów nigdy się nie odmieni. Jak On powie, tak jest i zawsze tak będzie, na wieczność.
Starsi z ludu i arcykapłani pytają Jezusa w świątyni: „Jakim prawem to czynisz? I kto Ci dał tę władzę?”. Odpowiedź jest prosta: Jego Ojciec, Bóg, w którego domu właśnie się znajdują. Chrystus jednak tego nie mówi. Wie, że i tak by mu nie uwierzyli. Wiara rodzi się w sercu. Bóg rodzi się w sercu, nie tylko w żłóbku. Kiedy Jezus przychodzi do nas, jak przyszedł dwa tysiące lat temu do Żydów, i zaczyna odgrywać coraz większą rolę w naszym życiu, to w pewnym momencie odkrywamy, sami w sobie, że On jest „Mesjaszem, Synem Boga żywego.”
To jest najpiękniejsze, co może przydarzyć się w życiu człowieka: poznać, w najgłębszej istocie człowieczeństwa, że Jezus jest Bogiem. Moim Bogiem. Nic na świecie nie może równać się z pięknem tego poznania.

Oto nasz Król wychodzi nam na spotkanie. Przyjmijmy Go z radością!

 

Niedziela, 11 grudnia

Odwagi! Nie bójcie się! Oto wasz Bóg; On sam przychodzi, by was zbawić.

 Zadziwiająca jest relacja Jezusa i Jana Chrzciciela przedstawiona w Ewangelii. Jan w zasadzie nie znał Tego, którego przyjście niezmordowanie głosił. Obaj Mężczyźni spotkali się tylko raz, na krótką chwilę nad Jordanem, a i wtedy Chrzciciel rozpoznał Chrystusa nie dlatego, że wiedział, kim On jest, ale dlatego, że zobaczył zapowiedziany znak: „Ujrzałem Ducha, który zstępował
z nieba jakby gołębica i pozostał na Nim”. Jan nie towarzyszył Jezusowi, nie należał do Jego uczniów i nie był świadkiem Jego nauczania i cudów. Jak sam mówi: „Ja Go nie znałem, lecz dlatego przyszedłem chrzcić wodą, aby tak został objawiony Izraelowi”.
Jesteśmy trochę podobni do Jana. My też wierzymy w Tego, którego nigdy nie widzieliśmy. Owszem, znamy Go dobrze z Ewangelii. Adorujemy Go w Najświętszym Sakramencie i przyjmujemy Jego ciało i krew w Komunii Świętej. Jeszcze jednak nie stanęliśmy z Nim twarzą w twarz. Jeszcze nie poznaliśmy Go tak zupełnie. Nie jesteśmy jeszcze z Nim całkowicie zjednoczeni.
W dzisiejszej Ewangelii czytamy, że Jan przebywa już w więzieniu. Dotarły do niego opowieści o czynach Jezusa, dlatego posyła swych uczniów, by Go zapytali: „Czy Ty jesteś Tym, który ma przyjść?”. Chrystus nie odpowiada na pytanie wprost. Nie mówi o sobie, kim jest, ale każe wysłannikom: „Oznajmijcie Janowi to, co słyszycie i na co patrzycie: niewidomi wzrok odzyskują, chromi chodzą, trędowaci doznają oczyszczenia, głusi słyszą, umarli zmartwychwstają, ubogim głosi się Ewangelię”. Czyny Syna Bożego same o Nim świadczą.
Tak też jest i z nami. Kiedy otwieramy się na Jezusa i pozwalamy, by nas wypełnił swoją obecnością, w naszym życiu zaczynają dziać się niesamowite rzeczy, nawet jeśli ciągle jeszcze znamy Go bardziej ze słyszenia niż z widzenia. Największym z cudów, jakim obdarza nas Chrystus, jest radość i spokój. Kiedy On przychodzi, ustępuje strach, smutek, gniew, zniechęcenie. On jest samą miłością, samą radością i samym pokojem. Im więcej Jego w nas, tym więcej w naszym życiu miłości, radości i pokoju. Kto tego doświadczył, wie, że żadne skarby świata nie mogą równać się ze szczęściem, jakie daje miłość, radość i pokój, które pochodzą od Syna Bożego.
Jan nie poznał Jezusa osobiście, ale Chrystus zna go bardzo dobrze. Kiedy uczniowie Chrzciciela odeszli, „Jezus zaczął mówić do tłumów o Janie”, wysłańcu posłanym przez Boga, aby przygotował drogę Mesjaszowi. Powiedział: „Między narodzonymi z niewiast nie powstał większy od Jana Chrzciciela. Lecz najmniejszy w królestwie niebieskim większy jest niż on”. Jan był silny mocą pochodzącą od samego Boga. Przychodziły do niego tłumy, nie po to, żeby poznać Chrzciciela ze względu na niego samego, ale by doświadczyć Boga, który był z Nim i któremu Jan służył.
Czasem spotykamy ludzi, po których widać bardzo mocno, że są przepełnieni Bożą obecnością. Wystarczy raz spojrzeć, by się zorientować, że są bardziej odbiciem miłosiernego Chrystusa niż sobą. Instynktownie szukamy bliskości takich osób, gdyż one przybliżają nas do Boga, za którym każdy z nas tęskni. Jezus powiedział o Chrzcicielu, że był największym, a jednocześnie najmniejszym z ludzi. Tak jest ze wszystkimi, którzy swoim życiem głoszą Chrystusa: sami znikają całkowicie, stają się zupełnie nieważni. Ważny jest tylko Pan, który już nadchodzi i który pragnie, by cały świat o Nim usłyszał, by każdy człowiek mógł dostąpić zbawienia.

 

Sobota, 10 grudnia

On jest moim Synem umiłowanym, którego sobie upodobałem. Jego słuchajcie!

W dzisiejszej Ewangelii spotykamy Jezusa i Jego uczniów schodzących z góry. Przed chwilą, na wysokim szczycie, „z dala od ludzi”, Chrystus przemienił się  w obecności Piotra, Jakuba i Jana. Jego twarz „zajaśniała jak słońce”, a Jego ubranie „stało się białe jak światło”. Do Jezusa przyłączyli się Mojżesz i Eliasz i rozmawiali z Nim. Za chwilę całą Trójkę zakrył „świetlisty obłok”,
z którego rozległ się głos samego Boga: „On jest moim Synem umiłowanym”.
Uczniowie, jak zwykle, wystraszyli się tego, co się działo, ale trudno im się dziwić. Znali Jezusa już od dłuższego czasu i wierzyli, że On właśnie jest „Chrystusem, Synem Boga żywego”. Byli świadkami wielu Jego cudów, ale to wydarzenie było całkowicie wyjątkowe: jeszcze nigdy nie widzieli swego ukochanego Mistrza w Jego boskiej postaci. A kiedy do tego usłyszeli głos rozlegający się z chmury,  „upadli na twarz bardzo przerażeni”.
Tym razem Jezus nie zganił uczniów za bojaźliwą reakcję: „podszedł, dotknął ich i powiedział: «Wstańcie! Nie bójcie się!»”. Mistrz zaczął już przygotowywać swoich towarzyszy na to, co miało się wkrótce wydarzyć: że będzie bardzo cierpiał, że umrze i trzeciego dnia zmartwychwstanie. To wszystko było zbyt trudne do pojęcia dla Apostołów. Zrozumieli, o czym tak naprawdę Jezus do nich mówił, dopiero, kiedy już się dopełniło wszystko, co miało się stać, kiedy Syn Człowieczy został już „wskrzeszony z  martwych”.
Na razie jednak uczniowie schodzą z góry. Jezus jest jeszcze z nimi, jeszcze nie nadeszła Jego godzina. Apostołowie pytają Mistrza o Eliasza, który, jak twierdzili nauczyciele Pisma, miał poprzedzić przyjście Mesjasza. Nauczyciel pokazuje im, że to, na co od wieków czekali Żydzi, zaczęło się już dziać. Eliasz już przyszedł: był nim Jan Chrzciciel, który poświęcił życie, by przygotować drogę Chrystusowi. Syn Boży, Mesjasz, Zbawiciel, był już na ziemi, gotowy na wszystko, co musiało się wykonać, byśmy kiedyś mogli z Nim przebywać w Jego królestwie.
Kiedy w Adwencie przygotowujemy się na przyjście Jezusa, to nie oczekujemy tylko na Dzieciątko, które wyciąga do nas rączki ze żłóbka. Czekamy na potężnego Boga, który tak bardzo nas ukochał, do szaleństwa, że stał się jak my we wszystkim oprócz grzechu. Który swoją wszechmoc ograniczył do ludzkiego ciała, by raz na zawsze pokonać śmierć i obdarzyć nas tym, co tylko On, nikt inny, mógł na dać: życiem wiecznym.
Kiedy uczniowie podnieśli oczy po przemienieniu, „nikogo już nie widzieli, tylko samego Jezusa”. Kiedy my wreszcie się z Nim spotkamy, to też będziemy widzieć już tylko Jego. Wszystko inne przestanie być istotne.

Przyjdź Panie Jezu! Niech już nastanie Twoje królestwo!

 

Piątek. 9 grudnia

Tak mówi Pan, twój Odkupiciel, Święty Izraela: Jam jest Pan, twój Bóg.

Pozwólmy Jezusowi, żeby nas zaskakiwał! Otwórzmy dla Niego serca i przygotujmy się na to, że będą dziać się rzeczy, których zupełnie byśmy się nie spodziewali.
Często tkwimy w różnych schematach, tradycjach, przyzwyczajeniach. Przywykliśmy, że „zawsze tak było” i oczekujemy, że „zawsze tak będzie”. Tak bardzo skupiamy się na tym, żeby wypełnić nasze rytuały, że nie zauważamy, że to, co naprawdę ważne i piękne, przechodzi obok i przepada bezpowrotnie.
Kiedy Jezus wkracza do naszego życia, to wywraca świat, który sobie poukładaliśmy, do góry nogami. Jak stoły przekupniów w świątyni. Wyrywa nas ze ścieżek, którymi od dawna chodzimy, w zasadzie krążymy w kółko, jak dzieci na rynku z dzisiejszej Ewangelii, i stawia na zupełnie innej, niezwykłej drodze, którą chce nas prowadzić do zbawienia. Wyrzuca z nas wszystko, co niepotrzebne, aż zrobi się miejsce dla Boga.
On sam, kiedy przebywał na ziemi, burzył schematy: przyjaźnił się z celnikami i grzesznikami, zbliżał się do trędowatych, uzdrawiał w szabat. Nie przejmował się też tym, że Jego uczniowie nie przestrzegali obowiązujących nakazów: nie pościli i nie obmywali rytualnie rąk przed posiłkiem. Mówił o tym, co najważniejsze: o miłości Boga do człowieka i człowieka do Boga, która łatwo rozmywa się w skomplikowanym systemie tradycji, nawet jeśli są to tradycje religijne.
Żydzi współcześni Jezusowi czekali na Mesjasza. Mieli bardzo różne wyobrażenia, jaki On będzie i co będzie się działo, kiedy On przyjdzie. A Syn Boży zrobił coś, czego nikt zupełnie nie spodziewał się po Nim: umarł na krzyżu i zmartwychwstał, żeby dać wszystkim nadzieję na życie wieczne. I to była Jego prawdziwa mądrość, o której mówi w dzisiejszej Ewangelii!
Myśli Boga nie są naszymi myślami. Jednak to Jego, nie nasze, myśli są odwieczne i to On sam wie, jakimi drogami nas prowadzi do swego królestwa. Boże Narodzenie już niedługo. Pozwólmy Mu się zaskoczyć. Nie planujmy, jak mają wyglądać świąteczne dni. Nie nastawiajmy się na żadne przeżycia. Niech On przyjdzie do nas tak, jak sam chce, w tej konkretnej rzeczywistości, w której teraz się znajdujemy. Niech przyjdzie i wypełni sobą całe nasze życie, i wszystko przemieni!

 

Czwartek, 8 grudnia

Oto Ja służebnica Pańska, niech Mi się stanie według twego słowa!

Kiedy Adam pierwszy raz sprzeciwił się woli Boga, zjadając owoc z drzewa, z którego On zakazał mu jeść, „przestraszył się”, zobaczył, że „jest nagi” i „ukrył się”. To jest właśnie największy dramat grzechu: ukazuje nam naszą „nagość”, której się wstydzimy, i sprawia, że zaczynamy się bać i uciekamy od Boga. A im dalej od Niego jesteśmy, tym nasze życie jest smutniejsze, straszniejsze i bardziej „nagie”.
Maryja była wolna od skutków grzechu pierworodnego. Nie mogło być inaczej: miała przecież zostać Matką Boga! Kiedy Bóg posłał do Niej anioła Gabriela, żeby Jej wytłumaczył to, co w zasadzie było niewytłumaczalne, że: „oto pocznie i porodzi Syna”, który „będzie nazwany Synem Najwyższego”, i którego „panowaniu nie będzie końca”, i że stanie się to za sprawą Ducha Świętego, a nie Jej męża Józefa, młodziutka Miriam też miała prawo się wystraszyć. Anioł jednak rzekł do Niej: „nie bój się, Maryjo”, a Ona mu uwierzyła. I zaufała Bogu, bezgranicznie i do końca.
Matka Mesjasza, Zbawiciela świata nie miała lekkiego życia. Jej „fiat”, „niech mi się tak stanie” wypowiedziane w odpowiedzi na Boże zaproszenie było wystawiane na ciężkie próby. Jak wtedy, kiedy była zmuszona rodzić na stercie siana w ciemnej, zimnej i brudnej grocie, gdzie nocowały zwierzęta. Czy kiedy dowiedziała się, że Herod, w strachu o swoje panowanie, kazał wymordować „wszystkich chłopców poniżej lat dwóch” w całej okolicy. I trzeba Im było uciekać, przez pustynię do Egiptu, z Maleństwem na rękach. Jak uchodźcy, nie wiedząc, gdzie mają mieszkać i czy będą przyjęci życzliwie, czy znowu przepędzani z domu do domu, jak wtedy w Betlejem. Czy kilkanaście lat później, już z powrotem w Palestynie, kiedy Jezus zgubił się Rodzicom w Jerozolimie, a Oni szukali Go „pełni bólu” i „dopiero po trzech dniach znaleźli Go w świątyni”. Czy kiedy dorosły już Jezus wybrał się na czterdzieści dni na pustynię. Zupełnie sam, a w dodatku bez jedzenia.
Maryja cały czas ufała Bogu, we wszystkich trudach i cierpieniach, które wiązały się z byciem Matką Zbawiciela. Nawet wtedy, kiedy szła za Synem, zakrwawionym, poobijanym, ledwo żywym, skulonym pod drewnianym ciężarem na miejsce, gdzie miał być zabity. I wtedy, kiedy stała u stóp krzyża i patrzyła, jak jej Dziecko umiera w strasznych męczarniach. Na całym świecie nie ma większego bólu niż patrzeć, jak ci dziecko umiera. Miriam ufała Bogu, wiedziała, że tak właśnie musi być, i że to nie koniec. Skoro Bóg powiedział, że Jej Syn będzie „panował nad domem Jakuba na wieki”, to Ona nie wątpiła, że tak właśnie się stanie. Że Jej Syn zwycięży śmierć.
Dzisiaj jest piękne święto. Czas wielkiej łaski, kiedy możemy oddać Bogu naszą „nagość”, nasze grzechy, upadki, nasz strach. Zaufać Mu, jak Maryja, do końca i bezgranicznie. Powiedzieć: „bądź wola Twoja” i przestać się bać. Spojrzeć w oczy Miriam, które rozumieją każde cierpienie, i zaufać. Bóg powiedział do Adama chowającego się przed Nim w ogrodzie: „Któż ci powiedział, że jesteś nagi?”. Nasz Ojciec, Ten, który nas stworzył, kocha nas na zawsze, mimo wszystko, i chce byśmy Mu zaufali, przyjęli Jego miłość i dali się poprowadzić – do Jego niebieskiego królestwa. On przecież „wybrał nas przed założeniem świata, abyśmy byli święci i nieskalani przed Jego obliczem. Z miłości przeznaczył nas dla siebie”, byśmy „istnieli ku chwale Jego majestatu”, na wieczność!

 

Środa, 7 grudnia 

Z kimże byście mogli Mnie porównać, tak, żeby Mi dorównał – mówi Święty?

Dzisiejsza liturgia słowa kojarzy mi się z pieszą pielgrzymką na Jasną Górę. Pielgrzymi często śpiewają ten fragment z Księgi Izajasza: „Ci, co zaufali Panu odzyskują siły, otrzymują skrzydła, jak orły: biegną bez zmęczenia”. Rzeczywiście, jakoś tak dzieje się podczas pielgrzymki, że mimo wielu kilometrów do przejścia, niewygód i niepogody, wcale nie czuje się znużenia ani zniechęcenia. To jest taki czas, w którym bardzo namacalnie można odczuć, że Bóg sam nas umacnia. Jak mówi dziś prorok Izajasz: „On dodaje mocy zmęczonemu i pomnaża siły omdlałego”. Warto pójść na pielgrzymkę już chociażby po to, żeby doświadczyć tego cudownego pokrzepienia. Podczas ostatniej pielgrzymki miałam okazję przekonać się o tym w trójnasób, gdyż szłam razem z synami. Nigdy jeszcze nie czułam się tak silna i wierzę głęboko, że to sam Pan dodawał mi mocy.

W tym roku, wchodząc na Jasną Górę, nasza grupa śpiewała pieśń zaczerpniętą z  dzisiejszego psalmu: „Błogosław duszo moja Pana, wszystko co we mnie, Jego najświętsze imię”. Ta chwila, kiedy przychodzimy do tronu Matki, jest bardzo radosna i naprawdę „wszystko co we mnie” uwielbia, wysławia i błogosławi Boga. To kolejny argument, żeby wybrać się na pielgrzymkę: móc przeżyć wielką radość błogosławienia Boga z całej duszy.
W dzisiejszej Ewangelii Jezus mówi: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię”. Pielgrzymka jest przyjściem do Chrystusa przez serce Maryi: Jego Matki i naszej najczulszej, najlepszej Matki. Idziemy kilkanaście dni do Jej tronu, by wyrazić wolę podążania za Chrystusem w całym naszym życiu, ale też po to, by u tronu Królowej uzyskać pokrzepienie, i to bardzo konkretnie, w różnych naszych trudnościach i potrzebach. U stóp Miriam bardzo realnie znajdujemy „ukojenie dla dusz naszych”.
Często jest tak, że do pójścia na pielgrzymkę motywuje nas intencja: idziemy, żeby poprosić o pomoc w jakiejś trudnej sytuacji życiowej. I ta pomoc zostaje nam dana, bardzo realnie. Ale też nie tylko to otrzymujemy: wytrwałe pielgrzymowanie zbliża do Chrystusa. Po pewnym czasie odkrywamy, jak bardzo prawdziwe są słowa Zbawiciela: „Jarzmo moje jest słodkie, a moje brzemię lekkie”. Trudno to zdanie wyjaśnić rozumowo. Kiedy jednak poczujemy jego prawdziwość w sercu, całkowicie zmienia się nasza perspektywa. Już nie my z naszymi problemami jesteśmy w centrum, ale On, Jezus Chrystus. On jest prawdziwym pocieszeniem i pokrzepieniem, które trwa niezależnie od okoliczności zewnętrznych.

Cierpienia zawsze były i będą, ale wierzymy, że przez nie zbliżamy się do Boga, którego poznamy po śmierci i który będzie źródłem naszego wiecznego szczęścia. Z kim można porównać Boga? Z nikim. I z niczym nie można też porównać radości przebywania w Nim na wieki. Dlatego Jego jarzmo jest słodkie, a Jego brzemię lekkie, bo jest to jarzmo i brzemię, które nas prowadzą do Królestwa Bożego.

Przyjdź już Panie Jezu do nas! Bardzo czekamy!

 

Wtorek, 6 grudnia

Słowo Boga naszego trwa na wieki.

 Z dzisiejszej Ewangelii przebija wielka troska Chrystusa o każdego człowieka. Mówi do swych uczniów: „Jak wam się zdaje? Jeśli kto posiada sto owiec i zabłąka się jedna z nich: czy nie zostawi dziewięćdziesięciu dziewięciu na górach i nie pójdzie szukać tej, która się zabłąkała? ”. To pytanie „Jak wam się zdaje?” pokazuje, że dla Jezusa jest absolutnie oczywiste, że będzie szukał każdego, kto się pogubi. Mówi dalej: „a jeśli uda się znaleźć”. Nie zawsze poszukiwania są zakończone sukcesem. Nie wszyscy chcą dać się odszukać Bogu, nie wszyscy chcą do Niego wrócić. Jeśli jednak Chrystusowi udaje się znaleźć zbłąkanego człowieka, bardzo, ale to bardzo się z tego cieszy. Na koniec Nauczyciel dodaje: „Tak też nie jest wolą Ojca waszego, który jest w niebie, żeby zginęło jedno z tych małych”. Jezus przyszedł na świat pełnić wolę Boga, a Jego wolą jest dać zbawienie ludziom, których sam stworzył, bo po to właśnie nas stworzył: do życia wiecznego. Dlatego Jezus szuka i podnosi, i bierze na ręce każdego, kto tylko Mu na to pozwoli, niezależnie od tego, jak bardzo się oddalił, czy jak głęboko upadł.

Prorok Izajasz również mówi dziś o wielkiej czułości i delikatności Boga: „Podobnie jak pasterz pasie On swą trzodę, gromadzi ją swoim ramieniem, jagnięta nosi na swej piersi, owce karmiące prowadzi łagodnie”.  Oto nasz Bóg: troskliwy Ojciec, który przychodzi z mocą, aby nas wybawić!

Jezus często nazywa siebie pasterzem, jak w 10. rozdziale Ewangelii wg św. Jana. Chrystus to dobry pasterz, a „owce słuchają jego głosu; woła on swoje owce po imieniu i wyprowadza je. A kiedy wszystkie wyprowadzi, staje na ich czele, a owce postępują za nim, ponieważ głos jego znają”.

Słucham głosu Chrystusa, mojego pasterza, ponieważ On woła mnie po imieniu, a ja znam Jego głos. Jego Słowo mnie stworzyło: „bez Niego nic się nie stało, co się stało”. Kiedy Pan do mnie mówi, to Jego głos jest mi znajomy, porusza mnie w najgłębszej istocie mojego człowieczeństwa, bo jest to to samo Słowo, które z miłością powołało mnie do istnienia. Czytamy w opisie stworzenia świata: „Potem rzekł Bóg: Uczyńmy człowieka na Nasz obraz, podobnego Nam”. Bóg mnie stworzył, podobną sobie i nadał mi imię, które od Niego pochodzi. Kiedy Chrystus, mój pasterz, woła mnie po imieniu, to wiem, że wzywa właśnie mnie. Nikt inny nie ma mojego imienia, On sam mnie nim obdarzył. Chciał, żebym istniała, i żebym nosiła, głęboko w sercu, imię, którym mnie nazwał. To jest moja najpiękniejsza tajemnica i mój najcenniejszy skarb, bo moje imię jest Słowem, które Pan wypowiedział, powołując mnie do istnienia.

Dlatego, kiedy słyszę, jak&

Zobacz

 

Słówko na dziś

j. grecki
οὐχί nie (uchi)

j. hebrajski
hd'bo[] praca (awoda)

 

Artykuły

» więcej artykułów

Szkoła Biblijna Archidiecezji Gdańskiej

Zajęcia we wtorki:
Gdańskie Archidiecezjalne Kolegium Teologiczne (aula)
ul. Armii Krajowej 46
81-365 Gdynia

Zajęcia w środy:
Aula Jana Pawła II w Gdańsku-Oliwie
ul. Biskupa Nowickiego 2
80-330 Gdańsk

Telefon

+48 507 923 209

E-mail

szkolabiblijnagda@gmail.com

Numer konta:

BNP PARIBAS
37 1600 1462 1898 9624 3000 0004

W tytule przelewu prosimy podać:
Darowizna na cele statutowe - Szkoła Biblijna
Koszt: 120 zł / semestr

Używamy plików cookies Ta witryna korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności i plików Cookies .
Korzystanie z niniejszej witryny internetowej bez zmiany ustawień jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików Cookies. Zrozumiałem i akceptuję.
63 0.045696973800659